Polski skeleton w pigułce. Problem goni problem

fot. archiwum prywatne

Za miesiąc reprezentanci sportów zimowych rywalizować będą o medale na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Wśród nich będą skeletoniści, ale w tej dyscyplinie zabraknie reprezentantów Polski. Jedną z niewielu osób, które uprawiają skeleton w naszym kraju jest Mateusz Lubecki.

fot. archiwum prywatne

Trudne początki

W Polsce skeleton jest zdecydowanie niszową dyscypliną, a duża część społeczeństwa nigdy o nim nie słyszała. Należy z tego wysunąć wniosek, że uprawianie tego emocjonującego i wyglądającego ekstremalnie groźnie sportu w naszym kraju nie jest łatwe. Przekonał się o tym Mateusz Lubecki, który „złapał skeletonowego bakcyla”.

– Wszystko wzięło się przypadkowo. W 2011 roku zacząłem wykonywać loty termiczne na paralotni, więc skeleton to nie jest mój pierwszy sport ekstremalny. W grudniu 2017 roku zobaczyłem film na Youtube, stwierdziłem że fajnie ten sport wygląda i w zasadzie dlaczego by nie spróbować. Pierwsze ślizgi, z tym że na sankach, a nie skeletonie zrobiłem w lutym 2018 na starym torze w Krynicy, dzięki uprzejmości trenera Przemysława Pochłóda z SMS Karpacz. Pierwszy kontakt z ‘prawdziwym’ torem sztucznie mrożonym zaliczyłem w listopadzie w 2018 roku. Było to podczas zawodów Showelrace w Siguldzie, wymyślonych 10 lat temu przez trenerów łotewskiej kadry skeletonowej juniorów. Pierwszy raz na skeletonie jechałem podczas szkółki w Sankt Moritz w lutym 2020. Z naszą kadrą narodową kontakt złapałem również całkowicie przypadkowo. Będąc w Siguldzie na Showelrace, szczęśliwym trafem spotkałem Olega Polyvacha i jego syna, Vlada.

Koszty uprawiania skeletonu

Lubecki ma na swoim koncie jeden start w zawodach Pucharu Europy. W lutym 2021 roku zajął 41. miejsce na torze w Igls w swoim debiucie. – Kupiłem komplet sprzętu, odbyłem pierwsze, długie zgrupowanie w grudniu 2020, po którym trener podjął decyzję, że mogę jechać na Puchar Europy do Igls, czyli na najłatwiejszy tor na świecie. Ostatni trening torowy odbyłem w listopadzie 2021. Nie byłem w stanie pojechać z kadrą do Lillehammer i musiałem radzić sobie sam w Igls. Niestety, wszystko poszło źle. Awaria samochodu na autostradzie w Czechach, mechanik oszust, rozklejony but startowy i problemy z jazdą. W tym sporcie samemu nic nie da się zrobić, zwłaszcza jak nie ma się trenera, który obserwuje ślizgi i na bieżąco mówi, co jest nie tak. Mam nadzieję, że uda się pojechać w lutym tego roku z resztą kadry na trening organizowany przez IBSF w Igls.

– Nie kwalifikuje się do stypendium sportowego i za wszystko muszę płacić sam. Do tej pory, wg. mojej rozpiski wydałem na skeleton 32122 złote 94 grosze. Najdroższe są oczywiście ślizgi. Jeden w Igls kosztował 30 euro, ale cena wzrosła do 33 euro. Podporządkowałem całe swoje życie sportowi. Jestem programistą i elektronikiem. Dla latania paralotnią przeniosłem się w Beskidy do Bielska – Białej, a dla skeletonu rzuciłem pracę w korporacji i przeszedłem na pracę zdalną, aby mieć wybór gdzie i w jakich godzinach pracuje. W Niemczech w sezonie przygotowawczym zawodnicy robią nie mniej niż 80 do 100 ślizgów, ale tamtejsze kluby mają tor za darmo do dyspozycji – opowiada Lubecki.

Trudna droga do rozwiązania problemów

– Problemem dla sportów ślizgowych jest dramatyczny wzrost kosztów energii elektrycznej. Można zbudować tor, który i tak sam w sobie jest ekstremalnie drogą budowlą, ale potem trzeba jeszcze jakoś go finansować. Tor we Włoszech został zburzony kilka lat po igrzyskach w Turynie. Obiekt w Nagano nie jest już eksploatowany, a gdy Are starało się o swoją nominację nawet nie brano pod uwagę budowę własnego obiektu. Podpisano umowę celową z łotewską Siguldą. Nie wiadomo, co pokaże przyszłość. Trudno też pozyskać zawodników i zachęcić dzieci do sportu. Social media zbierają przykre żniwo i młodzież nie czuje w ogóle potrzeby aktywności fizycznej. Do tego trzeba przekonać rodziców. Sport angażuje czasowo, a dla dzieciaków najważniejsze powinno być zdobycie dobrze płatnego zawodu, bo tutaj nie ma mowy żeby się dorobić pieniędzy – komentuje Mateusz Lubecki.

Jedyną reprezentantką Polski w historii igrzysk olimpijskich była Monika Wołowiec. W 2006 roku w Turynie zajęła ona ostatnie, 15. miejsce. W statystykach Międzynarodowej Federacji Bobslei i Skeletonu (IBSF) widnieją nazwiska zaledwie 17 zawodników, w tym naszego rozmówcy, Mateusza Lubeckiego. Na swoim blogu luge.pl, na którego zapraszamy, dzieli się on swoimi doświadczeniami ze skeletonem.