Kompromitacja polskich skoczków. Pilot nie wie, co się dzieje [felieton]

fot. M. Król

Komentarz do występu Polaków w Oberstdorfie można zasadniczo zakończyć na pierwszej serii. Trzy punkty – tyle zdobyli w środę Biało-Czerwoni. A właściwie zdobył beznadziejnie skaczący Kubacki. O jeden więcej od Turcji. To już nie chwilowy kryzys, ale zapaść. Tylko kto ma nas z niej wyciągnąć?

fot. M. Król

Dobrze, coraz lepiej

Postawa Dawida Kubackiego to w tym sezonie fenomen. Skacze beznadziejnie, nie jest w stanie punktować, ale pokory u niego nie widać za grosz. Zasadniczo skoki są niezłe, forma wygląda coraz lepiej, a głód dalekiego skakania też jest. Co może pójść nie tak? Coś może, skoro ten wypoczęty skoczek w świetnej dyspozycji zajmuje 28. miejsce. Przepraszam, przecież jako jedyny pokonał dziś Turka. Za to należy się pochwała. I ukłony też. Bezdyskusyjnie.

Teraz na poważnie. Występy Kubackiego w tym sezonie to miejsca 13., 35., 33., 44., 32., 48., 42. i dzisiejsze 28. Dwadzieścia trzy zdobyte punkty. Napisać, że jest dramatycznie, to jak nie napisać nic. Ale diagnozy problemu nie ma. Ani ze strony samego zawodnika, którego ambicje jeszcze niedawno nie kończyły się chyba na awansie do konkursu, ani ze strony sztabu szkoleniowego. Mityczne treningi w Ramsau, delikatnie rzecz ujmując, nie pomogły. I nie tylko jemu.

Piotrze, czy z Ciebie jeszcze coś będzie?

Wobec ostatnich startów Polaków chyba można tymczasowo zapomnieć o czasach, gdy wygrana seria próbna była źródłem euforii i nadziei na to, że to w konkursie będzie świetnie. Ale dobry skok Żyły niebezpodstawnie dawał cień szans na to, że i w konkursie będzie dobrze. Nie było. Już za czasów Horngachera Żyła pokazał, że do utrzymania dobrej dyspozycji potrzebna mu jest silna ręka nad sobą. Przed rozpoczęciem tego koszmarnego sezonu pojawiały się sygnały, że Doleżal takowej nie ma. Oczywiście, sama dyscyplina nie dałaby skoczkowi dziesięciu podiów w sezonie. Ale może chociaż punkty, bo 81 „oczek” na koncie raczej nie wskazuje na to, że cokolwiek jest pod kontrolą. A Żyła nie zapomniał przecież, jak się skacze. Runda próbna sama się nie wygrała. Czy pojedyncze przebłyski dają nadzieję na to, że z Piotra coś w tym sezonie będzie? Nie do końca, przebłyski, jak udowodnił dzisiaj, punktów nie dają.

Wyniki konkursu w Oberstdorfie. Dramat polskich skoczków. Triumf faworyta

Czy leci z nami pilot?

Najbardziej boli porażka tego, który trzykrotnie Turniej Czterech Skoczni wygrywał. Jasne, dotychczasowe rezultaty Kamila Stocha nie dawały zbyt dużej nadziei na to, że znowu będzie mógł powalczyć o czołowe miejsca cyklu. Były ciągłe wahania, było podium, ale i miejsca poza trzydziestką. Liczyłam jednak, być może nieco naiwnie, że TCS będzie przełomowy; że pojawią się lepsze wyniki, stabilizacja. Ale zdecydowanie nie chodziło o utrzymanie wyników na poziomie piątej dziesiątki.

Tym razem Stoch mówi, że nie wie, gdzie jest problem. I to w pełni zrozumiałe, bo nie każę zawodnikowi samemu widzieć źródło swoich problemów. Ale nie wie też trener. I może tu coś poszło nie tak? Były nocne prace nad kombinezonami, puste słowa, że sztab znalazł klucz do wyjścia z zapaści. Doskonale widać, jak działa ten klucz. Kto ma wiedzieć, gdzie jest problem, jeśli nie trener? Przecież to on ma być tym człowiekiem, który prowadzi skoczków, dopatruje się u nich najmniejszych błędów, by je wyeliminować. I przede wszystkim, który ma plan. Gdzie tu jest plan? Gdzie jest eliminowanie usterek?

Cały sztab, z Doleżalem na czele, błądzi. I jest to widoczne i w przypadku Stocha, i Kubackiego, i Żyły. W zasadzie każdego z polskich zawodników, którzy przeżywają kryzys. Choć obecnie ciężej znaleźć tych, którzy nie są w jego trakcie. Kto ma wobec tego pomóc tym skoczkom w wyjściu z głębokiej zapaści? No kto? Pozostaje pytanie, czy leci z nami pilot, czy może do końca sezonu wina będzie zwalana na wiatr, kombinezony? Nie zapominajmy, że w treningach dobrze, a w konkursach źle. I to na pewno wina głowy. Tydzień i wróci do normy. Może w międzyczasie jeszcze jakieś przeziębienie się przypałęta i będzie można o nim mówić w wywiadach. Choć może i to byłoby lepsze niż powtarzanie, że szukamy, już jesteśmy blisko, pracujemy, a potem znowu klapa i obraz nędzy i rozpaczy.

Nawet jeśli Polacy zostaną wycofani aż do Zakopanego, czy byłaby to przemyślana decyzja? Czy raczej szukanie po omacku opcji, żeby nie skompromitowali siebie i całego sztabu (a może i całego PZN-u, który od lat ukrywa swoją nieudolność dzięki skoczkom) jeszcze bardziej?

Tak blisko, a tak daleko

Zostali jeszcze Paweł Wąsek i Jakub Wolny. Ich występy nie były ani zawodem, ani nie dały powodów do zadowolenia. Żadnych. Czy da się cieszyć tym, że skoczkowi prawie udało się awansować do drugiej serii? I to nie zawodnikowi głębokich rezerw, ale takiemu, który zasadniczo powinien być etatowym bywalcem zawodów Pucharu Świata? Nie ma odpowiedzi innej niż nie. Bo w zawodach najwyższej rangi startują dwudziestodwu- i dwudziestosześciolatek i nie są w stanie zapunktować. I to ukazuje kolejny aspekt uwydatnionej dziś zapaści – skoro startują, to musieli być najlepsi. Byli najlepsi. Konkurs kończą na odpowiednio 33. i 32. miejscu. To na którym skończyłaby reszta? Choć to może bezpodstawne pytanie, bo najpierw trzeba przejść przez kwalifikacje. A i to nie musiałoby być tak oczywiste.

Konkurs w Oberstdorfie to nie jest początek kryzysu. Ten trwa od dawna, dotychczas ukrywany dzięki postawie Stocha, Żyły czy Kubackiego z poprzednich sezonów. Czy da się go rozwiązać, gdy trener sam do końca wydaje się nie wiedzieć, gdzie jest problem? Czy można oczekiwać znaczącej poprawy od zawodnika, który przez większość czasu nie widzi nic złego w swoich niedających punktów skokach? Nie ma co koloryzować rzeczywistości i „ku pokrzepieniu serc” pisać, że w Garmisch-Partenkirchen to na pewno będzie lepiej! Bo nie będzie. A przynajmniej nic na to nie wskazuje. Dosłownie nic. Powinniśmy raczej trzymać kciuki, żeby Polacy nie skompromitowali się jeszcze bardziej. I nie ma w tym nawet cienia ironii.

Źródło: informacja własna