Joanna Kil, czołowa polska zawodniczka kombinacji norweskiej, komentuje emocjonujące zawody olimpijskie, podsumowuje występy faworytów i polskich debiutantów oraz opowiada o nierównej sytuacji kobiet w tej dyscyplinie i swojej przyszłości. Jak podkreśla:
- Ten start się nam należy! – i wyjaśnia, dlaczego walka o prawo startu kobiet na igrzyskach olimpijskich jest wciąż aktualna.
Maciej Tryboń (sportsinwinter.pl): Na pewno oglądałaś pierwsze zawody mężczyzn na IO. Jak je oceniasz?
Joanna Kil: Oczywiście, że oglądałam. Poziom był bardzo wysoki – myślę, że zdecydowanie olimpijski. Wszyscy byli bardzo dobrze przygotowani. Trochę zaskoczył mnie sam rezultat, bo nie spodziewałam się reprezentanta Finlandii na trzecim miejscu, więc to było pozytywne zaskoczenie. Warunki były jednak bardzo trudne. Z tego, co widziałam, trasa była w fatalnym stanie – śnieg ciężki, grząski, wolny i mokry. Szczerze współczułam zawodnikom biegu na 10 km w takich warunkach, zwłaszcza że walczyli o medale igrzysk olimpijskich. Rywalizacja była jednak bardzo zacięta do samego końca i uważam, że medale zostały rozdane sprawiedliwie.
Pogoń Eero Hirvonena była bardzo spektakularna, bo startował z dziesiątego miejsca po skokach.
Tak, ale tam różnice były naprawdę niewielkie – pierwsza dwunastka mieściła się bodaj w 40 sekundach. Na tak trudnej trasie była to strata do odrobienia, bo warunki nie sprzyjały szybkiemu bieganiu i czołówka goniła długo. Po skokach prowadził Kristjan Ilves. Szkoda mi, że ostatecznie nie wygrał tej walki, bo myślę, że medal bardzo by mu się należał, ale taki jest sport.
Zwycięstwo Jensa Luraasa Oftebro Cię nie zaskoczyło? Było wielu faworytów, którzy odpadli.
Szczerze mówiąc, był moim faworytem. Patrząc na to, jak radził sobie przez cały sezon, a szczególnie w ostatnich startach w Oberhofie, gdzie wygrał spektakularnie finisz na 12,5 km po trzech dniach zmagań, było widać jego formę biegową. Ma koszulkę najlepszego biegacza, więc to nie jest przypadek. Wiedziałam, że będzie walczył o medal i gdzieś z tyłu głowy miałam, że może to być złoto.

Jesteście jedyną dyscypliną na igrzyskach, w której kobiety nie mogły startować. Nie pojawiła się jakaś łezka w oku na myśl o tym, że Wy też powinnyście tam startować?
To oczywiście przykre, bo start na igrzyskach to marzenie każdego sportowca. Oglądałam zawody, kibicowałam chłopakom – dobrze ich znam, jesteśmy w jednej dyscyplinie, a oni bardzo nas wspierają w walce o dopuszczenie kobiet do igrzysk. Żałowałam, że nie mogę tam być, ale skoro nie dostałyśmy takiej szansy, to trzeba było to zaakceptować. Traktuję to jako motywację, żeby za cztery lata jednak wystartować.
Coraz mocniej się o to dopominacie – były transparenty włoskich zawodniczek podczas zawodów mężczyzn na IO, oraz akcja uniesienia kijków w ramach protestu podczas PŚ w Seefeld.
Bez wątpienia ten start nam się należy. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przez ostatnie dwa lata trenowałam z chłopakami w jednej grupie. Realizowałam ten sam plan treningowy, bez taryfy ulgowej – oczywiście z uwzględnieniem różnic fizjologicznych, więc czasem skracano mi jednostki czy zmniejszano obciążenia. Wykonałam jednak całą pracę i każda z dziewczyn zrobiła ogromny postęp. Dlatego uważam, że do ostatniej możliwej chwili będziemy o to walczyć.

Jak podsumujesz występ Miłosza Krzempka i Kacpra Jarząbka?
Mam z nimi kontakt na co dzień, więc jestem bardzo blisko tego, jak to wygląda. Nie czuję się osobą, która powinna ich oceniać – od tego są trenerzy czy działacze. To był dla obu debiut na imprezie mistrzowskiej i od razu igrzyska olimpijskie. Nie startowali wcześniej w Pucharze Świata, więc presja była ogromna. Miłosz na skoczni oddał skok na swoim poziomie. Kacper jest jeszcze juniorem, bardzo młodym zawodnikiem, który potrafi skakać naprawdę dobrze i w Polsce jest jednym z najlepszych kombinatorów. Na igrzyska pojechali dlatego, że na to zasłużyli. Ta dyscyplina w Polsce jest jednak trochę na drugim planie, zawodników jest niewielu i trudno porównywać się z czołówką światową. Uważam, że dali z siebie tyle, ile mogli. Teraz przed nimi start na dużej skoczni i myślę, że z doświadczeniem zdobytym na normalnym obiekcie, z mniejszą tremą, będzie im łatwiej.
Wspominałaś wcześniej, że nawet jeśli uda się wywalczyć start kobiet na igrzyskach, nie masz pewności, czy jeszcze wystartujesz. Myślisz o zakończeniu kariery?
Nie jestem już najmłodszą zawodniczką – w tym roku skończę 26 lat, więc za cztery lata będę miała 30. Trudno mi dziś powiedzieć, co będzie. Na razie walczę. Jeśli będę miała takie warunki jak teraz, jeśli będzie sztab i grupa, a dyscyplina będzie się rozwijać – bo słyszymy różne plotki o przyszłości kombinacji norweskiej – to będzie o co walczyć. Najbliższym celem są mistrzostwa świata w Falun. W tym sezonie postawiłam wszystko na jedną kartę: zmieniłam miejsce zamieszkania, zmodyfikowałam współpracę trenerską. W sporcie efekty nie przychodzą od razu, ale wierzę, że ta praca zaprocentuje w przyszłym roku. Jeśli Falun pójdzie dobrze, wtedy podejmę decyzję, czy walczyć dalej, czy to już jest mój maksymalny poziom.
Źródło: Informacja własna
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu sportsinwinter.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz