Dwukrotny mistrz olimpijski w skokach narciarskich, Andreas Wellinger, w rozmowie z Augsburger Allgemeine opowiedział o przygotowaniach do kolejnej zimy, swoim zamiłowaniu do lata i pasji do surfingu. Choć czeka go długa droga do igrzysk olimpijskich w 2026 roku we włoskim Predazzo, Niemiec nie ukrywa, że jego celem nie jest sama obecność, lecz walka o medale.
Lato jako pasja i czas pracy
Choć zimą odbywają się konkursy, Wellinger nie ukrywa, że także lato ma dla niego wyjątkowy urok. - Uwielbiam chodzić w krótkich spodenkach, surfować, spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi przy grillu. Długie dni dają mi mnóstwo energii, a głowa na chwilę odpoczywa od sportu - przyznał.
Oprócz rodzinnych chwil w Bawarii, latem wybiera także egzotyczne podróże - w ostatnich latach odwiedził Bali i Sri Lankę. Surfing towarzyszy mu od dzieciństwa, kiedy na Sardynii dostał swoje pierwsze deski. - Woda i śnieg to tylko dwa różne stany tego samego żywiołu. Na fali mogę się całkowicie oderwać od codzienności - mówi.
Mimo letnich podróży to właśnie w tym czasie buduje formę. - Latem wykonujemy więcej jednostek treningowych niż zimą. Testujemy sprzęt, szukamy optymalnych ustawień. To klasyczne powiedzenie: skoczkowie są robieni latem - podkreśla. Przyznaje jednak, że nie traktuje tego jako wyrzeczenie: - Robię to z pasji, a nie z przymusu.
Wellinger zdradził, że w przeciwieństwie do wielu sportowców nie musi się martwić o dietę. - Nigdy nie muszę liczyć kalorii, mam szczęście do genów. Zawsze znajdzie się miejsce na kawałek ciasta, nawet gdy jestem już pełny - powiedział w Augsburger Allgemeine.
Na co dzień preferuje kuchnię opartą na warzywach, choć nie rezygnuje całkowicie z ryb i mięsa. Sam chętnie gotuje - najczęściej sięga po warzywne potrawy czy dania z ciasta francuskiego. - Na pewno nigdy nie zostałbym weganinem. Zbyt bardzo lubię mleko, sery i jajka - dodał.
W kwestii napojów Wellinger stawia przede wszystkim na wodę, ale nie ukrywa, że od czasu do czasu pozwala sobie na piwo czy Aperol Spritz w gronie znajomych.
Pierwszy raz na nartach skakał jako sześciolatek, zainspirowany sukcesami Simona Ammanna na igrzyskach w Salt Lake City w 2002 roku. Kilkanaście lat później sam sięgnął po złoto olimpijskie - najpierw w drużynie w Soczi 2014, a później indywidualnie w Pjongczangu 2018. - Po tytule drużynowym wciąż byłem chłopakiem chodzącym do szkoły. Po indywidualnym zwycięstwie w Korei wszystko się zmieniło - zainteresowanie mediów i kibiców było ogromne, musiałem się tego nauczyć - wspomina.
Najbliższe igrzyska będą dla niego wyjątkowe. Po rywalizacji w Rosji, Korei i Chinach tym razem wystąpi niemal „za rogiem” - w Predazzo. - To będą igrzyska, na które można dojechać samochodem przez Brenner. W Dolomitach jest ogromna tradycja sportów zimowych, a ja sam mam stamtąd wyjątkowe wspomnienia, bo w 2013 roku startowałem tam w moich pierwszych mistrzostwach świata - mówi.
Cel jest jasny: nie chodzi tylko o sam udział. - Nie jadę do Włoch, żeby być częścią igrzysk. Chcę walczyć o medale. To wyjątkowe uczucie, gdy wiesz, że tego dnia muszą cię pokonać inni. Tak było w Pjongczangu. Chcę jeszcze raz zbudować w sobie taką wewnętrzną pewność - podkreślił.
Źrodło: Augsburger Allgemeine
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Maciej Tryboń [email protected]