Historia PŚ w biegach. Pierwsze mistrzostwa Janusza Krężeloka

Fot. Lier, Gunnar/SCANPIX

Fot. Lier, Gunnar/SCANPIX

Zimą 1994/1995 biegacze już po raz dwudziesty drugi rywalizowali o Kryształową Kulę. O szesnaste trofeum walczyły z kolei biegaczki. Kto w marcu 1995 roku mógł wznieść ręce w geście triumfu, a kto musiał przełknąć gorycz porażki? Przekonajmy się!

Tryumf Wialbe i Dæhliego

Premierowe zawody sezonu 1994/1995 miały miejsce 27 listopada 1994 roku w szwedzkiej Kirunie. Wówczas to – w biegu rozegranym techniką klasyczną na dystansie 10 kilometrów – swoje dwudzieste pucharowe zwycięstwo zanotował Bjørn Dæhlie. Wśród pań natomiast – już po raz dwudziesty szósty w karierze – z tryumfu w zawodach Pucharu Świata cieszyła się Jelena Wialbe. W czasie opisywanej zimy Norweg pięciokrotnie meldował się na najwyższym stopniu podium. Rosjance sztuka ta udała się ośmiokrotnie. Osiągnięcia te wystarczyły, by wspomniana dwójka ponownie mogła odebrać Kryształowe Kule. 25 marca w japońskim Sapporo Dæhlie po raz trzeci został najlepszym biegaczem zimy. Wcześniej dokonał tego w sezonach 1991/1992 i 1992/1993. Za jego plecami na podium klasyfikacji generalnej uplasowali się Kazach, Władimir Smirnow, oraz Włoch, Silvio Fauner. 26 marca – również w Sapporo – swą czwartą Kryształową Kulę odebrała Jelena Wialbe. Jej wyższość uznać musiały inne Rosjanki, a mianowicie Nina Gawriluk, która zajęła drugą lokatę, oraz Larisa Łazutina (trzecia pozycja). Ostatnia z nich – z trzema indywidualnymi medalami i jednym wywalczonym w sztafecie – była postacią numer jeden kobiecych biegów narciarskich na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym, które w dniach 9-19 marca 1995 roku odbyły się w kanadyjskim Thunder Bay. Na wspomnianym czempionacie znalazł się jednak „ktoś”, kto indywidualnie osiągnął jeszcze lepsze rezultaty…

Wymarzone mistrzostwa Smirnowa

Wspomnianym „ktosiem” był słynny mieszkaniec szwedzkiej miejscowości Sundsvall, który dwukrotnie (tj. w latach 1990/1991 i 1993/1994) zwyciężał w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Zimą 1994/1995 Władimir Smirnow – bo o nim mowa – zadowolić się musiał „dopiero” drugą lokatą. „Niepowodzenie” w Pucharze Świata Kazach „odbił” sobie podczas najważniejszej imprezy sezonu. Najpierw – o nieco ponad minutę – pokonał Bjørna Dæhliego w biegu rozegranym stylem klasycznym na dystansie 30 kilometrów. Następnie na trasie liczącej 10 kilometrów ponownie nie miał sobie równych. Tym razem Norweg okazał się gorszy o nieco ponad 42 sekundy. W biegu łączonym na dystansie równym 25 kilometrów kolejny już raz nie było mocnych na „Żelaznego Kazacha”. Wydawało się, że nikt nie odbierze Smirnowowi czwartego tytułu mistrzowskiego w Thunder Bay. Aktualny wówczas mistrz olimpijski w biegu na 50 kilometrów nie zdołał jednak powtórzyć sukcesu z igrzysk olimpijskich w Lillehammer. Nieco ponad półtorej minuty przed nim linię mety przekroczył 26-letni Włoch, Silvio Fauner. Trzeci srebrny medal przypadł w udziale Bjørnowi Dæhliemu, który z Kanady wyjechał niepocieszony brakiem indywidualnego tytułu mistrzowskiego.

Taktyka lat młodzieńczych…

Porażka była dla Norwega niezwykle bolesna. Przez większą część biegu wydawało się bowiem, że w „zawodach maratońskich” po swój siódmy tytuł mistrza świata sięgnie zawodnik urodzony w Elverum. Niestety, na ostatnich kilometrach Dæhlie wyraźnie opadł z sił, dając się wyprzedzić Smirnowowi i Faunerowi. W środowisku narciarskim znana była pewna anegdota, która „wyjaśniała”, ryzykowną taktykę zawodnika, realizując którą norweski sportowiec zaczynał biegi w szaleńczym tempie i biegł nim dopóty, dopóki wystarczało mu sił. Wszystko wzięło się zaś z początkowego okresu kariery Dæhliego. Mało kto wie, że na początku czempion z Elverum chciał zostać… kombinatorem norweskim. Nie należał on jednak do nader utalentowanych skoczków narciarskich, w związku z czym na półmetku zawodów na ogół znajdował się on w końcowej części tabeli. Aby zwiększyć swe szanse na poprawę wyniku, musiał więc od samego początku biec bardzo mocno, by dogonić kolejnych rywali. Ostatecznie jednak Bjørn Dæhlie zdecydował, że nie chce w nieskończoność gonić innych zawodników. Postanowił, że odtąd to inni będą gonić jego. Zrezygnował z kombinacji norweskiej i został jednym z najlepszych biegaczy narciarskich w historii.

Co słychać w polskich biegach?

Po igrzyskach olimpijskich, które w 1994 roku odbyły się w norweskim Lillehammer, swoją przygodę z biegami narciarskim postanowiła zakończyć Michalina Maciuszek. Oprócz niej w sezonie 1994/1995 – z powodu przerwy macierzyńskiej – nie startowała także Bernadeta Bocek-Piotrowska. Spośród zawodniczek tak zwanej „starej gwardii” na „placu boju” pozostały zatem Małgorzata Ruchała i Dorota Kwaśny. Obie panie kilkukrotnie plasowały się w najlepszej trzydziestce zawodów pucharowych. Pierwsza z nich zmagania o Kryształową Kulę ukończyła na czterdziestej pozycji, druga zaś – na czterdziestej siódmej. Podczas kanadyjskich mistrzostw to właśnie Kwaśny pokazała się szczególnie dobrze. Dwukrotnie bowiem „zameldowała się” w gronie dwudziestu najlepszych biegaczek, co uznać należało za dobry rezultat. Oczywiście, po siódmym miejscu Bernadety Bocek na czempionacie w Falun apetyty polskich kibiców nieco wzrosły, jednakże wyniki uzyskane w Thunder Bay przez urodzoną w Bielsku-Białej zawodniczkę odzwierciedlały realne możliwości i kondycję narciarstwa biegowego w Polsce. Oprócz wspomnianych już biegaczek na najważniejszą imprezę sezonu udali się także: Katarzyna Gębala, Liliana Podżorska oraz… Janusz Krężelok. Do Kanady poleciał on – nie startując wcześniej w zawodach rangi pucharowej – niemal wyłącznie po to, by zdobywać doświadczenie. Jego najlepszym osiągnięciem za oceanem była trzydziesta czwarta lokata w biegu rozegranym techniką klasyczna na dystansie 25 kilometrów. Lepsze wyniki miały nadejść w przyszłości…

Źródła: informacja własna; fis-ski.com; Wikipedia

%d bloggers like this: