Najlepszy trener w historii odchodzi. Sprawił, że niemożliwe, stało się możliwe

fot. PZN

fot. PZN

Jak oznajmił prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Apoloniusz Tajner, Aleksander Wierietielny potwierdził rezygnację z posady trenera biegaczek narciarskich. 72-letni szkoleniowiec był związany z polskim sportem od wielu lat. Tak naprawdę to w naszym kraju udało mu się odnaleźć spokój życia, swoje miejsce na ziemi. A co my, kibice, zawdzięczamy jego osobie? Zaskakująco wiele…

Narciarski obieżyświat

Były już trener kadrowiczek jest z pochodzenia Białorusinem. Jego rodzice w okresie międzywojennym mieszkali w Hrubieszowie, mieście wielokulturowym i wielonarodowościowym. Akcja “Wisła” i masowe przesiedlenia rodzin spowodowały, że rodzina Wierietielnych trafiła do Finlandii. Tam też, w miejscowości Parkkala-Udd, przyszedł na świat mały Aleksander.

 – Moi rodzice (…) natychmiast po rozpoczęciu hitlerowskiej agresji znaleźli się w niewoli i po pokonaniu długiej drogi trafili jako jeńcy na północ Finlandii. Była ona wówczas sojusznikiem Niemiec, toczyła wojnę z ZSRR, i mój ojciec, jako specjalista budowlany, okazał się tam potrzebny. Przyszedł rok 1947, nastąpiła wymiana jeńców fińskich i radzieckich, a ja już wówczas byłem na świecie – wspominał trener w wypowiedzi dla Kroniki Sportu.

Nie był to koniec podróży przyszłego trenera. Rozpoczął on swoją edukację na terenie dzisiejszego Kazachstanu. W ośrodku narciarskim w Szczuczyńsku (istniejącym do dziś, odbywają się tam zawody rangi FIS w narciarstwie klasycznym) trenował biegi i biathlon.

 –  Progi reprezentacji ZSRR były dla mnie zbyt wysokie, nawet drużyny republiki, w której mieszkałem, ale do jej szerokiej czołówki zaliczałem się zarówno w biegach, jak i w biathlonie. Odsłużyłem wojsko w Czycie, mieście za Bajkałem, a po powrocie do Kazachstanu ukończyłem Instytut Kultury Fizycznej w Ałma-Acie. To była dobra uczelnia – kontynuował trener.

Punktem zwrotnym w jego życiu, oraz przyczyną, dla której zakotwiczył na nowo w Polsce, okazała się… miłość.

Gorzów, Wałbrzych i kadra

Barbara Piątkowska, studentka poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego pod koniec 1979 roku znajdowała się w Moskwie. Swojego przyszłego męża poznała w polskiej ambasadzie.

 –  Od początku troskliwie się mną zaopiekował i był moim przewodnikiem po Moskwie. Szybko “zaiskrzyło” między nami, doskonale się rozumieliśmy. Był rycerski i szarmancki, często zapraszał mnie na szampana i kawior. Na uczelni był prymusem i tym także mi imponował. 19 marca 1981 roku wzięliśmy w Moskwie ślub – tak na łamach “Dziennika” swoje początki małżeństwa wspomina żona szkoleniowca.

To na jej prośbę młoda para pozostała w Polsce, w Gorzowie. Z kolei miejscem pracy Wierietielnego stał się Wałbrzych i tamtejsza sekcja biathlonowa KS Górnik. Paradoksalnie, z uwagi na ówczesne przepisy, momentalnie stanowiło to przesłankę do chwilowego objęcia stanowiska trenera kadry. Wystarczyło tylko – albo aż – doprowadzić do tego, aby w wewnątrzkrajowej rywalizacji biathloniści z Wałbrzycha zajęli jak najwięcej wolnych miejsc w kadrze A. Wierietielnemu udało się to. Co więcej, zbliżał się rok 1988 i Igrzyska Olimpijskie w kanadyjskim Calgary.

Złe miłego początki

Pion sportowy, który w latach 80. decydował o wysyłaniu sportowców na największą zimową imprezę czterolecia, żądał wypełnienia wymagającego jak na tamte czasy minimum kwalifikacyjnego. Ósme miejsce w sztafecie podczas Mistrzostw Świata dałoby im bilet do Kanady. Polacy zameldowali się na mecie… na dziewiątym miejscu. Wierietielnemu dano jednak jeszcze jedną szansę, rezygnując z dotychczasowej metody wyłaniania trenerów. W latach 90. Białorusin nie obawiał się już o posadę.

Eksplozja talentu Sikory i… problemy z jedzeniem

Stabilność stanowiska spowodowała, że Aleksander Wierietielny coraz śmielej wprowadzał własne metody treningowe. Stereotyp niezwykle charakternych i wymagających szkoleniowców z byłych republik radzieckich i w tym przypadku okazał się trafny. Najlepszy polski biathlonista, Tomasz Sikora, w wywiadzie z Łukaszem Jachimiakiem dla Sport.pl wspominał, że podczas wysokogórskich zgrupowań pod okiem szkoleniowca ze Wschodu miał siłę jedynie na kąpiel, sen i jedzenie. Krążyły również anegdoty o tym, że z powodu wyczerpania sportowcy nie mogli nawet zjeść obiadu…

Dla sportowca liczy się jednak efekt. Wysiłek został nagrodzony niezwykle szybko – w 1995 roku, we włoskiej Anterselvie, Sikora zdobył swój pierwszy i zarazem jedyny złoty medal mistrzostw świata. Była to sensacja, ale tylko sam zawodnik wie, jak wiele efektywnej pracy w to włożył. Biathlon jednak borykał się wówczas z brakami w sztabie szkoleniowym.

 – To nie te czasy, żebyśmy mogli mieć człowieka od strzelania. Myśmy o masażystę musieli walczyć i o lekarza.(Trener) wszystko musiał robić sam – mówił Tomasz Sikora we wspomnianym wywiadzie, udzielonym portalowi sport.pl.

Zmęczony ciągłą walką o podstawowe potrzeby zawodnicze trener zrezygnował z pracy w roku 1998, po Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Nagano.

Powrót do biegów… i odkrycie dominatorki

Już w XXI wieku, po pewnym okresie pozostawania bez pracy, Wierietielnemu zaproponowano objęcie polskiej kadry A w biegach narciarskich. Jej najmocniejszym punktem był wówczas przyzwoity sprinter, Janusz Krężelok, natomiast kadra kobiet dopiero raczkowała. Trener zwrócił jednak uwagę na pewien nieoszlifowany jeszcze talent w gronie kobiet, z którym podjął natychmiastową współpracę. Była nim Justyna Kowalczyk.

Wierietielny łączył nadzór nad grupą biegaczy i biegaczek do roku 2005. Doprowadził Krężeloka do miejsca w “10” podczas Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City (w eliminacjach sprintu zawodnik z Istebnej był nawet trzeci). Justyna Kowalczyk stawała się coraz lepszą juniorką (medale czempionatów juniorskich i młodzieżowców). Jej rozwijającą się karierę przyhamowało nieco zawieszenie przez FIS, jednak trener kontynuował z nią współpracę. Oboje zapowiadali, że wrócą silniejsi.

Zdobycie narciarskiego Everestu

Aby opisać niezwykłą harmonię, jaka panowała w relacji pomiędzy trenerem a zawodniczką, wystarczy przypomnieć dokonania Justyny Kowalczyk. Dwa złote medale olimpijskie, dwukrotne mistrzostwo świata, cztery Kryształowe Kule, cztery zwycięstwa w Tour de Ski, zwycięski Bieg Wazów… A to jedynie najważniejsze osiągnięcia Justyny Kowalczyk, którą ciągle trenował Wieretielny. Zawodniczka przystała na katorżnicze treningi serwowane jej przez szkoleniowca. Migawki z letnich i zimowych obozów, jakimi biegaczka z Kasiny dzieliła się z fanami w social mediach, mogły przyprawić o zawrót głowy każdego zawodnika. Oboje wiedzieli jednak, że tylko takie metody doprowadzą duet do historycznych sukcesów.

Nowe pokolenie

Niespełna dwa lata temu Kowalczyk podjęła decyzję o rezygnacji ze startów w Pucharze Świata. Nadal jednak współpracowała z Wierietielnym, tym razem w roli jego asystentki przy pracy z kadrą kobiet. Sytuacja, jaką zastali 24 miesiące temu była dość dobra. Talenty, takie jak Izabela Marcisz, Monika Skinder czy Eliza Rucka, trenowały przez ten okres pod okiem autorytetów, a ich wyniki podczas juniorskich zawodów napawały optymizmem. Można powiedzieć, że ostatnim wielkim osiągnięciem Wierietielnego był występ Polek podczas Mistrzostw Świata Juniorów w Oberwiesenthal. Jedynie błąd na trasie pozbawił drużynę medalu w sztafecie, a Marcisz zdobyła aż trzy indywidualne medale.

Co dalej?

Czas pokaże, czy dorobek, jaki polskie biegi narciarskie i biathlon zawdzięczają Aleksandrowi Wierietielnemu, zostanie rozwinięty przez jego następcę – ktokolwiek nim zostanie. Pewnym jest stwierdzenie, że trener nie zostawi po sobie spalonej ziemi, a przyszłość rodzimych biegów widzimy w jasnych barwach, kto wie, czy nie w “jaśniejszych” niż przyszłość naszej sztandarowej zimowej dyscypliny – skoków narciarskich. Jak wszyscy ludzie, dla których dobro polskiego sportu stoi na wysokim szczeblu w hierarchii życzeń, chcemy doczekać się nowego Wierietielnego.

źródła: kronikasportu.pl/sport.pl/sport.dziennik.pl

 

%d bloggers like this: