Wymagająca franca. Dekada od otwarcia nowej Malinki w Wiśle

Fot. Jakub Balcerski

(fot. Jakub Balcerski)

Ta historia  zawsze miała potencjał. Pisząc się spokojnie, ale i dość szaro, została nagle zauważona dzięki „Małyszomanii” i zamieniona na kolorowy bestseller, bez którego nie powstałby zapewne epilog najpiękniejszej opowieści w dziejach polskiego narciarstwa. Skryta w cieniu tatrzańskiej legendy Wielkiej Krokwi, skocznia w Wiśle-Malince ma już 85 lat, choć dziś wygląda na 10-latkę. 

28 lutego 2001 roku. Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich rozgrywane na wiślańskiej Malince. Wzgórzu, które od 1933 roku ugościło krajowy czempionat już 17 razy. To kawał historii polskich skoków, choć traktowany na pewno z większym dystansem niż zakopiańska Wielka Krokiew. W zasadzie czekający na większą uwagę kibiców i działaczy ze względu na stan skoczni w rodzinnym mieście odnoszącego wówczas pierwsze wielkie sukcesy Adama Małysza. Jak zwykle na czas zawodów zamknięto drogę, przebiegającą przez wybieg, na którym zatrzymywali się zawodnicy. Przez to możliwości treningowe na Malince były praktycznie żadne. Problem był, wielu go widziało i snuło marzenia o pięknym obiekcie, nieporównywalnym do wcześniejszego, ale brakowało bodźca, który przekonałby wszystkich do takiego rozwiązania.

W samym konkursie padły wówczas niewiarygodne odległości – nieustane 119 metrów Roberta Matei czy 112,5 metra Wojciecha Skupnia i choć zostały uzyskane w odwołanej serii to zapadły w pamięć niejednemu obserwatorowi tych zawodów. W kolejnych miesiącach coraz lepsze wyniki w Pucharze Świata i Mistrzostwach Świata osiągnął Małysz, co postawiło go w roli potentata stawki skoczków całego świata. Zainteresowanie jego osobą przekraczało wszelkie wyobrażenie i jasnym stało się, że wkrótce na tapecie pojawi się także wizerunek jego rodzinnego miasta. W Wiśle już wtedy po prostu prosiło się o obiekt z prawdziwego zdarzenia, który Mistrz Adam mógłby nazwać swoim domem.

27 września 2008 roku. Pierwsze oficjalne zawody na nowo-otwartej skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle-Malince. Historia zatoczyła koło, bo po ponad 7 latach tułaczki z pieniędzmi, projektami, czy osuwającym się gruntem udało się tu ponownie rozegrać konkurs skoków narciarskich o Mistrzostwo Polski. Zresztą ze zwycięstwem patrona obiektu, który w końcu co prawda oddał tu pierwszy skok parę dni wcześniej, ale i tak sprawił, że ten oficjalny okazał się wyjątkowy, gdy odległością 132,5 metra ustanowił rekord skoczni. Po zawodach pozował do zdjęć z tablicą oznajmiającą, że właśnie tego wrześniowego popołudnia Malince nadano imię najlepszego polskiego skoczka wszechczasów. Tak otworzył się nowy rozdział w historii skoczni, ale i całej dyscypliny w Polsce.

Zawody Letniego Grand Prix w skokach narciarskich w naszym kraju pojawiły się w 2004 roku, gdy cykl zagościł w Zakopanem. Przez kolejne 5 sezonów nic się nie zmieniało i najlepszych skoczków świata na igielicie można było oglądać u nas jedynie na Wielkiej Krokwi. Wraz z pojawieniem się na skokowej mapie Polski nowej Wisły-Malinki rozpoczęły się marzenia o wielkim skakaniu w Beskidach. Taki obiekt nie mógł przecież być używany jedynie do treningów, zawodów krajowych czy tych niższej rangi. Zwłaszcza że kariery nie skończył przecież jeszcze Małysz, a jego historia wręcz wymagała tak pięknego wykończenia. Tym samym przyszedł sierpień 2010 roku.

Bilety na igielitowe zawody z udziałem Mistrza i czołówki międzynarodowych skoków nie wyprzedały się błyskawicznie, ale będąc w tym czasie w Wiśle, dało się wyczuć atmosferę sportowego święta. Los znów sprawił nam wtedy piękną niespodziankę. O ile w piątek Małysz doczekał się zwycięstwa we własnym ogródku to w sobotę polskie gardła “Mazurka Dąbrowskiego” śpiewały dzięki komuś innemu. Konkurs z 21 sierpnia 2010 roku wraz z pamiętnym zakończeniem sezonu 2010/2011 w Planicy stawia się jako przykład symbolicznej zmiany warty w polskich skokach. Wtedy na najwyższym stopniu podium stanął Kamil Stoch. Ten sam, który jeszcze parę miesięcy temu nie wytrzymywał presji, często nieco załamywał się po nieudanym konkursie i ten sam, który później sam będzie wykańczał dotychczasową historię tego obiektu. Zwłaszcza zimą.

Skoro udało się dla Wisły pozyskać najważniejsze zawody latem, to czemu nie spróbować i zimą? Z takiego założenia wyszli organizatorzy, dzięki którym już w 2013 roku na skoczni w Wiśle-Malince można było oglądać konkurs Pucharu Świata. Wówczas zwycięstwo odniósł Norweg Anders Bardal, a w kolejnych 4 latach wygrywali tu zawodnicy różnych nacji – w 2014 Niemiec Andreas Wellinger, rok później Austriak Stefan Kraft, w kolejnej kampanii Czech Roman Koudelka, a w 2017 roku najpierw dwukrotnie nasz Kamil Stoch, a później Japończyk Junshiro Kobayashi. Przez te wszystkie organizowane konkursy PŚ i LGP Wisła stała się dla polskich kibiców miejscem obowiązkowym na każdą zimę. Wytwarza się tam specyficzny klimat, który tworzą zarówno malowniczo wyglądająca trybuna z sektorami na przeciwstoku, sektor “leśny”, czyli kibice stojący za ogrodzeniem odgradzającym skocznię od pobliskich drzew, czy bliskość zawodników, której nie da się chyba doświadczyć w takim stopniu nigdzie indziej.

Poza zawodami dla kogoś mieszkającego w samej Wiśle skocznia uaktywnia się bardzo często. Nietrudno zauważyć, że stała się czymś w rodzaju centrum treningowego dla wielu nacji, w tym oczywiście naszej reprezentacji. Dzięki temu nie ma tu jedynie funkcji atrakcji, uaktywniającej się na przyjazd karuzeli PŚ. Skocznia żyje najbardziej właśnie, gdy poszczególne ekipy korzystają z niej dla własnych celów. Możemy być pewni, że przyczyniła się już do niejednego sukcesu. – To trudny i wymagający obiekt, a takie są najlepsze do treningów dla skoczka – mówił przed rokiem w materiale Telewizji Polskiej Adam Małysz. – Jeśli dobrze skaczesz tutaj, to możesz być pewny swojej formy na innych skoczniach. Zawodnicy mówią o takich jak ta – francowate.

Skocznia w Wiśle stała się pewnym zjawiskiem. Poza samym obiektem tworzą je przede wszystkim ludzie. Trudno nie wspomnieć o tych, którzy pracują na to, by igielit, śnieg, wyciąg, czy przeciwstok były idealnie przygotowane do użytku. Symbolem może być tu wiślański człowiek-instytucja – Andrzej Wąsowicz. Opiekuje się skocznią, zapewnia dostęp do niej, podchodzi praktycznie jak do córki. Często niegrzecznej, gdy stwarza problemy przez pogodę, czy swój stan, ale i wciąż dającej powody do dumy oraz wzruszenia, gdy widzi się na niej sukcesy naszych zawodników. A tych w ostatnim czasie nie brakuje.

Całą atmosferę tego miejsca dopełniają też z pewnością kibice – od tych jedynie zwiedzających jej okazałe tarasy widokowe, po często oglądających przez internetową kamerkę, czekając na choćby krótki trening skoczków, który nakłoni ich do złożenia wizyty w Wiśle-Malince. Te wszelkie podróże busem, oczekiwania w zimnie na otwarcie bram, czy polowania na autografy pod domkami zawodników przynoszą wiele wspomnień  W zasadzie już dekadę wspomnień nowej Malinki, która teraz musi być dalej pielęgnowana i stawiana jako priorytet przy ewentualnych remontach, czy usprawnieniach jej działania. To kolejna po Wielkiej Krokwi perła dla polskich skoków dająca im odżyć i dalej się rozwijać. A to musi przecież trwać dłużej niż 10 lat.

Źródło: wikipedia/fis-ski.com/informacja własna 

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.