Przez ostatnie 8 lat Rafał Tataruch stał na czele Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Niedawno zakończyła się jego druga i ostatnia kadencja w roli prezesa PZŁS. W rozmowie ze sportsinwinter.pl opowiada o sukcesach, porażkach i planach na przyszłość, w tym o planach pracy w Radzie Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej, do której został właśnie wybrany.
::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}
Przemysław Grabski, sportsinwinter.pl:
– Dzień dobry. Na początek chciałbym pogratulować Panu przewodzenia polskiemu łyżwiarstwu przez – jak się wydaje – bardzo udanych osiem lat.
– Dziękuję. Oczywiście cieszę się z tego, ale mówią o tym nie tylko wrażenia, lecz także twarde statystyki.
- Liczyłem to sobie przed wywiadem. W Pana pierwszym sezonie na stanowisku prezesa zdobyliśmy łącznie,w łyżwiarstwie szybkim i short-tracku, 12 medali, a w ostatnim sezonie już 51.
– Tak. Nawet niedawno miałem prezentację „Droga do sukcesu” dla trenerów kadry paralimpijskiej i podsumowałem to dokładnymi statystykami. Faktycznie robi niesamowite wrażenie, że w ciągu ośmiu lat nasi zawodnicy 1002 razy znaleźli się w top 10 imprez międzynarodowych. To mnie poruszyło i bardzo ucieszyło, bo naprawdę robi wrażenie. Do tego dochodzą wszystkie imprezy, które odbyły się w Polsce wciągu tych ostatnich ośmiu lat. Zorganizowaliśmy 30 bardzo dużych imprez międzynarodowych w tym 10 zawodów typu Danubia czy Eagle Race, także otwartych, w których startuje wielu zawodników. W samej Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej mówi się, że Polska jest krajem, który zrobił największy progres.
- Zgadza się. Przejdźmy teraz do pytań. Jak to się stało, że nauczyciel akademicki – Rafał Tataruch, dr hab. nauk o kulturze fizycznej, profesor Politechniki Opolskiej – trener, ale lekkoatletyki, znalazł się w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego? Miał Pan wcześniej jakieś związki z łyżwiarstwem?
– Tak, prowadziłem kiedyś badania wydolnościowe dla opolskiej sekcji short-tracku, dla trenerki Anny Łukanowej. Była ona również trenerką kadry i poprosiła mnie kiedyś o przeprowadzenie takich badań, więc miałem pewien kontakt z tą dyscypliną. To chyba jednak nie to zaważyło. Bardziej chodziło o to, że grupa osób, które widziały potrzebę zmiany i inną wizję łyżwiarstwa szybkiego, zaproponowała mi najpierw kandydowanie do władz Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, a potem poprowadzenie związku z ich wsparciem. A ponieważ lubię wyzwania, byłem zawodnikiem i trenerem, zgodziłem się najpierw kandydować, później wygrać wybory, a następnie prowadzić to wszystko z sukcesami przez osiem lat.
– Jaką dyscyplinę sportu Pan uprawiał?
– Byłem dyskobolem, rzucałem dyskiem, ale bez wielkich sukcesów. Dla mnie sukcesem była już kwalifikacja do mistrzostw Polski. W juniorach byłem piąty na mistrzostwach Polski, więc nie było to nic wielkiego. Jako trener klubowy, a później trener kadry narodowej juniorów i młodzieżowców w rzucie dyskiem, miałem już zawodników, którzy zdobywali medale. Jeden z moich podopiecznych, Bartek Stój, wystąpił nawet na igrzyskach olimpijskich. Jako trener szło mi więc dużo lepiej niż jako zawodnik, a jako Prezes chyba najlepiej.
– Tak to teraz wygląda, ale na początku pewnie nie było łatwo przewodzić związkowi?
– Oj, ciężko było ze wszystkim. Trzeba było przekonać ludzi do własnej wizji, a to nie było proste. Z jednej strony chcieli nowego prezesa, z nową wizją i świeżą krwią, a z drugiej była walka o stare przyzwyczajenia. Ja jednak postawiłem na swoim. Były momenty, kiedy część zarządu była przeciwko mnie, układ głosów wynosił 3 do 4, ale ponieważ zawsze byłem przygotowany do posiedzeń zarządu, tę walkę wygrałem. Po czterech latach, po pierwszej kadencji, wiele rzeczy zostało już uporządkowanych. Zmieniłem statut Polskiego Związku, bo był stary i niedopasowany do aktualnych realiów. Zmienione zostały też regulaminy pracy, kwalifikacji i startów w zawodach. Oczywiście to by się nie udało, gdyby nie zespół, który zbudowałem. Od samego początku o tych ludzi walczyłem. Konrad Niedźwiedzki zaczynał jako dyrektor marketingu, ale już po roku, zastępując panią Ewę Białkowską, został dyrektorem sportowym. To rozwijało się stopniowo, rok po roku. Rafał Grążewski został dyrektorem biura, a dział księgowy przez cały czas prowadziła pani Marta Ulatowska. Wszystko zaczęło się dobrze układać. Zaczęliśmy pozyskiwać kolejne imprezy dla Polski. Były lata, w których mieliśmy nawet cztery imprezy międzynarodowe. W ciągu ośmiu lat zorganizowaliśmy 20 bardzo dużych zawodów i 10 międzynarodowych imprez serii Danubia. W poprzednich 20 latach takich imprez było chyba tylko pięć, więc to pokazuje skalę naszej pracy. Poprawił się też wizerunek łyżwiarstwa: inaczej patrzy na nas ministerstwo, media i wy, dziennikarze. W ministerstwie również dużo łatwiej było się poruszać. Nie wszystko udawało się załatwić, ale ludzie dużo chętniej reagowali, kiedy widzieli strategię i kierunek rozwoju. To jest bardzo ważne. Jeżeli ktoś widzi, że jest strategia i wszystko idzie w dobrą stronę, łatwiej się funkcjonuje, rozmawia i przekonuje ministerstwo do swoich pomysłów oraz projektów.
– Porozmawialiśmy dużo o sukcesach. Co uznaje Pan za swoją największą porażkę w trakcie kadencji? Czego nie udało się Panu zrobić, choć chciał Pan to zrealizować?
– Niestety, infrastruktura. Mam nadzieję, że zwieńczeniem mojej pracy będzie hala i impreza na torze w Zakopanem, którego budowa niestety zwolniła. Nie mogę wziąć tego na swoje barki, bo inwestorem jest COS i Ministerstwa, ale bardzo zabiegaliśmy o ten projekt. Pamiętam pierwsze spotkania z dyrektorem COS- u i ówczesnymi ministrami. Wtedy tego toru w Zakopanem jeszcze nie było w planach, ale regularne przekonywanie i drążenie tematu zadziałało. Kropla drąży skałę. Miałem jednak nadzieję, że obiekt zostanie wybudowany szybciej. Stegny też są cały czas w grze, są w projekcie i mamy za sobą pierwsze spotkania. To jednak bardzo żmudny proces. Wydawało mi się, że infrastruktura będzie w lepszym miejscu i że pójdzie to szybciej. Cieszę się, że w przyszłym tygodniu mamy spotkanie infrastrukturalne z panem ministrem i zaproszonymi samorządowcami, ale to naprawdę trudny, siermiężny i wolno poruszający się temat. Dla mnie osobiście to chyba największy problem. To, że najlepsi nasi juniorzy z Dusznik-Zdroju – Hania Mazur i Kornelia Woźniak – jeżdżą na treningi do Czech, jest bolesne. To, że Grodzisk Mazowiecki wygrywa klasyfikację generalną w sporcie młodzieżowym bez lodowiska, z jednej strony pokazuje, że można, ale z drugiej jest bolesną raną. Gdyby miał lód, pokazałby ogromną wartość tego wszystkiego.
– Zgadza się. Czy coś ruszyło się w sprawie budowy toru w Zakopanem? Z tego, co czytałem, jest on ukończony chyba w 60 procentach, ale budowa stanęła już niemal dwa lata temu.
– Czekamy teraz, aż przetargi zostaną ponownie uruchomione. Szacuję, że zrobione jest nawet więcej niż 60 procent. Zadaszenie jest gotowe, tor jest wylany, płytki w środku wyłożone, wiele prac wykonano. Brakuje jednak jeszcze newralgicznych elementów, takich jak kluczowa dla nas wentylacja.
– Czy może Pan wyjaśnić, dlaczego tor w Zakopanem jest tak ważny, skoro mamy już tor w Tomaszowie Mazowieckim?
– Tor w Zakopanem będzie jednym z najszybszych torów na świecie. Będzie też należał do COS-u, czyli Centralnego Ośrodka Sportu, a więc będzie obiektem specjalnie dedykowanym naszym potrzebom. Musimy trenować i tor długi, i short-track na bardzo szybkich torach, czego nie zapewnia Tomaszów Mazowiecki. Wysokość nad poziomem morza wpływa na ciśnienie parcjalne tlenu, a jednocześnie na szybkość poruszania się łyżwiarzy. To będzie również jeden z najnowocześniejszych obiektów na świecie, więc automatycznie stanie się naszą bazą. Nie umniejszam niczego Tomaszowowi, bo wykonał ogromną pracę i dalej ma bardzo ważne zadanie. Utworzyły się tam świetne struktury trenerskie i zawodnicze, szkoły sportowe oraz klasy sportowe. To działa bardzo dobrze. Tomaszów wysłał czterech olimpijczyków do Mediolanu, więc świetnie funkcjonuje, ale potrzebujemy kolejnych baz. Niedoścignionym marzeniem jest dla nas Holandia, która ma 22 obiekty takie jak ten w Tomaszowie Mazowieckim, a do tego Heerenveen i słynny Thialf na 12 tysięcy ludzi. My mamy raptem jeden taki tor. Próbujemy walczyć z Holendrami, ale to trochę walka z wiatrakami – w dodatku wiatraki są akurat symbolem Holandii. Gdybyśmy mieli trzy lub cztery duże, profesjonalne obiekty, przy każdym z nich moglibyśmy wielokrotnie zwiększyć liczbę olimpijczyków i potencjalnych medalistów mistrzostw świata, mistrzostw Europy oraz igrzysk olimpijskich. Tak to działa. Tam, gdzie są struktury i obiekt, tam potem są zawodnicy.
– Obecnie nasi zawodnicy muszą trenować głównie w Inzell, a nie w Tomaszowie Mazowieckim. Zakopane byłoby więc taką bazą treningową dla naszych zawodników, prawda?
– Tak, zgadza się. Zawodnicy jeżdżą do Inzell, bo tor w Tomaszowie Mazowieckim nie jest mrożony przez cały rok. To problem. Tor działa kilka miesięcy, czasami od września, czasami od października, więc brakuje stabilizacji. Zawodnicy potrzebują szybkiego toru dobrej jakości, bo później stają na szybkich torach i nie potrafią się odnaleźć. Trzeba mieć świadomość, że jazda na łuku z większą prędkością oznacza inne ustawienie ciała. Kiedy jedziemy na wolnym torze, technika funkcjonuje inaczej. Rytm, timing i liczba kroków mają ogromny wpływ na technikę zawodnika.
– Wydaje mi się, że właśnie przez to Władimir Semirunnij mógł nie awansować na igrzyska na 5000 metrów. Kwalifikacje odbywały się głównie na szybkich torach wysokościowych w Salt Lake City i Calgary, gdzie nie był przyzwyczajony do takich warunków i nie pokazał pełni swoich możliwości.
– Dokładnie. Dlatego wybudowanie toru w Zakopanem jest dla nas tak ważne.
– Konrad Niedźwiedzki często narzekał też na bazę noclegową w Tomaszowie, która bardzo utrudnia organizację największych imprez.
– Zgadza się. W samym Tomaszowie nie ma hotelu dla zawodników. Podczas zawodów międzynarodowych musieliśmy kwaterować zagranicznych zawodników w hotelach w Spale albo w jeszcze bardziej oddalonych miejscowościach. To powoduje problemy logistyczne: trzeba zawodników dowozić i odpowiednio wszystko poukładać. Faktycznie przydałby się hotel w samym Tomaszowie.
– Czy w związku z tym, gdy zostanie wybudowany tor w Zakopanem, takich dużych imprez w Tomaszowie raczej już nie będzie?
– Nie, nie uważam tak. Związek zawsze stara się organizować najważniejsze imprezy. Kiedy Zakopane będzie gotowe i zacznie dobrze działać, pojawi się szansa na mistrzostwa świata. Do Tomaszowa Mazowieckiego trudno byłoby ściągnąć taką imprezę. To musi być szybki tor z dobrą bazą noclegową. Tomaszów może natomiast dalej organizować Puchary Świata czy mistrzostwa świata juniorów. Tych imprez jest naprawdę sporo, a ISU chce zwiększać ich liczbę. Z kolei liczba miejsc, w których można je organizować, nie rośnie tak szybko. Nikt w ostatnim czasie nie wybudował nowego toru. Jedynymi będziemy my w Zakopanem, a być może później także Warszawa.
– Ile miejsc dla kibiców mają mieć te nowe hale?
– Nie pamiętam teraz dokładnie, ale chyba około 2200. Z możliwością dostawienia trybun mobilnych da to docelowo około 3500 miejsc. – Czyli w sumie nie tak dużo więcej niż w Tomaszowie, gdzie trybuny mają chyba 2500 miejsc? – Tak, ale Tomaszów też ma potencjał. Chcę przypomnieć, że na mistrzostwach Europy sprzedaliśmy wszystkie bilety na niedzielę, więc był komplet. Następnym razem, gdybyśmy organizowali coś w Tomaszowie, trzeba będzie rozważyć trybuny mobilne na łukach, bo wtedy jesteśmy w stanie zwiększyć pojemność jeszcze o około 1000 osób. Cieszę się, że zainteresowanie rośnie. Były imprezy, na których było 500 czy 600 osób, a później z imprezy na imprezę frekwencja rosła razem z wynikami naszych zawodników. Maksymalna liczba sprzedanych biletów świadczy o dużym zainteresowaniu.
– Zdaje się, że spora część zgrupowań w short-tracku odbywa się też w Niemczech, w Dreźnie. Czy problemy z infrastrukturą mamy również na krótkim torze?
– Tak, niestety nie mamy głównej bazy dla tej konkurencji. Do short-tracku potrzebne są specjalne mobilne bandy. Bandy hokejowe trzeba ściągnąć i założyć system mobilnych band, które po uderzeniu, przy upadku zawodnika przesuwają się i wracają na miejsce. Jeśli tego nie ma, na bandach hokejowych ustawia się materace, co jest bardzo niebezpieczne. Na treningach zawodnicy również osiągają duże prędkości i czasami się przewracają. Zdarzają się przypadkowe zderzenia, ktoś może się potknąć, a uderzenie w taką bandę, nawet zakrytą materacem, nie jest ani przyjemne, ani bezpieczne. Dlatego szukamy takich możliwości treningu jak w Dreźnie. Znowu bardzo czekamy na halę w Zakopanem, bo tam będzie także tor do short-tracku i łyżwiarstwa figurowego, a mobilne bandy będą już rozłożone na stałe.
– Czy w tej chwili nie mamy żadnego toru, na którym te bandy byłyby rozłożone na stałe?
– Takie zabezpieczenia są w Gdańsku, ale są rozkładane, a nie dostępne na stałe. Teraz odbędzie się właśnie pierwsze zgrupowanie w Gdańsku, choć jeszcze nie na lodzie.
– W poprzednich latach praktycznie zawsze mieliśmy jakąś większą imprezę w łyżwiarstwie szybkim lub w short-tracku, albo w obu dyscyplinach. W ogłoszonym przez ISU kalendarzu na przyszły sezon nie ma jednak żadnej imprezy w Polsce. Z czego to wynika?
– Już oficjalnie mogę potwierdzić, że w przyszłym sezonie World Tour w Gdańsku będzie organizowany i mogę zdradzić miłą informację, że tor długi również będzie miał bardzo ważną imprezę. Na kolejne lata są już wstępnie przyznane kolejne imprezy, więc one będą.
– Przejdźmy do tematu igrzysk. Czy jest Pan zadowolony z naszych wyników na igrzyskach?
– I tak, i nie. Marzył mi się medal i go mamy, ale potencjał był większy. Były szanse na większą liczbę medali. Mamy Damiana Żurka dwa razy na czwartym miejscu, mamy Kaję, Andżelikę, Marka Kanię i short-track. Marzyło mi się, żeby również short-track doczekał się upragnionego, historycznego medalu.
– Medal zdobył zawodnik trenujący z naszą kadrą, tylko że nie był to niestety Polak, ale Łotysz Roberts Kruzbergs.
– To nie jest dla mnie pocieszenie, choć tacy zawodnicy i sparingpartnerzy są dla nas bardzo ważni. Z jednej strony czerpią z pracy z naszą kadrą, a z drugiej sami dużo dają. W topowych kadrach, choćby w Holandii, robi się podobnie: ściąga się najlepszych zawodników, żeby nasi mogli ścigać się z najlepszymi. Cieszę się z sukcesu trenerskiego, ale to dla nas tylko umiarkowane wynagrodzenie braku medalu. Oczywiście gratulowałem Robertsowi. Przede wszystkim miał on jednak pomagać nam, wykonać swoją pracę i przy okazji się rozwinąć. Wyszło tak, że to on zdobył medal, a nie żaden z Polaków.
– A jeszcze w kontekście igrzysk: Holendrzy byli w niesamowitej formie. Zresztą słyną z tego, że praktycznie zawsze są fantastycznie przygotowani na najważniejsze imprezy. Czy Pana zdaniem znaczenie mogła mieć jakaś nowinka w sprzęcie? Czy sprzęt w ogóle ma duże znaczenie w łyżwiarstwie?
– Tak, sprzęt ma ogromne znaczenie, ale wydaje mi się, że znamy tę technologię, bo Holendrzy jeżdżą na tych samych płozach co my. Być może serwisanci dopracowują jeszcze wygięcie płóz, ale to raczej niuanse, które nie zmieniają bardzo dużo. Bardziej myślę o przygotowaniu mentalnym, bo u nich nastawienie mentalne jest bardzo mocne. Do tego dochodzi znakomity BPS, czyli bezpośrednie przygotowanie startowe, i trafienie ze szczytem formy dokładnie w okres, kiedy forma ma być najwyższa. Holendrzy zdobywali medale w Pucharach Świata, ale to nie był dla nich priorytet. Najwyższą formę osiągnęli na igrzyskach olimpijskich. Proszę zobaczyć, co wydarzyło się na mistrzostwach Europy na torze długim. Byliśmy wtedy na swoim torze w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie kibice zawsze pomagają i powinno to wspierać naszych zawodników. Wygraliśmy klasyfikację generalną, a Holendrzy spokojnie robili swoje w ciężkim treningu. Przygotowali się na igrzyska olimpijskie i zdobyli mnóstwo medali w short-tracku oraz na torze długim. Nie mówię, że my robiliśmy coś źle – absolutnie nie, bo nasi zawodnicy też byli w ciężkim treningu i mocno przygotowywali się do igrzysk. Być może zabrakło jednak trochę wiary w siebie i ostatniego szlifu. Myślę, że trenerzy i zawodnicy sami czują, co mogło być jeszcze lepiej dograne.
– Wszyscy znamy sprawę wypowiedzi Andżeliki Wójcik po igrzyskach. Czy udało się z nią porozmawiać w ostatnim czasie i dojść do jakiegoś porozumienia?
– Nie.
– Dalej nie udało się z nią skontaktować?
– Nie, za mojej Prezesury nie udało się. Wysłano oficjalne pisma od zarządu, ale niestety nie zadziałały. Szczerze mówiąc, od trzech tygodni nie jestem już prezesem i trochę wyparłem ten temat z głowy. Wiem, że nowy prezes, Konrad Niedźwiedzki, po raz kolejny próbował się z nią porozumieć, zadzwonić i zaprosić ją na spotkanie, ale nie wiem, czy do niego doszło. Czy coś jest umówione – trudno mi powiedzieć. Ja miałem kilka prób kontaktu: próbowałem telefonicznie, później były dwa oficjalne pisma, niestety bez odzewu. Podobnie próbował pan minister Rutnicki, ale zawodniczka nie stawiła się na spotkanie.
– To ciekawe, bo w mediach społecznościowych jest dość aktywna.
– Nie wiem, nawet nie śledzę jej mediów. Brzydko mówiąc, średnio mnie to interesuje. Wiem, co zrobiłem, wiem, co cały sztab zrobił dla niej, i wiem, że niczego nie zaniedbaliśmy. Śledzenie jej wypowiedzi zupełnie mnie nie interesuje, a od kiedy nie jestem już prezesem – tym bardziej. Zostałem członkiem komisji dyscyplinarnej związku i przed dołączeniem do niej zastanawiałem się, czy ten temat znowu nie trafi do mnie. Wolałbym, żeby zawodniczka dogadała się ze związkiem i żeby sprawę rozwiązano, bo to świetna zawodniczka z ogromnym potencjałem. Chciałbym, żeby startowała i trenowała. Nie chciałbym jednak, żeby sprawa trafiła na komisję dyscyplinarną. Generalnie chciałbym, żeby komisja, której zostałem członkiem, w ogóle nie musiała pracować, bo to ostateczne rozwiązanie. Oby było w niej jak najmniej pracy. Chcę zajmować się innymi rzeczami. Nie planowałem startu do żadnej komisji, ale po wyborach prezes Niedźwiedzki poprosił mnie o dołączenie do niej, bo mam doświadczenie, więc grzecznościowo się zgodziłem.
– Rozumiem, że z wyboru nowego prezesa jest Pan zadowolony?
– Absolutnie. Cieszę się, że prowadził kampanię w taki sposób, że wszystko, co zostało dotąd zrobione, będzie kontynuowane. To była dobra strategia. Zresztą on sam uczestniczył w jej tworzeniu, był bardzo mocno zaangażowany we wszystkie działania i wiele rzeczy było jego autorskimi pomysłami. Cieszę się też, że przygotował się przy mojej prezesurze do tego, aby stanąć na czele Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego i prowadzić go dalej. Oczywiście nadal jest wiele rzeczy do zrobienia. Związek to żywy organizm, nad którym trzeba cały czas pracować. Trzeba być czujnym i rozwijać poszczególne elementy. Bardzo dużo zostało zrobione, ale nie możemy stać w miejscu, bo kto stoi w miejscu, ten się cofa.
– Czyli przyszłość polskiego łyżwiarstwa widzi Pan raczej w jasnych barwach. Na których zawodników szczególnie Pan liczy? Kto w przyszłości może dać nam medale największych imprez?
– Jest sporo takich młodych zawodników. Nie wspomnę już nawet o Władku Semirunniju, który cały czas jest młody. Damian Żurek również nie powiedział ostatniego słowa. Kaja Ziomek-Nogal pięknie startowała w ostatnim sezonie. To są zawodnicy, którzy jeszcze naprawdę będą walczyć. Jeżeli patrzymy na tor długi, mamy też ciekawych, jeszcze młodszych zawodników: Szymona Wojtakowskiego i Kacpra Abratkiewicza. To bardzo obiecujący zawodnicy. Z nimi jest Hania Mazur. Mam nadzieję, że w końcu wybierze jedną dyscyplinę – short-track albo tor długi.
– Myśli Pan, że powinna już wybrać jedną dyscyplinę, czy jeszcze ma czas, żeby się zastanowić? A może może przez całą karierę uprawiać obie dyscypliny?
– Ma rodziców trenerów, którzy powinni najlepiej znać jej predyspozycje. Patrzę z punktu widzenia własnego doświadczenia trenera i rodzica – ja zdecydowałbym się na jedno. Jako rodzic bym to podpowiadał. To są jednak bardzo dobrzy i doświadczeni trenerzy, którzy mają więcej danych, żeby podjąć taką decyzję. Ja patrzę trochę z boku. Być może takie chłodne spojrzenie też jest potrzebne, bo rodzice i trenerzy mogą być zbyt zaangażowani emocjonalnie. Wydaje mi się jednak, że w pewnym momencie trzeba będzie wybrać kierunek. W short-tracku też mamy ciekawych zawodników. Jest Gabrysia Topolska, która świetnie jeździ, Felix Pigeon, który na igrzyskach i mistrzostwach Europy miał najlepszy wynik, oraz Kornelia Woźniak, świetna, młodziutka zawodniczka, która cały czas się rozwija i teraz pewnie będzie członkinią kadry. Jest tam kilku naprawdę ciekawych zawodników.
– A propos Felixa Pigeona: wydaje mi się, że jego wynik na igrzyskach został niezauważony. A to był najlepszy wynik polskiego short-tracku w historii igrzysk.
– My to odnotowaliśmy. Oczywiście ten wynik jest celebrowany i pokazywany. Bardzo się z niego cieszymy. Niestety media trochę go przegapiły. Nie wiem, czy z racji tego, że Felix ma podwójne obywatelstwo, czy z innego powodu. Szkoda, bo wypowiedzi Andżeliki nikt nie przegapił. Wielokrotnie były eksponowane i omawiane na wszystkie sposoby, a wynik Felixa czy nawet Kai jakoś nie przebił się w mediach.
– Wiemy już, że będzie Pan w komisji dyscyplinarnej PZŁS. Czy poza tym zamierza Pan jeszcze działać w łyżwiarstwie?
– Tak. Już ogłosiłem, że podjąłem próbę kandydowania do Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej, czyli ISU. Temat nie jest łatwy, bo jest tylko pięć miejsc na cały świat. Jakiś czas temu rozpocząłem jednak kampanię. Myślę, że polskie łyżwiarstwo szybkie zostało dostrzeżone jako jedna z najlepiej i najdynamiczniej rozwijających się struktur w danym kraju. Moja rozpoznawalność i rozpoznawalność polskiego łyżwiarstwa mocno wzrosły. Mam nadzieję, że to wystarczy, aby wygrać wybory i stać się częścią władz Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej. Nigdy nie było Polaka w Radzie ISU, czyli w zarządzie ISU. Próbuję. Z jakim skutkiem – zobaczymy. To są wybory i cały świat decyduje o wyborze pięciu osób do zarządu.
– Rozumiem. Czy ma Pan pomysły na większą popularyzację łyżwiarstwa? Może nowe konkurencje, nowe miejsca?
– Miejsca na pewno tak, bo mówimy na przykład o infrastrukturze w Polsce, czyli torach w Zakopanem i może w Warszawie. Jeśli chodzi o nowe konkurencje...
– W różnych dyscyplinach mocny jest teraz nacisk na konkurencje, które kończą się zwycięstwem pierwszego zawodnika na mecie, ze startu wspólnego, żeby kibice od razu wiedzieli, kto wygrał.
– Mamy short-track, gdzie obowiązują właśnie takie zasady. Ci, którzy zobaczyli go na żywo, przekonują się do tej dyscypliny i naprawdę coraz więcej osób zostaje kibicami short-tracku. Na torze długim mamy klasykę, więc trzeba czekać do ostatniej pary, ale jeśli ktoś to zrozumie, również buduje to niesamowite emocje. Na torze długim mamy też bieg masowy, w którym od razu widać, kto wygrywa. Jest jedna konkurencja, której nie ma na igrzyskach olimpijskich: team sprint. Tego mi brakuje i wielokrotnie to zgłaszaliśmy. Jeżeli wejdę do zarządu ISU, będę starał się doprowadzić do wprowadzenia tej konkurencji na igrzyska. Wielu już próbowało, ale wiadomo – trzeba podejmować kolejne próby.
– To trochę dziwne, bo MKOl coraz bardziej stara się iść w stronę jak największej liczby konkurencji bez zwiększania liczby zawodników, a tutaj startowaliby przecież zawodnicy, którzy już zakwalifikowali się na igrzyska.
– Tak, dokładnie. To jest jeden z argumentów, ale czasami trudno to przepracować. Trzeba czekać na odpowiednie okienko.
– Widziałem informację, że MKOl postanowił przywrócić Białorusinów do rywalizacji. Czy to będzie miało jakieś przełożenie na łyżwiarstwo? Jak działa relacja między MKOl-em a związkami sportowymi?
– My nie mamy w tej sprawie wiele do powiedzenia, bo o takich rzeczach najpierw decyduje MKOl. MKOl przerzuca odpowiedzialność na federacje, w naszym przypadku na ISU, a potem ISU albo każe nam to zrobić, albo nie. Jeżeli chcemy organizować imprezy, musimy dopasować się do regulacji organu stojącego nad nami. Pytanie też, jak do tego tematu podejdą ministerstwo i nasze państwo: czy się zgodzą, czy nie. Może się okazać, że jeżeli nasze państwo powie: nie przyjmujemy nikogo, nie wydajemy wiz, to nie zorganizujemy żadnej imprezy. Sam jestem rozdarty. Jestem absolutnie przeciwny wojnie w Ukrainie i temu, co robią Rosjanie oraz Białorusini, ale z drugiej strony chciałbym, żeby nasi zawodnicy mogli startować u siebie. Naprawdę trudno mi to jednoznacznie rozstrzygnąć. Na szczęście decyzje odbywają się poza nami, a my będziemy musieli się do nich podporządkować.
– Rozumiem. To już wszystkie moje pytania. Dziękuję za wyczerpujący wywiad i życzę powodzenia w wyborach do ISU.
– Pięknie dziękuję. Do widzenia.
12 czerwca podczas 60. zwyczajnego zjazdu Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej, który odbył się na Teneryfie Rafał Tataruch został wybrany do RadyISU, gdzie będzie zajmował się rozwojem łyżwiarstwa szybkiego już na poziomie międzynarodowym. To pierwszy Polak wybrany na takie stanowisko (jeśli chodzi o łyżwiarstwo szybkie), więc wielkie gratulacje!
::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu sportsinwinter.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz