Historia PŚ w biegach. Kiedy minister odbiera marzenia…

Fot. alchetron.com

Fot. alchetron.com

W sezonie 1986/1987 czołowi biegacze świata już po raz czternasty rywalizowali o miano najlepszego zawodnika zimy. Ósmy raz o Kryształową Kulę walczyły z kolei biegaczki. Kto w marcu 1987 roku mógł wznieść ręce w geście tryumfu? Kto z kolei musiał przełknąć gorycz porażki? Przekonajmy się!

10 grudnia 1986 roku w austriackim Ramsau zainaugurowano czternastą odsłonę zmagań o Kryształową Kulę. W sezonie tym zarówno panie, jak i panowie rywalizowali w siedemnastu startach: jedenastu indywidualnych oraz sześciu sztafetowych. W konkurencjach indywidualnych kobiety miały łącznie do pokonania 145 kilometrów. Mężczyźni z kolei musieli przebiec o 150 kilometrów więcej. Punktem kulminacyjnym owej zimy były XXIII Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Klasycznym, które w dniach 11-21 lutego 1987 roku odbyły się w niemieckim Oberstdorfie.

Początkowe biegi sezonu zdawały się przypominać wydarzenia z wcześniejszych lat. Dwa zwycięstwa Gunde Svana na inaugurację rywalizacji pucharowej pozwalały przypuszczać, że Szwed także i w tym sezonie będzie dzielił i rządził, co w efekcie doprowadzi go do tryumfu w klasyfikacji generalnej. Istotnie, sytuacja taka miała miejsce. Jednakże Szwedem, który mógł cieszyć się ze swojej pierwszej Kryształowej Kuli, był Torgny Mogren, który wcześniejszy sezon zakończył bezpośrednio za swym utytułowanym rodakiem.

Skoro o Szwedach mowa, to nie sposób nie wspomnieć o Thomasie Wassbergu, który zimę 1986/1987 wspomina jaką jedną z najlepszych w swej karierze. Co prawda, do pełni szczęścia zabrakło mu tryumfu w klasyfikacji generalnej, jednak zajęcie drugiego miejsca w owym rankingu nie przynosi zawodnikowi z Lennartsfors żadnej ujmy. Swą mistrzowską formę pokazał on bowiem w najlepszym możliwym momencie sezonu, jakim był niemiecki czempionat. Ciekawym jest, iż była to pierwsza tego typu impreza, na której w części biegów rywalizowano stylem klasycznym, w części zaś – techniką łyżwową. Oczywiście, w Pucharze Świata oddzielenie od siebie tych dwóch „sposobów biegania” nastąpiło wraz z rozpoczęciem zimy 1985/1986, jednakże w owym sezonie nie odbywały się mistrzostwa globu. Wracając jednak do Wassberga, który – jak się wydawało – najlepsze momenty powinien mieć już za sobą, należy zauważyć, iż na niemieckich trasach udowodnił on, że nie zapomniał, jak biega się na najwyższym poziomie. Mimo stosunkowo trudnych warunków (wysoka temperatura, duże nasłonecznienie) Szwed nie miał sobie równych w biegu na dystansie 30 kilometrów, który rozegrano techniką klasyczną. – To były idealne dla mnie warunki. Już po 15 kilometrach wiedziałem, że wygram. Lubię mokry śnieg – skomentował swój rezultat w jednym z wywiadów. Do mistrzowskiego tytułu dołożył jeszcze srebro na trasach liczących 15 kilometrów oraz 50 kilometrów. Sukcesom indywidualnym towarzyszył złoty medal wywalczony wraz z kolegami z drużyny. Dzięki zespołowemu osiągnięciu jedyny medal z mistrzostw w Oberstdorfie przywiózł także Gunde Svan, który po imprezie docelowej przedwcześnie zakończył sezon. – Jestem zmęczony i nadal nie mogę odzyskać formy. Potrzebny jest mi odpoczynek – przyznał wówczas legendarny zawodnik z Vansbro.

Odpoczynku nie potrzebował i nie domagał się wówczas Józef Łuszczek, który odbył solidny okres przygotowawczy, dzięki czemu miał pewne prawo marzyć o osiągnięciu dobrego rezultatu. Na marzeniach niestety się skończyło… – Na mistrzostwa nie pojechałem, choć zwodzono mnie do końca. Do Zakopanego przyjechał minister sportu, nie pamiętam już który, i pamiętać nie chcę, i pytał, czy zdobędę medale. Zdenerwowałem się na niego i powiedziałem: „Panie ministrze, to jest sport, jakby było z góry powiedziane, że medale zdobędziesz ty, ty i ty, to reszta mogłaby siedzieć w domu i w ogóle nie jechać”. Efekt był taki, że nie pojechałem na te mistrzostwa, a może rzeczywiście zdobyłbym medal – z wyraźnym rozgoryczeniem wspominał – cytowany przez Daniel Ludwińskiego – biegacz urodzony w Zębie.

Oczywiście, sezon 1986/1987 to nie tylko emocje związane z rywalizacją mężczyzn. Podczas gdy o miano najlepszego zawodnika walczyli ze sobą przede wszystkim Szwedzi, u kobiet zróżnicowanie narodowościowe w ścisłej czołówce było znacznie większe. Dość powiedzieć, że w pierwszej trójce klasyfikacji generalnej znalazło się miejsce dla zawodniczek z trzech różnych państw. Dzisiaj sytuacja taka wydawać by nam się mogła nie do pomyślenia. Nie o współczesności jednak, a o „zamierzchłych” (oczywiście biegowo) czasach traktuje ów felieton – zatem powróćmy do roku 1987, w którym swą drugą Kryształową Kulę z rzędu odebrała Finka, Marjo Matikainen. Trzydzieści punktów mniej od niej zgromadziła reprezentantka Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, Anfisa Riezcowa. Pucharowe podium uzupełniła Norweżka, Marianne Dahlmo, której rok wcześniej do końcowego tryumfu zabrakło zaledwie jednego „oczka” – tym razem różnica ta była znacznie większa; wyniosła ona bowiem trzydzieści dwa punkty.

Do historii narciarstwa biegowego przeszło jedno z wydarzeń, mających miejsce na wspomnianym już czempionacie. Jego główną bohaterką była właśnie Marjo Matikainen. Podczas biegu rozgrywanego na dystansie 5 kilometrów w Oberstdorfie fińscy trenerzy – tuż przed biegnącą zawodniczką – kładli na trasie… sosnowe gałęzie. Miało to pomóc w oczyszczeniu nart z nadmiaru mieszaniny śniegu i wosku. Na widok rozkładanego przed sobą „dywanu” Matikainen mówiła wówczas tylko słynne: „Havuja… perkele!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Sosny, kurde!”. Co ciekawe, postępowania fińskiego sztabu nie uznano za szkodliwe czy niezgodne z zasadami fair play. W efekcie Finka ostatecznie wygrała bieg, zdobywając – dzięki niewątpliwej pomocy swego zespołu – swój pierwszy złoty medal mistrzostw świata.

Źródła: informacja własna; faneille.com; yle.fi; nytimes.com; D. Ludwiński, Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014; Wikipedia.

%d bloggers like this: