Historia PŚ w biegach. Wyjątkowa zima Łuszczka. Polak zapisał się w historii

fot. Podhalański Serwis Informacyjny WATRA

fot. Podhalański Serwis Informacyjny WATRA

Po bardzo dobrych występach Jana Staszela w dwóch pierwszych edycjach Pucharu Świata w biegach narciarskich w kolejnych latach polskie narciarstwo biegowe zmagało się ze swoistym kryzysem. W sezonie 1977/1978 pojawił się jednak On – zawodnik z Zębu, który złotymi zgłoskami zapisał się na kartach historii sportu.

Piąta – w dalszym ciągu nieoficjalna – odsłona rywalizacji o Kryształową Kulę rozpoczęła się od biegu na dystansie 15 kilometrów, który 17 grudnia 1977 roku odbył się w amerykańskiej miejscowości Telemark. Tryumfatorem inauguracyjnych zawodów został Fin – nie, nie ten sam, który plasował się na podium końcowej klasyfikacji pucharowej w czterech pierwszych sezonach. Tym razem bowiem ręce w geście zwycięstwa mógł wznieść do góry Heikki Torvi. Dobre złego początki – chciałoby się powiedzieć. Po sukcesie w Stanach Zjednoczonych niestety nie odniósł on kolejnych zwycięstw. Co więcej, reprezentant Suomi nie pojawił się już indywidualnie na podium zawodów pucharowych. Przypomniał on o swym istnieniu jedynie w biegu sztafetowym w Reit im Winkl, gdzie wraz z kolegami z drużyny uplasował się na trzeciej pozycji.

Po eksploracji amerykańskich tras biegowych zawodnicy przenieśli się na kontynent europejski, na którym pozostali już do końca sezonu. W kolejnych jedenastu indywidualnych startach siedmiokrotnie zwyciężali reprezentanci państw Półwyspu Skandynawskiego. Cztery razy sztuka ta udała się Szwedom, dwukrotnie – Finom, honorowy tryumf zanotowali także – za sprawą zwycięstwa Magne Myrmo w biegu na dystansie 30 kilometrów w Falun – Norwegowie. We wszystkich czterech startach sztafetowych równych nie mieli sobie reprezentanci „Trzech Koron”, którzy mieli tak silnych i równych zawodników, że częstokroć w zawodach brały udział dwie szwedzkie ekipy. Napisać, że brały udział, to tak, jakby nic nie na napisać. Drużyny te bowiem „dzieliły i rządziły” w środowisku biegowym, gdzie niejednokrotnie zajmowały dwa czołowe miejsca w owych „biegach zespołowych”. Po „złotej erze kraju fiordów” zostały już tylko wspomnienia. Choć, gdyby przyglądać się wyłącznie końcowej klasyfikacji generalnej, można by dojść do nieco innych wniosków. Tam bowiem – w tabeli podsumowującej opisywany sezon – w czołowej trójce znalazło się miejsce dla dwóch Norwegów. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż musieli oni uznać wyższość Szweda (co dla rodaków Marit Bjørgen nie jest powodem do dumy), wynik ten z pewnością nie był dla nich zadowalający. Sukcesu nie odnieśli oni także na docelowej imprezie sezonu, jaką były mistrzostwa świata, z których wyjechali z zaledwie jednym medalem (w dodatku brązowym i wywalczonym w sztafecie).

Jak już wspomniano, sezon 1977/1978 był okresem licznych sukcesów reprezentacji Szwecji. Oprócz wspaniałych wyników w biegach sztafetowych po raz drugi z rzędu najlepszym zawodnikiem klasyfikacji generalnej został zawodnik tego kraju. Tym razem jednak „szczęśliwcem” tym nie był Thomas Wassberg (zwycięzca poprzedniego sezonu), lecz Sven-Åke Lundbäck, który w całym sezonie czterokrotnie stawał na podium biegów indywidualnych, z których dwa wygrał (w tym jeden na czempionacie). Dwadzieścia dwa punkty mniej od tryumfatora końcowej klasyfikacji generalnej zgromadził Lars Erik Eriksen z Norwegii. O sześć „oczek” gorszy od Eriksena okazał się jego kolega z reprezentacji, Magne Myrmo. Tuż za podium uplasował się słynny brodacz ze Szwecji (mowa tu o wspomnianym już Wassbergu). Po raz pierwszy w najlepszej trójce całego sezonu zabrakło miejsca dla innego znakomitego biegacza z Półwyspu Skandynawskiego, jakim był Juha Mieto. Prawie dwumetrowy Fin musiał zadowolić się „zaledwie” piątą pozycją.

W zasadzie w tym momencie można by zakończyć niniejszy felieton. Wskazano bowiem zwycięzcę Pucharu Świata, zwrócono także uwagę na osoby, które starały się pokrzyżować szyki zdobywcy Kryształowej Kuli. Dociekliwi dostrzegą jednak pewne niedociągnięcia. Oczywiście (pani redaktor bije się w pierś) zapomniano dodać, kiedy i gdzie zakończyła się piąta odsłona pucharowych zmagań. Ów rażący błąd autorka tekstu pragnie jednak naprawić, informując, iż ostatnim startem sezonu był bieg na dystansie 50 kilometrów, który 11 marca 1978 roku odbył się – jak miało to miejsce we wszystkich poprzednich latach – w Oslo. Postawić ostatnią kropkę w tym miejscu, to tak, jakby rozegrać jedynie połowę meczu piłkarskiego bądź też – posługując się nomenklaturą adekwatną do opisywanej w felietonie dyscypliny sportowej – przyznawać medale za rezultaty uzyskane przez biegaczy na pierwszym z kilku pomiarów czasu. Prawda, że byłoby to dziwne, śmieszne i niezrozumiałe? Takowe byłoby również zakończenie owego felietonu… felietonu, w którym opisywany jest – najważniejszy i najbardziej owocny dla polskiego narciarstwa biegowego w męskim wykonaniu – sezon, objawieniem którego stał się Józef Łuszczek.

Przebłyski nieprzeciętnego talentu urodzonego w 1955 roku w Zębie zawodnika miały miejsce już w czwartej odsłonie Pucharu Świata. W 1977 roku podopieczny trenera Edwarda Budnego niemal otarł się o podium w zawodach w Kastelruth, gdzie w biegu na dystansie 30 kilometrów ostatecznie uplasował się na piątym miejscu. W tym samym roku w Lahti był on także siedemnasty w „królewskiej” konkurencji (dystans 50 kilometrów). Czego nie udało się wywalczyć w roku 1977, z nawiązką Łuszczek „zrekompensował” sobie oraz wszystkim kibicom i całemu polskiemu środowisku narciarskiemu w roku 1978. A zaczęło się od… Kastelruth. To tam Polak osiągnął swoje pierwsze pucharowe podium. Po trzeciej lokacie we Włoszech przyszedł czas na pozycję numer dwa – tym razem wywalczoną w szwajcarskim Le Brassus. Bezpośrednio po „helweckich zawodach” miały miejsce mistrzostwa świata w Lahti. O ile trener Budny był pewny medalu, o tyle sam Łuszczek starał się studzić emocje. – Już wcześniej przed mistrzostwami byłem drugi w Le Brassus i wiedziałem, że z formą nie jest źle. O medalach człowiek jednak tak nie myślał, może gdzieś skrycie w sercu. Wiedziałem, że miejsce w szóstce to będzie dobry wynik” – mówił główny zainteresowany. Również krajowe media nie miały wobec polskiego biegacza zbyt dużych oczekiwań. Piszący na łamach „Przeglądu Sportowego” – Marian Matzenauer – swego czasu popełnił tekst na temat Łuszczka, którego fragment brzmi następująco: „Jest to bezsporny talent, świetnie wytrenowany i przygotowany do mistrzostw, przynależny do czołówki światowej, ale to wszystko razem nie daje żadnej gwarancji sukcesów, za jakie uważam wmeldowanie się do grona dziesięciu najlepszych biegaczy mistrzostw. O medalu czy punktowanym miejscu nie mówię, bo tu od samego myślenia można dostać zawrotu głowy”. Idąc tym tokiem myślenia, należałoby rzec, że po pierwszej męskiej konkurencji mistrzostw całą Polskę rozbolała głowa, ale o tym za chwilę…

Na mistrzostwach duet Budny-Łuszczek radzić musiał sobie bez swojego stałego współpracownika, doktora Leszka Allerhanda. Zastąpił go inny medyk, stosujący dość „niekonwencjonalne” podejście do stosowanych środków leczniczych, którymi – za jego radą – były… czarne jagody, maliny i – okraszona niewielką ilością cukru – żurawina. Czy to zatem owa receptura okazała się kluczem do sukcesu? Sukcesu, który miał miejsce już w pierwszym starcie, jakim był bieg na 30 kilometrów. – Byłem trzeci, ale niewiele zabrakło do drugiego miejsca. Miałem numer 69. Za mną startował Nikołaj Zimiatow i na końcówce pokonał mnie o 2 sekundy. Zdobyłem jednak medal i się bardzo cieszyłem, bo to był dla mnie sukces. Poszedłem pogratulować Rosjanom, uczyłem się w końcu ich języka od piątej klasy. Oni mieli już swych psychologów, którzy im wmawiali, że są najlepsi i zawsze wygrywają. Odpowiedzieli więc tylko, że „wsio normalno” – wspominał swój pierwszy medal czempionatu Łuszczek.

Na kolejny sukces (tak, to słowo powtarza się dosyć często w niniejszym tekście, ale skoro są powody ku temu, by jest stosować, to z nieskrywaną radością jego używanie będzie w dalszym ciągu kontynuowane) urodzonemu w Zębie zawodnikowi nie przyszło czekać zbyt długo. – Za dwa dni był bieg na 15 kilometrów. Tym razem miałem numer 73. Dziś są czipy, wszystko mierzy się dokładnie, ale wtedy wbijało się kijek i mierzyło czas ręcznie, stoperem. W ten sposób dało się zmierzyć plus minus do sekundy, nie dokładniej. Byłem najpierw drugi, trzeci. Półtora kilometra przed metą był taki ostry podbieg. Tam trener powiedział mi, że mam szansę to wygrać, bo idę na równi. Widziałem później po latach fragment nagrania i aż mi się nogi ugięły, gdy zobaczyłem, jak ja biegłem na tym podbiegu. Potem był już stadion, jednak prowadził cały czas Rosjanin Jewgienij Bielajew. Wyniki wyświetlano na tablicy, ja byłem w takiej formie, że biegnąc, zdążyłem jeszcze na nią spojrzeć i zobaczyć czas. Widziałem, że mam jeszcze pół minuty zapasu i uważałem, że muszę zdążyć. Pchałem z odbicia, uważając, żeby się nie potknąć, bo gdybym się potknął, to wtedy mógłbym być nawet trzeci; różnice były bardzo małe. Wreszcie meta, patrzę i jest: „Jozef Luszczek” na pierwszym miejscu. Pomyślałem wtedy, że chyba wygrałem, ale uwierzyłem dopiero na drugi dzień, jak mi ten medal wręczono i jak zagrano mi „Mazurka Dąbrowskiego”. Uwierzyłem wtedy, że to ja jestem mistrzem świata. Wtedy podeszli do mnie Rosjanie. Tym razem to oni mi gratulowali. Potem była konferencja prasowa, mieli spuszczone głowy. Świętej pamięci Jewgienij Bielajew mówił, że jakby biegł za mną, toby pewnie wygrał, bo te 2 sekundy to mało, a on znałby sytuację. Ja nie wiem jednak, czyby wygrał – opowiadał mistrz świata z Lahti, którego sukcesu nie deprecjonował – w przeciwieństwie do Rosjan – brązowy medalista z biegu na 15 kilometrów, prawie dwumetrowy „olbrzym” z Finlandii. – Z kolei Juha Mieto powiedział, że obojętnie, czy biegłby przede mną, czy za mną, to ja dałem z siebie wszystko, tak wiele, że on cieszy się z tego, że w ogóle jest chociaż trzeci – dodał Łuszczek.

Urodzony w Zębie sportowiec na czempionacie w Lahti wystartował jeszcze w biegu na dystansie 50 kilometrów, w którym jednak nie zdobył kolejnego medalu. – Gdyby sprawa była postawiona tak jak być powinna, to Józef powinien zdobyć medal także w tym trzecim biegu. Nastąpiło jednak pewne rozprężenie. Trwały mistrzostwa, dziewczyny dzwoniły i czekały w wiosce przed bramą. Józek poszedł. Wrócił i na drugi dzień miał już temperaturę. Miała być jednak transmisja w telewizji, więc poleciał na 50 kilometrów” – wspominał Edward Budny. Ostatecznie skończyło się na siódmym miejscu. Mimo nieco gorszego rezultatu w swym ostatnim występie na mistrzostwach świata w Lahti, Łuszczek został uznany za najlepszego biegacza mistrzostw. W nagrodę otrzymał od Urho Kekkonena, prezydenta Finlandii, specjalny puchar, potwierdzający przynależny mu tytuł. Jeśli chodzi o inne benefity, jakie polski zawodnik uzyskał za swoje sukcesy (a jakże!), to było to 150 dolarów, 5 tysięcy złotych, a także… talon na samochód.

Sukces Polaka docenił także ówczesny król Norwegii. Co ciekawe, sam Łuszczek podczas mistrzostw świata w Lahti uzbierał łącznie więcej punktów niż cała reprezentacja „kraju fiordów”. – Byłem po mistrzostwa świata w Holmenkollen. Król Norwegii specjalnie chciał ze mną porozmawiać, że jak to tak, jeden Polak biegacz był na mistrzostwach i wygrał z wszystkimi jego zawodnikami, miał więcej punktów niż jego biegacze, biegaczki, skoczkowie i kombinatorzy. Dla nich to była porażka ogromna – opowiadał zawodnik z Zębu.

Ostatecznie Łuszczek wyjechał z Lahti z dwoma medalami. Został tym samym pierwszą pochodzącą z Polski osobą, która wywalczyła tytuł mistrza świata w biegach narciarskich. Sukces ten był ogromny, bezprecedensowy. Wydaje się, że jego skala tak naprawdę została doceniona dopiero po wielu latach. Na kolejny medal mistrzostw świata reprezentantom Polski przyszło bowiem czekać TRZYDZIEŚCI JEDEN lat. Do tej pory Józef Łuszczek pozostaje jednak jedynym męskim przedstawicielem biegów narciarskich, któremu odśpiewano „Mazurka Dąbrowskiego”.

Źródła: informacja własna; Wikipedia; sport.pl; D. Ludwiński, Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014.

%d bloggers like this: