Polskie narciarstwo rok przed igrzyskami w Pekinie. “Jest lepiej niż 4 lata temu” [wywiad]

Na niespełna rok przez rozpoczęciem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie polskie narciarstwo jest w lepsze kondycji, niż o tej samej porze przygotowań do poprzednich igrzysk w Pjongczangu. Przynajmniej taką opinię w rozmowie z nami wygłosił prezes Polskiego Związku Narciarskiego – Apoloniusz Tajner. Były trener Adama Małysza opowiadał nam także o zmianach, jakie szykowane są przed okresem przygotowawczym oraz nadziejach, jakie wiąże z polskimi alpejkami. – Jest akurat rok czasu, żeby doszlifować ten poziom, na który już weszły i liczyć się potem w walce o naprawdę bardzo wysokie miejsca – przyznał Tajner.

Mateusz Król: Zacznę od bardzo ogólnego pytania, o ile da się na nie ogólnie odpowiedzieć. Będzie pan z uśmiechem na twarzy wspominał sezon 2020/2021 w wykonaniu polskich narciarzy? Planica przed nami, ale co by się tam nie działo, to raczej oceny samych skoków nie zmieni…

Apoloniusz Tajner: Ten sezon był udany, więc uśmiech będzie u wszystkich. Zresztą, tutaj w Planicy przy śniadaniu byłem ze wszystkimi z naszej ekipy od skoków i atmosfera jest dobra. A do tego pozytywne oczekiwania względem tego zakończenia sezonu.

Pana zdaniem rok przed igrzyskami w Pekinie sytuacja w polskim narciarstwie wygląda lepiej niż rok przed Pjongczang? Chodzi rzecz jasna o sportowców, którzy mogą pokusić się o medal. Wtedy mieliśmy skoczków i ustępującą Justynę Kowalczyk.

W Pjongczangu była jeszcze szansa na dobry wyniki naszych snowboardzistów. Ten występ był dobry – 11. i 13. miejsce Oskara Kwiatkowskiego oraz Aleksandry Król – to były znaczące wyniki, ale na tym się skończyło. Jeśli chodzi o pozostałych, to te wyniki nie były zbyt dobre. Ogólnie rzecz biorąc myślę, że mamy lepszą sytuację przed Pekinem. Mamy teraz mocniejsze praktycznie wszystkie grupy. Właśnie są mocni snowboardziści, jest Maryna Gąsienica-Daniel, ale też Magda Łuczak. Jest akurat rok czasu, żeby doszlifować ten poziom, na który już weszły i liczyć się potem w walce o naprawdę bardzo wysokie miejsca. Jeżeli chodzi o biegi kobiet, to mamy bardzo młody zespół, więc tak naprawdę to będzie silna drużyna w 2026 roku. Mamy jednak tam mistrzynie świata, jak Monikę Skinder i jeszcze ten rok został, żeby też doszlifować ten poziom. Liczę też na miejsce w sztafecie gdzieś tam do ósmego. To jest realne. Mamy też grupę chłopców w biegach i jeśli chodzi o tę sztafetę, to liczę, że ona jeszcze się poprawi przez rok. To wciąż jest dość młody zespół, ale też doświadczony. Jeśli chodzi o kombinację norweską, to w tej chwili mamy dwóch zawodników, których ewentualnie tam możemy wysłać. Też wydaje mi się, że jeśli się chłopcy podciągną przez ten rok, to indywidualnie do tej dwudziestki mogą zawitać. Może jest szansa nawet wyżej, ale dużo zależy tutaj od skoków. Myślę, że to będzie mocniejsza reprezentacja niż cztery lata temu.

Maryna Gąsienica-Daniel to już jest tej klasy sportowiec, że można od niej oczekiwać a przy okazji zagwarantować jej jeszcze lepsze możliwości rozwoju? Pytam o to, czy jeśli przyjdą prosić o powiększenie sztabu, który jest ważny, to będziecie w stanie spełnić jej prośbę?

Myślę, że tak. Jeśli chodzi o Marynę, ale też i Magdę, to ostateczne decyzje zapadną w kwietniu. Prawdopodobnie będą one w dwóch mini zespołach. Każda z nich będzie miała zabezpieczony własny sztab szkoleniowy. Na ogół to trzyosobowy sztab, ale jeśli pojawią się jakieś propozycje – bo tego jeszcze nie wiemy – żeby wzmocnić ten zespół, to wychodzimy z założenia, że warto to wzmacniać. Zresztą taką mamy zasadę. Jeśli ktoś się przebija z dobrym wynikiem, to poprawiamy warunki. To nie jest tak, że różne grupy na początku wszystko muszą mieć. Muszę też powiedzieć, że wszystkie nasze grupy byliśmy w stanie zabezpieczyć na naprawdę dobrym poziomie. Nikt nie narzeka.

Skoro jesteśmy przy narciarstwie alpejskim. Jest nadzieja, że powstanie kadra, przy której na stronie związku nie zobaczymy: „Szkolenie w całości na koszt własny, warunkiem podpisanie kontraktu zawodniczego”?

To dotyczyło starszych zawodników. Zwłaszcza braci Jasiczków oraz Piotra Habdasa, którego wyeliminowała kontuzja. Jest tu Skube Matić, który prowadzi naszą grupę podstawową. To są młodzi zawodnicy. Nie mamy tutaj problemu finansowego, tylko z poziomem sportowym. Musi się on podnieść, żebyśmy mogli wejść na następne etapy wspierania. Zatem grupa chłopców jest raczej na etapie szkolenia w tej chwili.

Skoro jesteśmy już przy sprawach kadrowych. Trener Bauer powiedział nam wczoraj, że rozważy zostanie w Polsce, jeśli zawodnikom rzeczywiście na tym będzie zależało. Będziecie rozmawiali z naszymi biegaczami, czy pozostawiacie tę decyzję im?

Mieliśmy w poniedziałek taki dzień spotkań z trenerami. Był u nas Martin Bajciciak oraz właśnie Lukas Bauer. Powiedział nam, że ma taki problem z mentalnością zawodników oraz ich podejściem do zmian, jakie on zastosował. Zawodnicy oczywiście realizowali różne założenia treningowe, ale wciąż mieli jakieś wątpliwości. Bauer to jest profesjonalista. Kapitalny trener i człowiek. Powiedział, że zostanie pod warunkiem całkowitej akceptacji jego warunków treningowych. Można tu podać przykład skoków narciarskich. Utytułowani zawodnicy jak Kamil Stoch, czy Dawid Kubacki… oni nie dyskutują z trenerem na temat treningów. To jest zadanie szkoleniowca, aby myśleć nad sposobem treningów. Nie ma myślenia o tym, że coś jest nietypowe. Tu musi być zaufanie w pełni. I widać, jaki tam następuje progres zawodników. Lukas Bauer wie, że atmosfera w grupie jest bardzo ważna. Jeśli ma się jakieś wątpliwości oparte na wiedzy pozyskanej np. z Internetu, to trening nie przynosi takich efektów, jak wtedy, kiedy jest się w pełni przekonanym do tego, co się robi. Sprawa jest zatem otwarta, ale ja chcę jeszcze spotkać się z zawodnikami i porozmawiać z nimi. Myślę, że do 15 kwietnia uda nam się tę sprawę zamknąć.

Z drugiej strony mamy biegi narciarskie kobiet. Jak pan ocenia pracę trenera Bajciciaka? Taki schowany trochę…

Jesteśmy po spotkaniu z trenerem, ale nasze obserwacje grup trwają przecież cały czas. Mamy zatem obraz tego, co się w tym zespole działo. Było rzeczywiście tak, że pojawiła się tam taka dwuwładza. Naszym zadaniem było powołać trenera głównego kadry, który potem powołuje sobie sztab szkoleniowy. Jednak to szkoleniowiec główny powinien tym wszystkim zarządzać. Natomiast Justyna Kowalczyk była wielką zawodniczką, ale teraz jest na etapie budowania swojej pozycji trenerskiej. Wcześniej prowadziła tę grupę z Aleksandrem Wierietielnym i zżyli się z tymi dziewczynami. Na pewno były takie sytuacje teraz, że częściowo kierowała Justyna, a częściowo Bajciciak. Z pewnością nie było to dobre rozwiązanie i nie służyło to temu, aby był spokój w grupie. Zwłaszcza, że są to młode dziewczyny, które też kierują się emocjami. Także teraz do 15 kwietnia chcemy to wszystko uporządkować i zatwierdzić zmiany w tej grupie.

Izabela Marcisz w “Przeglądzie Sportowym” mówiła właśnie, że organizacja tej grupy nie do końca jej się podobała. Korzystała też z pomocy Aleksandra Wierietielnego w trakcie sezonu. To jest nazwisko, które może rzeczywiście znów jakoś wspierać?

Takie rzeczy mogą się dziać, ale tylko przy współpracy z trenerem głównym. To znaczy, jeśli Martin Bajciciak po roku pracy, kiedy jest już znakomicie zorientowany treningowo, będzie chciał jeszcze z kimś podjąć współpracę, to naprawdę zależy tylko od niego. Natomiast trenera Wierietielnego nic nie wiąże w tej chwili z Polskim Związkiem Narciarskim. Złożył wypowiedzenie i umowa została już zakończona. To wszystko też dopiero ustalimy do 15 kwietnia. Iza była w poniedziałek u nas i też z nią trochę porozmawiałem.

A Justyna Kowalczyk będzie nadal współpracowała z tą grupą?

Po mistrzostwach Polski Martin Bajciciak spotkał się z Aleksandrem Wierietielnym i Justyną Kowalczyk. Oni przekazali mu, że Justyna kończy współpracę z kadrą kobiet. Potem trener przekazał to mnie, ale od samej Justyny takiej informacji nie mamy. Chodzą też słuchy, że Kowalczyk prowadzi już rozmowy z Polskim Związkiem Biathlonu. To jednak nie są potwierdzone informacje, więc nie można tego brać za pewnik. Sezon dopiero się zakończył, więc nawet jeszcze nie było czasu na odpowiednie spotkania i rozmowy, żeby do takiego potwierdzenia doszło. Jak zawsze kwiecień to jest u nas taki moment na to, żeby wszystko w tych kadrach poukładać. Wtedy będziemy wiedzieli oficjalnie wszystko.

Po minionym sezonie trochę nam się posypała kombinacja. Przynajmniej wśród seniorów. Jest szansa, żeby utworzyć jakąś grupę, w której Szczepan mógłby trenować w kraju? To z Czechami chyba nie wypaliło…

Nie do końca to wypaliło. Z jednej strony dobrze się to poukładało w okresie przygotowawczym. Szczepan brał udział w obozach treningowych, to są dłuższe okresy. Wtedy realizował trening, który miała rozpisany czeska kadra i my to zaakceptowaliśmy. W sezonie, kiedy zawodnicy jadą na zawody, a potem wracają do swoich domów, wszystko się rozszczelniło. Szczepan został sam z Danielem Hankusem [fizjoterapeuta] i wiele decyzji podejmowali sami. A rolą zawodnika nie jest to, żeby koordynować cały ten proces. Tym powinien zajmować się trener, a takowego on nie miał. Myślę, że to się załamało w okresie startowym, w tym najważniejszym przecież czasie. Dlatego planujemy utworzenie grupy zawodników w Polsce. Ze Szczepanem Kupczakiem, Andrzejem Szczechowiczem i jeszcze trzema, może czterema zawodnikami.

To jest moment, w którym możecie już powiedzieć, kto będzie kierował tą grupą?

Trenerem miałby być Tomisław Tajner. To jest mój syn, ale to nie dlatego. On teraz prowadzi kadrę młodzieżową. Porozmawia wkrótce ze Szczepanem i jeśli ten w pełni zaakceptuje trenera, to dołączy do tej grupy. Tu też chodzi o sztab szkoleniowy, który wszystko zabezpiecza. Fizjoterapeuta, serwismeni… to wszystko trudno było nam pogodzić w okresie startowym właśnie. Próbowaliśmy temu w trakcie sezonu zaradzić, ale nie było łatwo. Mamy jeden serwis nart i trudno było “obsłużyć” nim również Szczepana. Także do końca sezonu jeszcze poprosiłem czeskiego trenera, żeby dało się zachować ten rytm startowy z nimi. Teraz wiemy, że to nie zdało egzaminu i musimy to zmienić. Kupczak to jest zawodnik z takim potencjałem, że przy spokojnej głowie, kiedy nie będzie musiał martwić się o kwestie organizacyjne, to może dobrze się przygotować do igrzysk i tam zaliczyć udane występy. Liczę na to, że tak się stanie.

Szczepan ma chwile zwątpienia. Mówił o tym w Oberstdorfie. Z zawodnikiem o takim potencjale, warto porozmawiać, aby jakoś zmotywować? Czy może decyzja zawsze zależy tylko od niego?

Nie jest tak, że zawsze zależy od niego. Bierzemy to na poważnie. Jednak każda sytuacja jest inna. Czasem można myśleć o organizacji takiej indywidualnej grupy. Tylko Szczepan nie jest aż tak dobrym zawodnikiem, żeby można było mu taką utworzyć. To nie jest jeszcze ten poziom. Na razie ustaliliśmy jedną grupę, w której Kupczak będzie miał oczywiście zindywidualizowane obciążenia. Będzie tam też drugi zawodnik – Andrzej Szczechowicz – który wchodzi już w okres seniora. Jest naprawdę perspektywiczny. Przymierzamy już go do tego, że za rok wystąpi na igrzyskach olimpijskich.

To jeszcze krótko o skoki zapytam. Jest pan zadowolony z tego, jak prezentowali się tej zimy juniorzy? Można powiedzieć, że połączenie kadr A i B przyniosło skutki. Jednak juniorzy nie błyszczeli tej zimy. 

Juniorzy nie wystąpili w mistrzostwach światach juniorów [jeden z nich miał pozytywny wynik testu na koronawirusa, przez co cała ekipa nie została dopuszczona do startu], a to zawsze jestem najważniejszy sprawdzian, który daje jakiś obraz. Czasem jest tak, że grupa składa się z zawodników bardziej albo mniej uzdolnionych. Z drugiej strony skoki są takie, że na tym etapie ktoś może nic nie zdziałać przez 3 lata, a potem może być mistrzem. To na przykład Adam Małysz, których jakichś osiągnięć w juniorach nie miał i potem nagle się to otworzyło wszystko przez 2 lata 1996-97. Potem coraz gorzej, już chciał w ogóle kończyć karierę, a następnie znowu jakiś kosmos. Inaczej jest w sportach wytrzymałościowych, gdzie zawodnik rozwija się przeważnie krok po kroku. W skokach chociażby przykład Andrzej Stękały, ale też wielu innych. Ta dyscyplina jest trochę nieobliczalna, więc ja uważam, że w grupie juniorów jest wszystko dobrze. Tam są zdolni chłopcy i mają świetnego trenera. Zbyszek Klimowski to jest właśnie taki trener idealny do zawodników w tym wieku. Jeszcze nie za bardzo rygorystyczny a bardziej taki ojcowski. To bardzo dobry i trafny wybór. Klimowski jest bardzo zaangażowany w to, co robi. Nie obawiam się zatem.

Na koniec proponuję wrócić do Planicy. Pojechał tam pan zapewne, aby wręczyć małą Kryształową Kulę Piotrkowi Żyle…

(śmiech). Z tym wręczaniem to jest teraz tak, że zawodnicy sami odbierają nagrody. Szansa na taki sukces jednak jest. Rozmawiałem z nim krótko przy śniadaniu i jest w bardzo dobrym nastroju. Cieszy się, że będzie tu skakał. Przed wyjazdem spędzili kilka dni trenując na Wielkiej Krokwi i Michał Doleżal powiedział mi, że jest wszystko dobrze. Była przerwa, ale nie ma niepokoju. Trenowali normalnie, ale przebywali też w domu. To zawsze pozwala ładować akumulatory. Mamy tutaj piękną pogodę, bezwietrznie, słońce świeci i zapowiada się, że przez te cztery dni się pogoda utrzyma. To mogą być piękne zawody.

Mateusz Król
Obserwuj