Adam Małysz: „Każdy będzie chciał pokazać, że po odejściu Stefana nic się nie stało” [ROZMOWA]

Jak Wisła, to dzięki skojarzeniom i Adam Małysz. Nie tylko jego kariera, ale też podejście do świata poza skokami, przygotowywanie polskich skoków od kulis – zatrudnianie Michała Doleżala i Łukasza Kruczka, pożegnanie Stefana Horngachera. Z byłym wybitnym skoczkiem, a obecnie działającym w Polskim Związku Narciarskim poruszyliśmy wszystkie te wątki, dodając jeszcze trochę zapowiedzi tego, co czeka nas w tej bliższej i dalszej przyszłości. 

Jakub Balcerski: Ktoś kiedyś porównał letnie skoki do piłkarskich sparingów. Zbyt drastycznie?

Adam Małysz: W sparingach też jest tak, że wszyscy chcą z siebie dać wszystko i pokazać się z jak najlepszej strony. Tak samo jest w skokach. Niby to jest okres przygotowawczy do zimy, ale jak już stoisz na górze na rozbiegu, to pomimo że nie jesteś przygotowany konkretnie do tych zawodów, bo jesteś po ciężkim treningu to chcesz dać z siebie wszystko i skoncentrować się tylko na tym, by jak najdalej skakać.

JB: Ostatnio wstawił Pan na Instagrama takie zamyślone zdjęcie ze szczytu tej skoczni, pod którą dziś rozmawiamy. W trakcie kariery na takie chwile zatrzymania nie było czasu, a chyba są dość potrzebne?

AM: To pokazuje, jak bardzo zawodnik przygotowujący się na górze do skoku jest skoncentrowany na swoim zadaniu. Ostatnio rozmawialiśmy z chłopakami, że w Vikersund po prawej stronie skoczni z góry widać cmentarz. Zdziwili się, bo wiedzieli tylko, że w Innsbrucku widać jeden z przodu (Adamowi Małyszowi chodzi o cmentarz Wilten, o którym pisaliśmy TUTAJ – przyp. red.). Będąc na rozbiegu nie myślisz o tym, co jest wokół ciebie, tylko o tym, żeby daleko skoczyć. Ja tak jak jeżdżę teraz ze sztabem na zgrupowania to często zdarza się, że pełnię rolę takiego asystenta trenera na górze, więc pojawię się na rozbiegu i mam trochę czasu to wszystko obserwować. Widzę to z trochę innej perspektywy i podziwiam, jaki świat jest piękny.

JB: Takiego zwykłego Adama Małysza zawsze było mało. Nie wiem, czy wiele razy dzielił się Pan takimi sprawami, ale często śniły się Panu skoki?

AM: Wciąż mi się śnią, ale podczas kariery też tak było. To było tak, że często we śnie przeskakiwałem skocznię. Zwłaszcza w Wiśle na tych małych obiektach w centrum, a potem lądowałem na placu Hoffa, czyli gdzieś pomiędzy 300, a 500-nym metrem. Tylko wtedy byłem w formie, więc myślę, że to jest jakoś ze sobą powiązane – ma to odzwierciedlenie do życia, albo zawodowej kariery i tego, o czym myślisz.

JB: A takie kuriozalne skoki kiedyś się w nich przytrafiają? Ja pamiętam jeden z rzeczywistości: Klingenthal podczas Letniego Grand Prix i sytuacja z słynną dyskwalifikacją z problemami przy puszczeniu Pana przez Hannu Lepistoe.

AM: Wtedy były bardzo złe warunki, Hannu powiedział, że mam czekać do końca, dopóki on nie machnie chorągiewką. Zapaliło mu się wtedy czerwone światło i nie ruszyłem o czasie. Pomimo oddania skoku, musiałem zostać zdyskwalifkowany, bo wszystko wydarzyło się za późno. To pokazuje jedno: wiarę w trenera. Zawodnik siedzący na belce musi mieć świadomość, że to trener bierze za niego odpowiedzialność i nie zrobi ci krzywdy. To moim zdaniem jest też troszkę pomijane przez FIS, bo trener powinien mieć nad tym wszystkim nieco większą władzę. To on za ciebie odpowiada, podpisujesz certyfikat, że skaczesz na własną odpowiedzialność, ale mimo wszystko musisz wierzyć przede wszystkim trenerowi.

JB: Pamiętam dobrze te lata, o których mało się mówi w kontekście Pana kariery – 2007-2009 tuż po zdobyciu ostatniej Kryształowej Kuli. Zwłaszcza ten pierwszy sezon – 2007/2008 – bo tam mieliśmy sytuację, gdy niemalże z samego szczytu spadł Pan na dno. Wtedy w wypowiedziach dla mediów mówił Pan trochę o przyczynach zdrowotnych, w tym migrenie. Jak teraz myśli Pan o tamtym czasie, to co faktycznie wówczas się działo?

AM: Powiem tak: do sportu trzeba dużo zachęcać, bo to oczywiście zdrowie. Trochę inaczej, jeśli mówimy o sporcie wyczynowym. To już są duże poświęcenia, ale ktoś, kto decyduje się na jego uprawianie, musi sobie zdawać sprawę, że to ciężka praca, a także kontuzje, które nie są doleczane i później wychodzą, tak jak choćby ta migrena, która rzeczywiście mi się wtedy przytrafiła. Pocieszałem się, że najwięksi tych sportów też na to cierpieli, jak np. Janne Ahonen. W tamtym sezonie jedna sytuacja była wyjątkowo dramatyczna – w Lillehammer. Przed skokami na górze dostałem migreny, a wcześniej miałem takie mroczki przed oczami. Nawet na chwilę byłem w stanie stracić wzrok. Pojawiała się ciemna plama i nie widziałem nic przez kilka-kilkanaście sekund, a potem 15-20 minut potrafiła mnie silnie boleć głowa. Zdarzyło się niestety, że na rozbiegu skoczni złapała mnie taka ciemna plama i chwilowa utrata wzroku. Wybiłem się z progu w zasadzie na ślepo, a lądowałem chyba tylko „na czuja”. Od Hannu dostałem od razu ochrzan za ten skok. Pytał się „Co to za lądowanie”, a ja mu na to, że gdyby nie widział, to też chyba miałby problemy. Wytłumaczyłem mu, co się stało to mówił tylko, że dobrze, że się nie wywróciłem, bo to było bardzo niebezpieczne. Ale takie sytuacje też się zdarzają na skoczni i trzeba mieć to na uwadze. Kolejna sytuacja była w Trondheim, gdzie pękła mi boczna linka od okularów. Przed skokiem nie mogłem ich zatem odpowiednio zapiąć, a nie byłem przekonany, że mogę zgłosić jakieś problemy techniczne ze sprzętem. Podniosłem je wtedy tylko nieco do góry i przytrzymałem, żeby nabrały pędu powietrza i można powiedzieć, że to też był skok, w którym nic nie widziałem. W locie one zupełnie odpadły i musiałem sobie radzić bez nich. Takie chwile pokazują, że sport wyczynowy to nie tylko te piękne momenty, ale też takie, których w żaden sposób nie przewidzimy.

JB: Rozmawiając tak o kilkuletnich okresach w skokach to nie sposób nie wspomnieć o tym, co działo się za to bezpośrednio przed tą wspominaną Kryształową Kulą – do Polski przybyli Austriacy, którzy zaczęli nas odmieniać – Kuttin i Horngacher w kadrze B, gdzie poznał się z Kamilem, Dawidem i Piotrkiem. Zgodzi się Pan, że tamten moment niejako ukształtował to, co mieliśmy okazję oglądać niedawno i czego efekty widzimy nawet dziś?

AM: Tak, tylko że była też sytuacja, w której nie wszyscy zawodnicy, którzy wcześniej współpracowali ze Stefanem, byli przekonani, że wróci  do Polski i będzie wszystko dobrze ze względu na to, że to był bardzo ostry trener. W momencie, gdy prowadził naszych juniorów to był to dla nich bardzo ciężki trening. Te obawy zatem naturalnie mogły się pojawić, ale po bezpośrednim spotkaniu i wytłumaczeniu, że to ma wyglądać konkretnie tak i tak, przekonali się do jego pomysłu i wyobrazili, że z nim będą mogli przenosić góry.

JB: Zastanawiamy się teraz nad tym, co działo się ze Stefanem Horngacherem w końcówce pracy z naszą kadrą. Było parę wypowiedzi, w tym Apoloniusza Tajnera i ludzi wokół sztabu. Czy ta współpraca mogła się wypalić, biorąc pod uwagę w jaki sposób się zakończyła?

AM: Na pewno, gdy nie jesteś pewny ze strony zawodnika, co będzie dalej, a ta sytuacja nie była łatwa i musieliśmy naciskać Stefana, żeby tę decyzję podjął wcześniej. To ułatwiłoby nam dalsze działanie, bo można sobie wszystko poukładać, ale on nie bardzo chciał. Mogliśmy oczywiście już przewidzieć to, że od nas odejdzie, ale z naszej strony teraz możemy mu tylko serdecznie podziękować za te 3 lata, które z nami spędził, wprowadzając dużo świeżości oraz techniki. Mam nadzieję, że Michał z Grześkiem nie tylko będą to kontynuować, ale także chcą udowodnić, że bez Stefana, będą w stanie z nim wygrywać.

JB: Patrząc na sytuację Stefana, jemu przebieg tej kariery w Polsce i to, że w ogóle tu wrócił bardzo pomogło, bo trochę ganiał się ze swoim przeznaczeniem, którym wydaje się być niemiecka reprezentacja. To jest idealne miejsce dla niego jako trenera?

AM: Ja myślę, że jego serce pozostało w Polsce, bo tu pomimo częstego narzekania na związek miał wszystko. W Niemczech nie ma na tyle wolnej ręki i tylu udogodnień, ile pojawiało się u nas. Ale to jest trochę tak, jak z byciem patriotą. On co prawda jest Austriakiem, ale jego cała rodzina jest w Niemczech, a sam związał się emocjonalnie z niemieckim systemem. Trochę, jak polski trener, który wyjeżdża z Polski, ale ciągle ma ją z tyłu głowy. Z drugiej strony osiągnął bardzo dużo i teraz utrzymać swój wysoki poziom, a jeszcze poprawić tamtejszych zawodników nie będzie dla niego proste. Jego kierunek i przemyślenia były słuszne, zresztą stwierdził, że Niemcom się nie odmawia, a jak raz to zrobisz to zamykasz sobie drogę. Wykorzystał swoją szansę, ale myślę, że właśnie nie tylko on nam pomógł – my jemu również, choćby w tym czasie, gdy był asystentem i trenował naszą kadrę B. Wtedy jeszcze nie mógł zostać głównym trenerem u Niemców, ale teraz po sukcesach z nami było to o wiele łatwiejsze, a do tego inne kraje po tej wykonanej pracy sporo mogły wywnioskować i zauważyć jego talent.

JB: Dzięki Stefanowi Pana rola dostała trochę dodatkowego obciążenia, bo musiał Pan mocno zająć się namawianiem trenerów na stanowisko szkoleniowca męskiej kadry, a wtedy miał Pan na głowie jeszcze jeden projekt. Bo Łukasz Kruczek jako trener polskich skoczkiń to pomysł w pełni Adama Małysza, prawda?

AM: Z Łukaszem na ten temat rozmawiałem w zeszłym roku, a na poważnie do konkretów usiedliśmy chyba właśnie podczas poprzednich zawodów Letniego Grand Prix w Wiśle. Wiedziałem, że jest utalentowanym trenerem, który dużo zrobił dla naszych skoków i, że jest patriotą, więc może uda mi się go przeciągnąć z powrotem na „naszą stronę”. Tym bardziej, że u Włochów nie myśli się w ten sam sposób, jak u nas – nie rzuca się wszystkiego głęboko w jakiś projekt, nie robi wszystkiego, żeby odnieść sukces. Oni wolą iść trochę bardziej na łatwiznę, więc miałem świadomość, że Łukasz będzie miał sporą ambicję, żeby coś osiągnąć. Ale na samym początku był zszokowany i pytał się mnie wyraźnie zdziwiony „Kobiety?!”. Odpowiadałem „A dlaczego nie?”, chciałem, żeby spojrzał na to, jak wszystko się rozwija, ale też na przestrzeń, bo jesteśmy bardzo daleko od najlepszych, ale to też szansa dla sporego rozwoju. Nie chodzi o kunszt trenerski, a przede wszystkim o organizację pracy, bo to trzeba bardzo dobrze poukładać, a według mnie w tym jest chyba jeszcze lepszy. Widać po mału pierwsze efekty – coś się zaczyna odbudowywać i składać, ale to nie jest łatwe. Praca z kobietami to sporo elementów, także zewnętrznych, bo trzeba zwrócić uwagę na ich kruchość i wrażliwość. Trzeba mieć do tego odpowiednie podejście, a od wiosny, gdy Łukasz objął kadrę, już widzę, że dużo się zmieniło.

JB: Minęło parę lat odkąd obejmował kadrę naszych skoczków, wtedy gdy Pan trenował z Hannu Lepistoe. Były mieszane uczucia, skończyło się sukcesem. Łukasz Kruczek wtedy i dziś to zwłaszcza pod względem warsztatu trenerskiego chyba dwie różne osoby?

AM: Łukasz miał od początku bardzo dużą wiedzę, bo spędził wiele czasu w roli asystenta u różnych trenerów. Jest oczytany w przepisach, więc to bardzo ułatwia pracę w jego sztabie. Od tego czasu zmienił podejście – jako jeden z mimo wszystko tych młodszych trenerów wie, że trzeba się ciągle rozwijać i iść do przodu, a zmieniać nawet pewien tok myślenia, jeśli chodzi o trening skoczka. U niego to idzie automatycznie, bo jest osobą potężnie opanowaną i robiącą wszystko na 100 procent.

JB: Gdy siedzimy na Pana skoczni to zastanawiam się nad jednym wspomnieniem, czyli pierwszymi zawodami najwyższej rangi w Wiśle w sierpniu 2010 roku. Pan zwycięża w piątek, Kamil Stoch w niedzielę, czyli pierwsza symboliczna zmiana warty w polskich skokach. Jak Pan to pamięta?

AM: Prawdę mówiąc to w ogóle nie pamiętam, ale tak już mam z zawodami w Polsce. Przypomniałem sobie o nim dopiero, widząc w ten weekend powtórki w studiu telewizyjnym, ale można śmiało powiedzieć, że ja podczas każdego konkursu skoków u nas mam przerąbane. Poza swoimi obowiązkami muszę zaspokoić sympatycznych kibiców, chcących ode mnie zdjęcie, czy autograf. W pewnym momencie już nie wyrabiam, bo przychodzę do domu późno, a wstaję wcześnie rano. Często jestem wykończony, ale, broń Boże, nie narzekam. Mam wspaniałych kibiców i po prostu wiem, że wiele rzeczy muszę połączyć, a to bywa trudne.

JB: Większość Wisły ma już chyba Pana podpis?

AM: Obawiam się, że zazwyczaj to nie mieszkańcy podchodzą, a jednak turyści i kibice skoków (śmiech).

JB: Na najbliższy sezon będzie Pan patrzył bardziej pod względem bliskich wyzwań, czy jednak przede wszystkim przyszłościowo pod Pekin, bo działania związku, czy ogólnie związane z dyscypliną są jednak zazwyczaj kierowane czteroleciem olimpijskim?

AM: Zawsze przygotowania idą w kierunku głównych imprez, w tym tej najważniejszej, co 4 lata, czyli igrzysk i do niej trzeba się dobrze przygotować. W długotrwałym okresie przed nią patrzy się przyszłościowo, ale raczej realizuje głównie te cele, które są najbliżej – skupia na nadchodzącym sezonie. W tym sezonie tych głównych wydarzeń mamy mniej, a skupiać się będzie trzeba na Turnieju Czterech Skoczni, lotach, czy Raw Air. To i tak nie jest proste, bo przy nowym trenerze każdy będzie chciał pokazać, że tak naprawdę nic się nie stało po tym, jak Stefan nas opuścił.

Jakub Balcerski

Szef działu skoki narciarskie, dziennikarz Polskiego Radia

Jedna myśl na temat “Adam Małysz: „Każdy będzie chciał pokazać, że po odejściu Stefana nic się nie stało” [ROZMOWA]

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: