Historia PŚ w biegach. Słodko-gorzki sezon Bjoergen. Pierwsze podium Kowalczyk

Photo by Elsa/Getty Images

Sezon 2005/2006 Pucharu Świata w biegach narciarskich upłynął pod znakiem różnorodności. Sukcesy w nim odnosili nie tylko znani i uznani mistrzowie, ale także postaci, które dopiero miały wkroczyć do panteonu sław narciarstwa biegowego. Bez wątpienia, była to także przełomowy okres dla rozwoju owej dyscypliny na polskiej ziemi.

Photo by Elsa/Getty Images

Nie tylko sprinter

Janusz Krężelok jest osobą, której z pewnością nie trzeba przedstawiać sympatykom biegów narciarskich. Pierwszy i – jak dotąd – jedyny polski zwycięzca męskich zawodów pucharowych w „swojej” dyscyplinie sportu większości osób kojarzy się z konkurencjami sprinterskimi. I nie jest to czymś niespodziewanym, wszak właśnie w sprintach urodzony w Istebnej zawodnik osiągał największe sukcesy. Niemniej jednak trzeba mu oddać, że potrafił także notować bardzo dobre rezultaty w biegach długodystansowych. Najlepszym jego pucharowym występem w zawodach niesprinterskich była piąta lokata w biegu rozegranym techniką klasyczną na dystansie 15 kilometrów, który miał miejsce 19 listopada 2005 roku w Beitostolen. W zawodach tych tryumfował Tor Arne Hetland. Polak stracił wówczas do niego niespełna 32 sekundy. Do podium brakło mu z kolei nieco ponad 7 sekund. – Na dystansach miałem więcej dobrych biegów, ale nie przynosiło to tak wysokich miejsc. (…) W Kuusamo miałem raz identyczną stratę i identyczne punkty FIS, a miejsce było osiemnaste. Czasami o lokacie, którą się zajmie, decyduje więc nie tylko sama strata, ale jeszcze to, jak się wszystko poukłada, jeśli chodzi o innych zawodników. Może się zdarzyć, że co sekundę w tabeli jest inny narciarz, a może i tak, że między nimi jest na przykład 10 czy 15 sekund. Wtedy to wszystko się automatycznie rozciąga. (…) W Beitostolen było więc miejsce piąte, ale były też inne biegi z podobną stratą i podobnymi FIS punktami. Strata czasowa to jedno, a miejsce to drugie, nie zawsze odzwierciedla się stan faktyczny. Są jeszcze inne czynniki wpływające na wynik: śnieg czy smarowanie, bo nawet gdy zawodnik jest dobrze przygotowany, a narty mu nie jadą, to może być piętnasty czy dwudziesty – opowiadał Krężelok o swoim najlepszym wyniku uzyskanym w rywalizacji długodystansowej. Ostatecznie w klasyfikacji generalnej na zakończenie sezonu 2005/2006 zawodnik klubu AZS-AWF Katowice uplasował się na pięćdziesiątej pierwszej pozycji.

Cóż tam, panie, w męskich biegach? Niemcy trzymają się mocno?!

A no, trzymają! Po René Sommerfeldtcie i Axelu Teichmannie „schedę wygrywania” przejął Tobias Angerer. 19 marca 2006 roku 28-letni wówczas Niemiec odebrał w Sapporo swoją pierwszą (ale nie ostatnią) Kryształową Kulę. Tym samym po raz trzeci z rzędu zwycięzcą męskiej edycji Pucharu Świata w biegach narciarskich został „sportowiec zza Odry”. Urodzony w Traunstein zawodnik ośmiokrotnie plasował się na podium opisywanego sezonu zmagań, w tym aż pięć razy stawał na jego najwyższym stopniu. W trakcie zimy z przełomu lat 2005/2006 Angerer zgromadził łącznie 829 punktów. Bezpośrednio za nim w klasyfikacji ogólnej uplasowali się dwaj Norwegowie – Jens Arne Svartedal i wspomniany wcześniej Tor Arne Hetland. Ich strata do tryumfatora była jednak wyraźna. Przekroczyła bowiem 250 „oczek”. Znakomity Niemiec zgarnął także małą Kryształową Kulę za biegi dystansowe. Wydawało się, że prezentowana przez niego forma pozwoli mu stać się jedną z ważniejszych postaci igrzysk olimpijskich, goszczących w 2006 roku w Turynie. Na włoskiej ziemi Angerer zdobył jednak „zaledwie” dwa medale: srebro w sztafecie oraz brąz w biegu indywidualnym przeprowadzonym techniką klasyczną na dystansie 15 kilometrów. Dla zawodnika tak wielkiej klasy brak tytułu mistrza olimpijskiego w tak świetnym dla siebie sezonie musiał być sporym rozczarowaniem.

Kryształowa Kula na otarcie łez

Rozczarowaniem była także słaba dyspozycja prezentowana na igrzyskach przez najlepszą zawodniczkę sezonu 2004/2005. Mimo że początek pucharowej rywalizacji był w wykonaniu Marit Bjoergen (bo o niej oczywiście mowa) najlepszy z możliwych (na pierwszych pięć rozegranych biegów wygrała wszystkie, w tym trzy indywidualnie), to jednak w pewnym momencie z Norweżki „uszło powietrze”. Wielka gwiazda biegów (bo taki status posiadała już wówczas odwieczna rywalka Justyny Kowalczyk) przybyła do Turynu z dużymi oczekiwaniami i nadzieją na wywalczenie swego pierwszego złota olimpijskiego. Niestety dla Norweżki, włoskie igrzyska okazały się dla niej pasmem niepowodzeń. Na pięć startów zaledwie raz znalazła się w czołowej trójce. W biegu na 10 kilometrów rozegranym „klasykiem” sportsmenka z Trondheim musiała uznać wyższość Kristiny Smigun. W pozostałych konkurencjach zawodniczek lepszych od Bjoergen było już więcej. W efekcie genialna Norweżka przywiozła z Włoch jedynie jedno srebro. Na otarcie łez pozostała jej Kryształowa Kula, o którą w sezonie 2005/2006 do samego końca zażarty bój toczyła z pewną… Kanadyjką.

Wiecznie druga – czy aby na pewno?

Beckie Scott – pamiętacie tę panią? Być może nie, bowiem często pozostawała ona w cieniu innych sportsmenek. Na igrzyskach olimpijskich w Turynie zawodniczka ta indywidualnie nie wywalczyła medalu. Była „jedynie” członkinią kanadyjskiej ekipy, która we Włoszech uplasowała się na drugim miejscu w sprincie drużynowym. Któż jednak pamięta nazwiska osób wchodzących w skład danej drużyny, i to jeszcze drużyny, która nie tryumfuje na igrzyskach? Do historii na ogół przechodzą zwycięzcy. W 2006 roku Scott pozostała „tą drugą”. Była druga we wspomnianym sprincie drużynowym, druga była również w końcowej klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Do Bjoergen straciła ona wówczas jedynie 16 „oczek”. Mimo czwartego miejsca wywalczonego w indywidualnym sprincie, nie była ona także najlepszą kanadyjską biegaczką narciarską XX Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Po złoto sięgnęła bowiem wówczas jej rodaczka, Chandra Crawford. Beckie Scott zaznała jednak smaku medalu z najcenniejszego kruszcu. Srebro wywalczone w Turynie nie było pierwszym olimpijskim „skalpem” Kanadyjki. Cztery lata wcześniej – podczas igrzysk w Salt Lake City – została ona mistrzynią olimpijską w biegu łączonym.

Estońscy bohaterowie

O ile w rywalizacji o Kryształową Kulę Beckie Scott nie udało się pokonać Marit Bjoergen, o tyle na igrzyskach olimpijskich w starciu z Kristiną Smigun Norweżka nie miała do powiedzenia praktycznie nic. Dwa złote medale wywalczone przez urodzoną w Tartu zawodniczkę sprawiły, że została ona okrzyknięta najlepszą biegaczką XX Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Na imprezie tej bardzo dobrze spisał się także jej rodak, Andrus Veerpalu, który na włoskich trasach tryumfował w biegu rozgrywanym techniką klasyczną na dystansie 15 kilometrów. Bezpośrednio za Estończykiem uplasował się w owych zmaganiach obecny szkoleniowiec polskich biegaczy narciarskich, Lukas Bauer.

Włoskie akcenty na imprezie czterolecia

O tym, że igrzyska olimpijskie roku 2006 odbyły się we Włoszech, napisano już w tym tekście nie raz i nie dwa. Tą, która dostąpiła zaszczytu zapalenia znicza w trakcie ceremonii otwarcia najważniejszych zimowych zawodów, była posiadaczka pięciu złotych medali mistrzostw świata oraz dwukrotna mistrzyni olimpijska w biegach narciarskich, Stefania Belmondo. Nie był to jednak jedyny „biegowy akcent” w wykonaniu Azzurrich na tychże igrzyskach. W Turynie kadra włoskich biegaczy i biegaczek narciarskich wywalczyła łącznie cztery medale: dwa brązy oraz dwa złota. Największe wrażenie na śledzących zmagania w Turynie wywarł ostatni bieg igrzysk, w którym tryumfował reprezentant gospodarzy, Giorgio Di Centa. Młodszy brat Manueli Di Centy o 0,8 sekundy pokonał Jewgienija Diemientjewa z Rosji. Tym samym został on pierwszym zawodnikiem spoza Skandynawii i byłego ZSRR, który zdobył złoty medal w „królewskim biegu” rozgrywanym na dystansie 50 kilometrów. – Zwykle ktoś mnie prześciga, ale dziś nie słyszałem nart za sobą i mimo zbliżania się do mety czułem, że moje nogi są ciągle mocne – skomentował swój sukces Włoch.

Pierwsze pucharowe podium i medal na igrzyskach

Na pełny sukces nie były jeszcze gotowe w sezonie 2005/2006 nogi Justyny Kowalczyk. Oczyszczona z „dopingowych zarzutów” Polka pucharowe starty w trakcie owej zimy rozpoczęła w przededniu końca roku. Doświadczona bolesnymi wspomnieniami z poprzedniego sezonu zawodniczka miała w sobie ogromny głód zwycięstwa i walki o jak najwyższe cele. Pochodząca z Kasiny Wielkiej biegaczka bardzo szybko zaspokoiła swój apetyt. Już 7 stycznia 2006 roku w estońskiej miejscowości Otepää po raz pierwszy w karierze stanęła na pucharowym podium. W swej koronnej konkurencji (tj. biegu rozgrywanym techniką klasyczną na dystansie 10 kilometrów) musiała uznać wyższość Hilde Pedersen z Norwegii oraz wspominanej wcześniej Estonki, Kristiny Smigun. Trzecie miejsce na estońskiej ziemi było jedynie „deserem”. Danie główne zostało podane dopiero w Turynie, kiedy to Kowalczyk sięgnęła po pierwszy w historii medal dla Polski w biegach narciarskich. Ostatnią kobiecą konkurencję włoskich zawodów, jaką był rozgrywany techniką klasyczną bieg na dystansie 30 kilometrów, 23-letnia Polka ukończyła na trzecim miejscu, przekraczając linię mety za Kateriną Neumannovą z Czech oraz Juliją Czepałową z Rosji. Do złota Polce zabrakło dokładnie 2,1 sekundy. Co się odwlecze, to nie uciecze… Jak doskonale pamiętamy, zarówno pucharowe zwycięstwo, jak i tytuł mistrzyni olimpijskiej zostały jedynie nieco odłożone w czasie. Wszak emocje trzeba dawkować…

Źródło: informacja własna/Wikipedia/fis-ski.com/D. Miller, Historia igrzysk olimpijskich i MKOL. Od Aten do Londynu 1894-2012, Rebis, Poznań 2012/D. Ludwiński, Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014.