Kulisy Małyszomanii: Świątynie, czyli wiślańskie skocznie

(fot. Jakub Balcerski)

(fot. Jakub Balcerski)

Na zdjęciu głównym tego artykułu widzicie obecny stan skoczni w Wiśle-Łabajowie. Nie wszystkie obiekty, które istnieją w Polsce wyglądają podobnie jak Malinka czy Wielka Krokiew. Jednak to one są świątyniami kultu, który będę opisywał w tym cyklu – Małyszomanii. To tu, we wszystkich trzech opisywanych w artykule miejscach pozostawił historię swoich startów. Jak tworzyła się jego kariera? Aby się tego dowiedzieć, warto wystartować właśnie od miejsc, które kształtowały ją od samego początku.

Zaczynamy naszą podróż od wspomnianej skoczni w Wiśle-Łabajowie. Nie jest położona w ścisłym centrum całej miejscowości, więc najlepiej podróżować do niej autem lub busem miejskim (chociaż w tym przypadku lepiej sprawdzić godziny odjazdów). Ja wybrałem się tam pieszo, bo po drodze w Kopydle i Głębcach są jeszcze dwa wyjątkowe miejsca, które zdecydowałem się odwiedzić by opisać je później w tej serii. Po około godzinie wędrówki dostrzegam wreszcie wysoki, stary wiadukt kolejowy. Niektóre źródła podają, że jest to największy taki czynny obiekt w Polsce. Zbudowano go w latach 30 zeszłego wieku, pozwala dotrzeć do położonej zaledwie kilkaset metrów dalej stacji Wisła-Głębce nad potokiem Łabajów. Niezwykle urokliwe i klimatyczne miejsce, pozwalające na wyobrażenie sobie w jakie czasy cofniemy się za moment, gdy znajdziemy się na skoczni.

Jest równolatką mostu. Powstawała dokładnie w tych samych latach. Ciekawe, jak wyglądało wtedy życie w Wiśle, jak mieszkańcy reagowali na skoczków i co sobie o nich myśleli. Wybierając się do Łabajowa wyobrażałem sobie ten powiew historii, który poczuję, stojąc pod jej progiem. W końcu to tutaj skakali Marusarz, Czech, Bobak, no i w końcu Małysz. Adam ma z nią zapewne różne wspomnienia – poza tym, że oddawał tu swoje pierwsze większe próby trzeba pamiętać także o cięższym okresie w jego karierze, gdy postanowił wrócić do skakania na mniejszym obiekcie by odbudować swoją formę. To była sama końcówka XX wieku, czyli okres najgorszy dla naszego zawodnika pod względem zarówno kondycji psychicznej, jak i fizycznej. Rzadko zdobywał lepsze pozycje w Pucharze Świata, nie dawał sobie rady z presją i wydawało się, że nie wydostanie się z zasadzki w jaką wpadł. Ostatecznie możemy jednak powiedzieć, że skocznia w Łabajowie zdecydowanie przyczyniła się do powstania Małyszomanii. To właśnie tu Adam wybudował fundamenty swojej formy, praktycznie zaczynając od nowa karierę i stając się zupełnie nowym, ale za to dużo lepszym zawodnikiem. Choć dla wielu to wręcz niemożliwe, gdy patrzą na to, jak skocznia wygląda dziś.

Gdy stanie się tuż za progiem i spojrzy na zaniedbany zeskok, pełen wszelkiego rodzaju roślin, podobnie jak schody prowadzące wzdłuż niego, które w żadnym stopniu nie wyglądają już na bezpieczne, robi się tej skoczni po prostu żal. Zasłużenia w historii już nie tylko dla lokalnych, ale też krajowych skoków nie odbierze jej już jednak nic. Nawet mijający czas, sprawiający że prawdopodobnie już nigdy nie zajrzy na nią żad skoczek. Jej wybieg przecina droga, więc rozgrywanie zawodów lub zwyczajne treningi wiążą się z zamykaniem jej na czas ich trwania. Jak powiedział mi Jan Szturc, poza tym problemem oraz potrzebą przeprowadzenia gruntownego remontu jest jeszcze dużo poważniejsza przeciwność. Tutejszy klub nie byłby w stanie utrzymywać obiektu wraz z pozostałymi, które są w tym momencie czynne i gotowe do treningów. Wygląda więc na to, że dla tego miejsca czas się po prostu zatrzyma, a zniszczony rozbieg, o ile nie zniknie w całości pozostanie jedynie wspomnieniem rodzących się tu kiedyś gwiazd. Takich pomników jest w Polsce i na świecie więcej, ale śmiem sądzić że ten ma jedną z najpiękniejszych historii.

Wiele osób może z niedowierzaniem przyjąć wiadomość, że dzisiejsza piękna i nowoczesna skocznia w Wiśle-Malince, która martwi się teraz, czy zamontować na rozbiegu tory lodowe wyglądała podobnie. Była większa, ale również nie posiadała igielitu i do momentu pojawienia się możliwości przebudowy pozostawała nieczynna. Patrząc na jej przeszłość, można by stwierdzić, że nie wiadomo czy z Łabajowem nie będzie kiedyś podobnie. Oczywiście istnieje taka możliwość, ale wydaje mi się, że Malinka miała dużo więcej szczęścia. W Polsce potrzeba było wtedy obiektu o takiej specyfice, a obecnie skoczni mniejszych nam nie brakuje. Należy więc po prostu cieszyć się tym, co mamy. A skocznia imienia Adama Małysza w Wiśle na pewno należy do takich, którymi można się zachwycić. Mówiąc szczerze, mając lęk wysokości każdego razu gdy na nią wjeżdżałem nie czułem się zbyt komfortowo i próbowałem zrozumieć, w jaki sposób zawodnicy potrafią zachować w tej sytuacji zimną krew. Wrażenie robi niezwykłe, praktycznie z każdej perspektywy.

Otwarto ją ponownie w 2009 roku, skokiem samego Mistrza. Budowie towarzyszyło sporo problemów z osuwiskami, które nawet dziś często uprzykrzają życie zarządzającym obiektem. Sama skocznia na przekór jej pięknemu położeniu, które chwalą przede wszystkim mieszkańcy tej części Wisły (no może poza tym, że w dniu zawodów praktycznie nie mogą ruszyć się z domów) jest w większości nielubiana przez zawodników ze względu na specyficzny profil. Wyglądem przypomina olimpijską Bergisel w Innsbrucku, jednak skacze się na niej już nieco inaczej. Spory wpływ na rozgrywane tu zawody ma wiatr. Często je torpeduje powodując, że niektórzy zawodnicy przy błędach technicznych w swoich próbach nie potrafią daleko polecieć. Stosując formułkę ze świata skoków – “nie wybacza błędów”. Co ciekawe, patron skoczni nie doczekał zawodów Pucharu Świata w Wiśle. Musiał się zadowolić wygraną w Letniej Grand Prix w sierpniu 2010 roku. Później jednak zakończył karierę. Malinka lubi Polaków, gdyż często stają tu na podium lub nawet wygrywają poszczególne konkursy zarówno latem, jak i zimą. Służy nam także jako perfekcyjny obiekt do przygotowania przed oraz w trakcie sezonów.

Jej widok niemalże budził mnie każdego dnia pobytu w Wiśle. Zdecydowałem się na nocleg niedaleko skoczni, mimo że wiele osób i znajomych mi to odradzało. Postawiłem na swoim i absolutnie się nie zawiodłem. Atmosferę zawodów czuć było każdego dnia, nawet gdy mowa o wczesnym poranku. Ale mieszkańcy Centrum też mogą poszczycić się swoim unikalnym doświadczeniem. Nawet będąc na placu Hoffa da się czasem zauważyć treningi zawodników na nowiutkich skoczniach, zmodernizowanych właśnie z myślą o szkoleniu młodzieży. Kiedyś odstraszały zniszczonym, starym zeskokiem a dziś każdy z obiektów HS10, HS20 i HS4o po prostu pachnie świeżością. Może nie mają tak szerokiej i ciekawej historii jak poprzednie z opisywanych miejsc, to są przede wszystkim melodią przyszłości. Adamowi bardzo zależało na tym, by udało się je wyremontować. Kiedyś sam skakał tu jako junior, później już jako senior przeprowadzał tu zawody o Puchar Fundacji Małyszów, ale z biegiem czasu zauważył, że używanie obiektów stało się najzwyczajniej w świecie wyjątkowo niebezpiecznie i trzeba coś z tym zrobić. Do końca wspierał ideę ich wybudowania i na pewno dzięki temu stało się to dużo łatwiejsze, zwłaszcza po tym jak udało się ten pomysł rozgłosić w mediach.

Teraz pewnie dogląda tego, co dzieje się na tak dobrze znanych mu skoczniach, na tyle ile ma czasu. Tak może każdy, kto mieszka w Wiśle bądź jest tu chociaż na parę dni. Przejść się i chociaż chwilę popatrzeć na trening, albo nawet samą skocznię i jej piękną konstrukcję. To kolejny przykład na to, jak Wisła żyje skokami. Małyszomania nakręciła ją niesamowicie na rozwój pod kątem tej dyscypliny, zmieniła się nie do poznania. Dzięki temu my – fani sportu dostajemy do podziwiania coś wspaniałego. Miejsce, gdzie narodziła się legenda w zupełnie nowym, jeszcze jaśniejszym blasku. To niezwykła historia, która nie opiera się jednak na samych “świątyniach”. O tym jednak dopiero w kolejnych tekstach.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: