Ta ostatnia niedziela… [Felieton]

fot: zimbio.com
fot: zimbio.com

Justyna Kowalczyk w niedzielę po raz ostatni wdrapała się na szczyt Alpe Cermis, kończąc przy tym niesamowitą sagę, w której była główną bohaterką…

Tour de Ski to Justyna Kowalczyk, Justyna Kowalczyk to Tour de Ski. Polka jest najbardziej utytułowaną biegaczką w historii całego cyklu, dzierży większość rekordów takich jak liczba zwycięstw, miejsc na podium czy końcowych triumfów. Jeśli ktoś wypowie słowa Tour de Ski to zapewne większość odpowie: Justyna Kowalczyk. I nie ma w tym ani grama przesady. Biegaczka z Kasiny Wielkiej jest częścią niesamowitej historii, która była pisana na naszych oczach cierpieniem kobiet i mężczyzn z żelaza.

Wieloetapowy cykl Tour de Ski powstał po to, aby wprowadzić do kalendarza Pucharu Świata zawody, które będą się wyróżniać od innych. To właśnie tutaj mieli wygrywać zawodnicy, którzy są najbardziej wszechstronni i najbardziej wytrzymali. W Tourze nie ma zbyt dużo czasu na odpoczynek, nie jest tak jak w zawodach pucharowych gdzie biegacze mają tygodniową przerwę przed kolejnym startem. Tutaj wszystko dzieje się bardzo szybko, organizm nie ma możliwości, aby maksymalnie się zregenerować i właśnie dlatego zwycięstwo jest tak wiele warte. Wygrywają tylko Ci, którzy są perfekcyjnie przygotowani.

Tour de Ski to godziny emocji, zgoła odmiennych – od radości, poprzez wzruszenie, aż do łez rozczarowań. W przypadku Justyny Kowalczyk także bywało różnie. Polka od początku cyklu plasowała się w czołówce, ale różne przypadki losowe sprawiały, że nie miała możliwości, aby walczyć o zwycięstwa w trzech pierwszych edycjach. Zdarzały się upadki, nie zawsze z winy biegaczki z Kasiny Wielkiej. Wiadomo, że sport jest nieprzewidywalny, ale czasami było naprawdę żal.

Dopiero sezon 2009/2010 i niesamowita pogoń Justyny Kowalczyk za Petrą Majdić sprawiła, że Tour de Ski stało się królestwem Polki. Biegaczka z Kasiny Wielkiej, pomimo problemów na wcześniejszym etapie (upadek i 27. miejsce), w wielkim stylu dopadła Słowenkę na szczycie podbiegu i uciekła jej jak przysłowiowe TGV. Przez trzy kolejne edycje na Kowalczyk też nie było mocnych. Najbardziej w pamięci kibiców zapadła jednak walka Polki z Marit Bjoergen w sezonie 2011/2012. Wtedy Norweżka nastawiała się na triumf w Tourze, a media w jej kraju prześcigały się w dywagacjach z jaką przewagą wyruszy ich “Królowa Nart” na trasę ostatniego etapu. Prognozowano nawet, że będzie to około sześć minut zapasu…

Bezpośrednia rywalizacja szybko zweryfikowała zapowiedzi dziennikarzy i kibiców. Kowalczyk dosłownie fruwała nad trasą, zwyciężyła na trzech pierwszych etapach i mało brakowało a miałaby czwarty triumf etapowy z rzędu. Reprezentantka Polski nawet w nielubianych przez siebie konkurencjach plasowała się na podium i tylko raz, po biegu na dochodzenie na 15 kilometrów łyżwą, straciła koszulkę liderki cyklu, którą w wielki stylu odzyskała w Dolinie Płomieni w Val di Fiemme. Przed decydującą wspinaczką trudno było prognozować, która z biegaczek okaże się lepsza. Z minimalną przewagą startowała Kowalczyk, która miała doświadczenie z poprzednich edycji. Bjoergen czuła respekt przed górą, do której w sezonie 2008/2009 przystępowała z czwartej pozycji, ale ledwo dotarła na szczyt i spadła na 10. lokatę.

Dwie największe biegaczki ostatnich lat stoczyły pasjonującą walkę, która na dobre zakończyła się kilkaset metrów przed metą. Polka zaatakowała na stromym odcinku trasy i odskoczyła na taki dystans, który pozwolił jej kontrolować, o ile przy takim wysiłku można mówić o kontroli, to co dzieje się za jej plecami. Biegaczka z Kasiny Wielkiej po raz kolejny pokazała, że nie tylko Kasina jest Wielka.

Justyna Kowalczyk to żywa legenda Tour de Ski i z pewnością zapisała się w historii tego prestiżowego cyklu złotymi zgłoskami. Tym bardziej trudno pogodzić się z tym, że jubileuszowa, dziesiąta edycja, która zakończyła się w minioną niedzielę była ostatnią w której wystartowała Polka. Trudno się więc dziwić powitaniu, jakie jej zgotowano na samym szczycie Alpe Cermis, czyli miejsca, w którym przezwyciężała swoje słabości i przełamywała kolejne granice ludzkiej wytrzymałości. Tegoroczna edycja nie była zbyt szczęśliwa, ale sama Kowalczyk przyznaje, że Tour nie był dla niej torturą. Owszem, zdarzały się gorsze miejsca, było też trochę pecha, który pogrzebał szansę na bardzo dobry rezultat w Oberstdorfie, ale ostatecznie do mety udało się dotrzeć. Bo właśnie o to godne pożegnanie się z Tourem chodziło.

A w niedzielę to pożegnanie stało się faktem. Tutaj jak ulał pasują słowa z legendarnego utworu Mieczysława Fogga “To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy na wieczny czas. To ostatnia niedziela, więc nie żałuj jej dla mnie, spojrzyj czule dziś na mnie ostatni raz” Polka po raz ostatni w karierze wbiegła na górę Alpe Cermis w zawodach Pucharu Świata i zrobiła to z uśmiechem na ustach. Dało się zauważyć, że po przecięciu linii mety na jej twarzy pojawiła się ulga, którą trudno opisać słowami. Trzeba jednak przywyknąć do sytuacji, w której nazwiska “Kowalczyk” nie zobaczymy już na liście startowej Tour de Ski. Coś się kończy, aby coś mogło się zacząć. Kończy się etap o tytule “Tour de Ski” a zaczynają się inne, niemniej ważne momenty w karierze biegaczki z Kasiny Wielkiej. Osoba Justyny Kowalczyk pozostanie jednak na zawsze w historii i pamięci wiernych kibiców, którzy z wypiekami na twarzy śledzili rywalizację w Tourze do ostatniego metra “góry płaczu”…

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.