Dekada od złotego biegu Kowalczyk w Vancouver. Jóźwik: “Taki bieg może się zdarzyć tylko raz w karierze”

fot. youtube.com

fot. youtube.com

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie dzisiaj mija dokładnie dziesięć lat od jednej z najpiękniejszych chwil polskiego sportu. 27 lutego 2010 roku Justyna Kowalczyk po pasjonującej walce na finiszu z Marit Bjoergen, sięgnęła po tytuł mistrzyni olimpijskiej w biegu na 30 km stylem klasycznym. Był to dopiero drugi złoty medal zimowych igrzysk dla Polski i pierwszy od 38 lat. W rozmowie ze Sportsinwinter.pl, ten wyjątkowy moment wspomina były komentator TVP Marek Jóźwik, którego słowa przeszły do historii tak samo, jak wyczyn polskiej biegaczki.

Mateusz Król: Kiedy pan dzisiaj myśli o igrzyskach w Vancouver, to jakie są pierwsze skojarzenia? Miłe, czy niemiłe?

Marek Jóźwik: Fantastyczne, bardzo miłe i przyjemne. Można śmiało powiedzieć, że były to igrzyska niezapomniane dla komentatora. Oczywiście przede wszystkim na myśl przychodzi mi Justyna Kowalczyk, bo właśnie biegami narciarskimi zajmowałem się w trakcie tej imprezy sportowej. Cały czas zakładałem, że ona tam zdobędzie złoto. To całe napięcie rozkładało się w czasie. Był brąz, srebro i zaczął się wreszcie bieg na 30 km. Nie wiem dlaczego, ale byłem absolutnie pewien, że Justyna wygra w tym starciu z Marit Bjoergen, chociaż ich poziom był bardzo wysoki oraz wyrównany i trudno było mieć tę pewność. Mnie jednak intuicja podpowiadała, że to zakończy się sukcesem dla Kowalczyk. Krótko mówiąc: było to dla mnie, jako komentatora, niesamowite przeżycie, które mogło się przecież nie zdarzyć.

Pana komentarz przeszedł do historii razem z tym wspaniałym finiszem. Dlaczego to wszystko wywołało aż tak wielkie emocje? To tylko kwestia tego, w jaki sposób ten bieg został rozegrany?

Sport, taki jak narciarstwo biegowe, czy też kolarstwo, sam tworzy fabuły. Te zmagania mają swoje akcenty dramaturgiczne, momenty większych napięć i lekkiego ich spadku. Tak właśnie było w tym biegu. Od samego początku prowadziłem narrację w ten sposób, że wszystko rozstrzygnie się między Justyną i Marit na tych ostatnich osiemdziesięciu metrach. Cały czas miałem takie właśnie przeczucie. To dlatego, że one były niesłychanie do siebie podobne. Po pierwsze, pod względem charakteru sportowego. Obie niebywale twarde i zadziorne. Marit miała już złote medale, ale przygotowywała się właśnie do tej rywalizacji. Wiedziała, że w tym biegu czeka na nią największe zagrożenie. Bjoergen kilka razy próbowała odskoczyć Justynie i chwilami to się udawało. Był taki moment, kiedy Norweżka odskoczyła Polce na jakieś 100 metrów. Przy trasie stał Aleksander Wierietielny i krzyczał do Kowalczyk, aby nie starała się zbyt szybko odrabiać start, tylko spokojnie dochodziła Bjoergen. Nasza zawodniczka posłuchała swojego trenera i krok po kroku odrobiła dystans dzielący ją od rywalki. Tu trzeba też przypomnieć, że Justyna bała się tych tras. To znaczy, one nie były skrojone pod nią, bo były dość płaskie. Dla mnie zawsze najważniejszym momentem był skręt w prawo ze zjazdem na stadion ze względu na to, że Polka miała słabszą technikę zjeżdżania niż Norweżka. To też jednak nic dziwnego, bo Kowalczyk zaczynała z nartami jako nastolatka, a Marit jako małe dziecko. W trakcie biegu przy wyżej wspomnianym zjeździe, nieco odebrało mi mowę. Na szczęście poradziła sobie całkiem dobrze i wszystko rozstrzygnęło się na ostatniej prostej. Dla mnie to szczególnie niezapomniany bieg. Trwał półtorej godziny. Niektórzy myślą, że przez cały czas rywalizacji nic szczególnego się nie dzieje, ale nic bardziej mylnego. To wszystko trzeba odpowiednio czytać. Każdy moment ma znaczenie i przełożenie na końcowe metry. Bjoergen szarpnęła, ale nie udało się uciec. Każda starała się zmęczyć swoją rywalkę. Nic z tego, żadna nie opadła z sił.

Na tej ostatniej prostej wielu mogło już zwątpić, ale w pana komentarzu słychać było pewność sukcesu. 

Justyna pokazała rzeczywiście to, co zawsze było jej najmocniejszą stroną – charakter. Nigdy nie chciała się poddać, nie odpuszczała. I tak do samego końca było w tym biegu. Marit Bjoergen w końcówce popełniła jeden mały błąd – zrobiła krok. Kowalczyk pchała kijkami do samego końca, jakby była przyspawana do tego śniegu. To było najrozsądniejsze. Szły ramię w ramię i może 20 metrów przed metą widziałem, że Polka lekko wyprzedziła rywalkę. Wiedziałem, że to się skończy tak, jak się zakończyło. To też ciekawa sprawa, że Justyna po biegu nie była świadoma tego, co się stało. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że właśnie sięgnęła po największy sukces i była aktorką niesamowitego widowiska. Wrócę teraz do komentarza. Relacjonować taki sukces, z tak niesamowitym finiszem, to zdarzyć się może chyba tylko raz w karierze. Komentowałem przecież mnóstwo imprez lekkoatletycznych, chociażby biegi na 100 metrów z udziałem Bolta. Też przecież wyścigi na ułamki sekund, ale to nie jest to samo. W narciarskim biegu na 30 km przygotowanie do finiszu trwało półtorej godziny. Widowisko w Vancouver stworzyło się samo i ja musiałem za tym pójść.

Justyna Kowalczyk zdobyła pięć medali olimpijskich. Dwa złote, jeden srebrny i dwa brązowe. (fot. Irek Trawka)

Zgodziłby się pan z tezą, że ten bieg był najważniejszym w karierze Justyny?

Absolutnie tak. Zresztą sama Justyna rok po igrzyskach uznała ten bieg za najważniejszy, razem z komentarzem. Mówiła nawet, że w czasie, kiedy miała depresję, włączała sobie tę rywalizację z komentarzem, aby podnieść się na duchu. W Vancouver może była jeszcze zbyt młoda, żeby zrozumieć, co się stało. Dopiero po jakimś czasie zaczęło do niej docierać, że to było ogromne widowisko nie tylko pod względem sportowym. Przecież w telewizji oglądało to 10 mln widzów. Wszyscy byli tym zafascynowani. Nie wiedziała zatem na początku, jakiej rzeczy dokonała.

Cztery lata wcześniej w Turynie Justyna zdobyła swój pierwszy medal olimpijski. Czuł pan już wtedy, że zapowiada nam się tak wspaniała biegaczka?

Wiedziałem wtedy tylko tyle, że trzeba dać jej czas. Wówczas pamiętam bieg na 10 km stylem klasycznym. Tam Justyna miała źle posmarowane narty, ale dawała z siebie wszystko. Niestety, straciła przytomność i nie ukończyła biegu. Wtedy doszło też do małej afery. Nasz operator kamery starł się z Wierietielnym. Trenerowi nie odpowiadało to, że Kowalczyk leżała nieprzytomna na śniegu, a nasz kolegą ją filmował. Nasz specjalista od reklamy powiedział, że trzeba naszą biegaczkę krytykować. Ja z kolei mówiłem, żeby poczekać do rywalizacji na 30 km. Czułem, że to będzie zupełnie inny bieg. Nie przypuszczałem jednak, że ona to tak mądrze rozegra. Popełniła właściwie jeden mały błąd. Gdyby rozpoczęła ucieczkę trochę szybciej, miałaby złoto już w Turynie. Wywalczyła jednak brąz i to była ogromna niespodzianka. Taka dziewczyna, która dopiero buduje sobie karierę, sięgnęła już po taki sukces. Wielka sprawa.

Wracając do Vancouver. Po tych igrzyskach Marit Bjoergen stała się w Polsce negatywną postacią. Padły słowa o astmie i Norweżka nie cieszyła się dobrą sławą. A jak na Justynę reagowali Norwegowie?

U Norwegów właściwie cała reprezentacja to chorzy na astmę zawodnicy. Na ten temat było wiele dyskusji. Sam w nich brałem udział. To jest trudne zagdnienie, bowiem leki wziewne przykrywają takie środki jak sterydy. Sportowcy zgłaszają się do WADA, a ta wydaje pozwolenie na stosowanie zabronionych środków. Poza tym wszystkim trzeba jednak przyznać, że to jest po prostu ich sport narodowy. Oni kochają biegi narciarskie i dlatego potrafią docenić kunszt zawodniczek z innych nacji. Tam Justyna cieszyła się bardzo dużym uznaniem. Wówczas między nią, a publicznością norweską, trenerami czy mediami, nie było żadnych napięć. One zaczęły się trochę później, kiedy rywalizowały w Tour de Ski, Pucharze Świata i wypływały te informacje na temat leków wziewnych. Cały czas cieszyła się jednak wielkim uznaniem, bowiem była tak naprawdę jedyną, która potrafiła z Norweżkami wygrywać.

Marit Bjoergen to najbardziej utytułowana zimowa olimpijka. Na swoim koncie ma aż 15 medali olimpijskich, w tym 8 złotych. (fot. Irek Trawka)

Można chyba zatem powiedzieć, że po igrzyskach w Vancouver rozpętała się wojna między dwiema zawodniczkami. Ten pojedynek dużo dał temu sportowi, prawda?

Takie pojedynki zawsze przyciągają. Był taki sezon, kiedy obie miały nieco luźniej potraktować Puchar Świata [2011/2012, bez imprezy rangi mistrzowskiej]. Tak, jakby chciały trochę odpocząć. Wiedziałem jednak, że taka sytuacja jest niemożliwa. Pisałem nawet o tym. Czułem, że kiedy Justyna i Marit staną obok siebie na starcie, to będzie zacięta walka. I tak też wtedy było. Rywalizowały ze sobą ostro przez cały sezon. Za nimi podążała jeszcze Therese Johaug, ale reszta nie dawała rady. Rzeczywiście, od tamtego biegu z Vancouver, nakręcona została taka batalia między Kowalczyk, a Bjoergen. Marit bardzo chciała jeszcze wygrać z Justyną w biegu na 30 km podczas igrzysk. Zdawała sobie sprawę, jak ogromną wagę miała ta porażka w Vancouver. Myślę, że ta przegrana bardzo ją zabolała. Zdawała sobie przecież sprawę z tego, jaki to był rodzaj pojedynku.

Zapadło panu w pamięci coś innego niż biegi z tych igrzysk?

Trudno o coś takiego. Komentowałem w Vancouver biegi kobiet i mężczyzn. Więcej w głowie zostało oczywiście z rywalizacji pań. Pamiętam chociażby upadek Petry Majdić, która ze złamaniami wywalczyła jeszcze medal olimpijski. Muszę jednak przyznać, że praca sprawozdawcy jest na tyle wymagająca, że podczas igrzysk nie ma zbyt wiele czasu, aby śledzić inne sporty. Komentator na igrzyskach wie wszystko, co dzieje się w jego dyscyplinie. O innych rywalizacjach można wiedzieć tylko tyle, co usłyszy od kolegów przy kolacji. Najpierw się przygotowywałem do pracy, potem komentowałem a po wszystkim byłem już wyczerpany i wracałem do hotelu. Wieczorem można było włączyć telewizję i zobaczyć, jak tam inne zmagania wypadały. Sprawdzałem chociażby, jak nasi skoczkowie sobie radzili. Zapewniam jednak, że człowiek pełniący na igrzyskach taką rolę, jak ja, ma jednak dużo mniejsze rozeznanie, niż telewidz, który śledzi wszystko w domu. On ma wszystko podane na tacy, a osoba pracująca przy takiej imprezie, skupia się na tym, co dokładnie ma robić.

Te igrzyska rozpoczęły się od wielkiej tragedii. Na torze saneczkarskim zginął saneczkarz z Gruzji Nodar Kumaritaszwili. Miało to wpływ na atmosferę tej imprezy?

Oczywiście, mówiło się o tym. Pojawiły się pytania, zresztą jak zawsze przy takich sytuacjach, czy warto w ogóle uprawiać tak ryzykowną dyscyplinę. Były takie głosy, że nawet świetne przygotowanie do zawodów może tutaj nie wystarczyć. To tak, jak podczas igrzysk w Monachium, gdzie byłem jako zawodnik [1972 r., dokonano wówczas zamachu terrorystycznego, zginęło łącznie 17 osób]. Mieliśmy dzień przerwy. Na stadionie olimpijskim zorganizowano coś na styl pogrzebu. Pamiętam, że wówczas Prezes MKOL-u Avery Brundage powiedział: “Show must go on” i po tym igrzyska szły już rzeczywiście swoim torem. O takich dramatycznych wydarzeniach siłą rzeczy się mówi. Jedni to przeżywają bardziej, drudzy mniej. I tak właśnie było też w Vancouver.

%d bloggers like this: