Sylwia Jaśkowiec: Biegi wciąż mnie zaskakują [wywiad]

Miniony sezon biegów narciarskich był pierwszym, w którym na trasach zabrakło Sylwii Jaśkowiec. Polka po zakończeniu kariery nie rozstała się jednak na stałe ze sportem i podjęła pracę w SMS Zakopane. O życiu po życiu, tym, czy dalej pojawia się, choć już rekreacyjnie na biegówkach, a także kontaktami z koleżankami z czasów bycia w kadrze narodowej opowiedziała naszemu portalowi w rozmowie podczas targów SnowExpo w Warszawie.

Jakub Balcerski: Jak wygląda życie po życiu Sylwii Jaśkowiec? Chyba wciąż jest dość intensywne?

Sylwia Jaśkowiec: Tak, w moim życiu rozbrat z biegówkami nastąpił nie na długo i nie na zawsze. Na co dzień mam styczność ze sportem i najważniejsze jest dla mnie, że teraz robię to już dla siebie. Fajnie być w środowisku, wśród tych ludzi, bo to jest część mojego życia i pasja, którą pragnę realizować i dzielić się nią. Tak jak dziś na SnowExpo dobrze jest mówić o biegach narciarskich w Polsce, promować szkoły narciarskie w Zakopanem i Szczyrku, czy inne ośrodki. Jesteśmy tu z wielu frontów, ale mamy wspólny cel – rozwój biegów jako sportu w Polsce.

JB: Teraz zwykli biegacze mogą spotkać panią obok siebie na paru biegach. To chyba coś zupełnie odmienne od takiego rygoru z jakim wiązały się starty w Pucharze Świata i ciągłe przygotowania?

SJ: Sport wyczynowy rządzi się pewnymi prawami, wymaga poświęceń i kosztuje dużo zawodnika. Ale to jest piękne, bo balansuje się wciąż na krawędzi adrenaliny, jest ciągła akcja. Życie po sporcie ma jej w sobie jednak trochę mniej, ale to też cudowne, kiedy da się pobiegać w całkowitej wolności, bez presji wynikowej, czy czasowej. Można sobie pozwolić na wszystko – mam ochotę na godzinę biegania, to biegam godzinę, a jeśli na wycieczkę to mogę poświęcić na to cały dzień. Krążę sobie na tych biegówkach, rozwijam się i poznaję. Biegi narciarskie wciąż mnie zaskakują, ponieważ w zeszłym roku udało mi się pobyć zupełnie dziko na polanach, w lasach. To taki piękny aspekt biegów, który sięga tak naprawdę wiele lat wstecz, kiedy nie było ogólnie przygotowanych tras, ale za to pojawiała się wielka przestrzeń, wolność, mnóstwo śniegu i piękna zima. Stawało się częścią przyrody otaczającej nas na południu Polski, wśród tych gór. Nie udzielam się teraz sportowo, nie ma mnie na każdym z biegów, bo mam też inne obowiązki, aczkolwiek dobrze jest pojawić się gdzieś na zawodach – czy to Turbacz XC, Puchar Polski w Zakopanem, czy Bieg Sylwestrowy na Mogielnicy. Fajnie poczuć trochę tej adrenaliny, cieszyć się nowymi zawodnikami, czy z coraz większej liczby amatorów białego szaleństwa.

JB: To płynnie przejdźmy do pani nowych obowiązków, bo to trochę związane z nowymi twarzami. Jest pani w SMS Zakopane, to musi być czymś nowym dla zawodnika, gdy staje po drugiej stronie i idzie w kierunku kształcenia innych.

SJ: Przede wszystkim uczę się tutaj ludzi. W szczególności młodzieży, bo praca z nią jest bardzo wymagająca. Nie ukrywam, że człowiek uprawiając sport, jest w dużym stopniu indywidualistą, więc uczę się też współpracy. Staram się być dobrym nauczycielem i wychowawcą, rozmawiać z młodymi o problemach i słuchać ich, a także służyć swoim doświadczeniem. Ważna jest dobra komunikacja z nimi, choć wiem, że to bardzo głęboka dziedzina, w której trzeba się wciąż doszkalać. W dzisiejszych czasach trudno jest być autorytetem dla młodzieży, ja po prostu mówię o swoich przeżyciach i jeśli to może im pomóc w codziennym rozwijaniu ich kariery sportowej, poprawianiu umiejętności i zdobywaniu wiedzy, to bardzo mnie to cieszy. Jeżeli przychodzą, chcą i słuchają to sprawia mi przyjemność ich otwartość.

JB: Mówi pani o sobie, że jest romantyczką. Zatem dużo jest u pani patrzenia w przeszłość i na karierę, trwającą w końcu szmat czasu, bo praktycznie 20 lat?

SJ: Nie ukrywam, że przy okazji 100-lecia PZN-u i okolicznościowych filmów zrozumiałam, ile tam się zostawiło serca i emocji. To cieszy, bo w końcu uświadamiam sobie, że dołożyłam jakąś cegiełkę do całej tej pięknej historii naszego narciarstwa biegowego. Dopiero teraz jest czas na wspominanie i przypomnienie sobie doświadczeń związanych z całą karierą. Łez szczęścia, ale też tych bólu przy kontuzjach i porażkach – paleta różnych barw, ale to też nie czas, by to bardzo przeżywać. Okazje do wspominek są, ale idę do przodu, żeby żyć pełnią życia, a nie w swoich emocjach i rozczarowaniach. Patrzę ufnie w przyszłość.

JB: A jeśli chodzi o kontakty ze znajomymi zawodniczkami z kadry? W jednej z wypowiedzi Justyny Kowalczyk padły słowa, że pani kariera nie była zbyt profesjonalna przez ciągłe zmaganie się z kontuzjami. Zabolało?

SJ: Tej wypowiedzi nie słyszałam, ale jako sportowiec staram się wciąż żyć sportem i być w stu procentach profesjonalistką. Uważam, że co mogłam zrobić, to zrobiłam. Pewne rzeczy, które mi się przytrafiły, były losowe, jak wypadek i rozbrat ze sportem, a potem kolejne urazy i powroty. To, że udawało mi się podnieść, uważam za swój wielki sukces i jeśli coś zrobiłam źle, to to minęło i nie mogę już tego naprawić.

JB: Jeśli chodzi o Justynę to kontaktowałyście się po pani zakończeniu kariery?

SJ: Drogi się rozeszły, choć na gali 100-lecia związku, czy zawodach na AZS-ie się widziałyśmy. Po tych 1,5 roku to były pierwsze takie okazje, ale nasze kierunki są inne. Justyna kontynuuje swoją pracę przy biegach na najwyższym poziomie, a ja uczę się nowej pracy, próbując prowadzić spokojniejsze i dość stateczne życie. Jesteśmy teraz na jego różnych etapach.

JB: A chciałaby pani zatem jeszcze coś w nim osiągnąć? Jakie jest teraz pani marzenie, czy zamiast nich są teraz tylko małe łyżeczki, którymi czerpie pani z kolejnych dni?

SJ: Chcę żyć pełnią życia, otwarta. Teraz jestem w Zakopanem, czekam na możliwość spróbowania swoich sił w szkoleniu młodzieży i te kolejne wyzwania w głowie są. Sport nauczył mnie wyczekiwania na swoją szansę, więc myślę, że tej cierpliwości mi nie brakuje.

Dziękuję za rozmowę. 

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.