Tyrol. Biało-czerwona Austria – 70 dni do mistrzostw świata w Seefeld

(fot. Alan Watt / CC BY NC)

Jeszcze 70 dni i na dwa tygodnie przeniesiemy się do zimowego raju. Czeka na nas pełnia  alpejskiego powietrza, niezwykłego krajobrazu, złota na dachach ze sportami zimowymi w tle, a w dodatku w biało-czerwonych barwach. Po prostu Tyrol.



Od kiedy Tyrol jest Tyrolem?

Historia Tyrolu sięga lat sprzed początków naszej ery, gdy na tych terenach osiedlali się Rzymianie. W trakcie jego dziejów region przechodził z rąk do rąk, raz germanizując się, innym italianizując, należąc do Bawarów, Włochów, czy będąc Hrabstwem. To dość burzliwa opowieść o kształtowaniu się terenu, w którym dziś ludzie układają sobie życie, przyjeżdżają wypoczywać. Wiele rzeczy jednak się nie zmienia – alpejski klimat, góry otaczające niewielkie, ale za to wyjątkowe miasteczka, nieziemskie widoki i krajobraz… Od jakichś 8 setek lat także tak dobrze znane nam biało-czerwone barwy.

Najpierw pojawiły się one na godle, które do dziś stanowi czerwony orzeł w złotej koronie na białym, bądź srebrnym tle ze złotymi spinkami zakończonymi w formie liścia koniczyny na skrzydłach, z zielonym wieńcem za głową. Od niego pochodzi także po części kolorystyka flagi regionu – właśnie biało-czerwonej, stworzonej jednak dopiero w XIX wieku (zatwierdzonej w 1949 roku). W żadnym razie nie ma to jednak związku z naszym krajem, a jedynie ówczesną tendencją do zawierania w narodowych symbolach takich kolorów.

Na Tyrol w taki sposób pierwszy raz powiedziano prawdopodobnie w średniowieczu, mimo że badacze są przekonani, że ta nazwa istniała już dużo wcześniej. Zapisy źródłowe mówią o stosowaniu jej w XII wieku, gdy na piśmie pojawiło się sformułowanie „hrabiowie Tyrolu”. Za bezpośredni wpływ na utworzenie tego określenia uznaje się „Schloss Tirol” – zamek w Merano, włoskim mieście w regionie Trydentu. Nie zbadano jednak pochodzenia nazwy samej fortecy. Obalona została za to popularna teoria, mówiąca o tym, że nazwa „Tyrol” pochodzi od słowa „terra”, co po włosku oznacza „ziemia”.

Hofer… Andreas

Hofer w świecie sportów zimowych, a zwłaszcza skoków narciarskich kojarzy się przede wszystkim z człowiekiem, posługującym się krótkofalówką, często widywanym w ciemnych okularach i czapce z logo Viessmanna, zarządzającym nad obniżaniem i podwyższaniem belki, czy przerywaniem konkursów Walterem Hoferem. W Tyrolu upodobali sobie innego Hofera, który jest postacią zdecydowanie bardziej historyczną.

Jego historia przypada na okres XVIII oraz XIX wieku, a to czas, gdy Tyrol po przegranej przez Austrię wojnie napoleońskiej dostał się pod władanie Bawarczyków. Ci narzucili na nich dość restrykcyjną politykę i stopniowo ingerowano w życie mieszkańców tego terenu, nie respektując jego autonomii. Kwestią czasu był zatem wybuch powstania, które rozpoczęło się w kwietniu 1809 roku. Symbolem walk, jak i później całej postaci Hofera było także dobrze znane kibicom skoków wzgórze Bergisel. W jego okolicy odbyły się 4 bitwy mające niebagatelne znaczenie w kontekście wyniku całej wojny z Bawarią. Pierwsza z nich pozostała nierozstrzygnięta, ale dała okazję Hoferowi do podpisania zawieszenia broni. W trzeciej bitwie zdołał zmusić przeciwnika do odejścia z tego terenu. Został wówczas naczelnikiem wojsk i całego kraju.

O ile początkowo wojska przeciwnika, którymi dowodził marszałek Lefebvre zostały oddalone od Tyrolu, o tyle kolejne natarcie było już gorsze w skutkach dla antybawarczyków. Hofer wznowił wojnę przeciwko Francuzom po zdradzie interesów, jakiej miał dopuścić się cesarz Austrii Franciszek II, zgadzając się na warunki pokoju w Schönbrunn, który podporządkowywał Tyrol Bawarczykom. To doprowadziło do ostatniej bitwy od Bergisel – zupełnie przegranej. Kolejne podburzanie Tyrolczyków nic już nie dawało, a Hoferowi pozostała ucieczka. Został jednak zatrzymany, a 20 lutego 1810 roku rozstrzelany na rozkaz Napoleona.

Dziś Andreasa Hofera uważa się za bohatera narodowego, takiego, któremu stawia się pomniki. Co prawda nie tylko z brązu i pod postacią figury przedstawiającej jego postać, a czasem w bardziej kreatywnej formie. Jak podpowiedziała mi Anna Skiba z bloga “Polka w Tyrolu”, nazwa supermarketu Hofer (w naszym kraju odpowiednik tej marki to Aldi) pochodzi właśnie od chęci upamiętnienia go. Podobnie ze słynnym “omletem Andreasa Hofera”, który można zjeść w Innsbrucku, choćby w restauracji Breakfast Club przy Maria Theresien Strasse. Prawdziwym hołdem dla bohatera w tym mieście jest jednak wzgórze Bergisel, na którym stoi jego właściwy pomnik oraz restauracja “1809”, która odnosi się do wspominanych tutaj walk powstańczych. Do Bergisel wrócimy jednak przy opowiadaniu historii samego Innsbrucka i tak znanej nam skoczni narciarskiej.


Tradycja jest cool

Tyrol to miejsce kultywowania wielu tradycji, które są mocno zakorzenione w jego historii i kulturze. Odróżnia się od innych tego typu tendencji w Europie, że wychodzi to naturalnie, prosto z serca. Chyba najbardziej widoczną w trakcie przebywania tam jest noszenie regionalnych strojów ludowych. I to, jak potwierdziła Ania nie tylko przy wyjątkowych okazjach – dla części kobiet to często strój niemalże codzienny i niekoniecznie wymuszony. Oczywiście w specjalnie wystrojonych w ten sposób i przystosowanych restauracjach jest to wymogiem przy pracy kelnerki, do różnych świąt także pojawiają się one dość często, ale tzw. dirndl jest zwyczajem spotykanym choćby na imprezach okolicznościowych, podczas niedzielnej mszy w kościele, czy nawet… na ślubach.

Innym przykładem kultywowaniu tu tradycji jest jedna z góralskich zabaw. Polega na wbijaniu gwoździ w gruby pień, ale odwrotną stroną młotka. Uczestnicy często się nią irytują, budzi wielkie emocje i zainteresowanie niezależnie, gdzie zostanie zorganizowana – w tyrolskiej restauracji, jako rodzinny pojedynek, czy coś podobnego do zawodów. Dla Polaków zazwyczaj tradycja kojarzy się z czymś małostkowym, dotyczącym zamkniętej grupy osób, albo czymś bardzo oczywistym. Do niewielu z tych mniejszych potrafimy podejść poważnie, twierdząc, że to nic ciekawego. W Tyrolu potrafią je nawet dobrze opakować marketingowo i sprzedawać jako bardzo miłą niespodziankę dla turystów. Tam tradycja jest cool.

Tyrol symbolicznie – złoto, skocznia i kamienice

Możemy w Tyrolu zobaczyć jego część północną – graniczącą z Niemcami, piękne i malownicze malutkie wsie ze specyficznym, ale wspaniałym klimatem, poznać naturę i powędrować w alpejskie szczyty, ale wszyscy musimy przyznać jedno. Prawdziwym symbolem tego regionu pod wieloma względami jest Innsbruck.

Największa atrakcja? Ta z folderów, zdjęć i ulotek – Goldenes Dachl, którą stanowi zadaszony balkon dobudowany w XV wieku do jednej z kamienic na rynku. Jego dach pokrywa 2657 pozłacanych płytek i najkorzystniej prezentuje się on przy słonecznej pogodzie, kiedy dachówki mienią się i błyszczą. To właśnie z tego miejsca podziwiał miasto i pozdrawiał swoich poddanych cesarz Maksymilian I. Jednak to miejsce ma jednak w większości kontekst historyczny. Nowocześniejszym symbolem pozostaje skocznia Bergisel. Do tej listy trzeba by jeszcze dołożyć inne miejsce. Rząd kolorowych kamienic zlokalizowanych wzdłuż rzeki Inn to przede wszystkim mekka fotografów, ale też osób zauroczonych zarówno architekturą, jak i zwyczajnie położeniem miasta. Widok pozostaje w pamięci na długie dni za biurkiem. Z Innsbruckiem i Bergisel, jak wspominałem, spotkamy się jeszcze na pewno w tej serii tekstów.

Kraina nartami zjeżdżona

Na sam koniec nie można byłoby zapomnieć o nieodłącznym elemencie kojarzonym z Tyrolem – nartami. Kultura jeżdżenia po śniegu na deskach rozpowszechniała się od początku XX wieku, a wcześniej popularna była wspinaczka górska – powstało stowarzyszenie górskie Alpenverein. Rozbudowano infrastrukturę – znalazły się tu hotele, wyciągi narciarskie oraz szkoły, które uczyniły z wielu miasteczek znane nam dziś alpejskie kurorty, które spowodowały, że popularnym terminem urlopowym w Tyrolu stała się zima.

W tym momencie Tyrol to już kraina zjeżdżona nartami – łącznie w okresie zimy sprzedano tu w zeszłym roku ponad 26 milionów noclegów, co stanowiło ponad połowę łącznej liczby rezerwacji. W ciągu ostatnich 10 lat zanotowano wzrost zainteresowania regionem na poziomie 10%. Nic dziwnego, w końcu stosuje się tu najnowszą technologię, usprawniającą trasy i warunki dla narciarzy, a sama otoczka regionu tylko dodaje podobnym wyjazdom wyjątkowości. Na przełomie lutego i marca 2019 roku ten teren przeżyje prawdziwe oblężenie. Jest jednak świetnie przygotowany, a samo przyznanie mu światowego czempionatu w narciarstwie klasycznym wydaje się decyzją przemyślaną pod każdym względem – marketingowym, kulturowym, społecznym, czy logistycznym. Podróżując w tym tekście przez Tyrol miałem wrażenie, że to miejsce idealne do wyjazdu na mistrzostwa świata – idealny świat, w który będzie można zatopić się w trakcie trwania wydarzenia. I oby nic do tego czasu się nie zmieniło. No, może poza białym puchem, który mógłby okryć wreszcie Złoty Dach!

Ten artykuł powstał w ramach cyklu tworzonego we współpracy z blogiem „Polka w Tyrolu”, w ramach którego ukaże się wiele materiałów zaglądających za kulisy i pogłębiających informacje o mistrzostwach świata w Seefeld. Zapraszamy na profile na Instagramie oraz Facebooku prowadzone przez Anię, na których znajdziecie wiele ciekawostek o Tyrolu, jak i miastach-organizatorach MŚ.

2 myśli na temat “Tyrol. Biało-czerwona Austria – 70 dni do mistrzostw świata w Seefeld

  • 12 grudnia 2018 o 13:09
    Permalink

    Duża dawka historycznej wiedzy , o której nigdy nie dowiedziałabym się z podręczników. 🙂

    Odpowiedz
  • 12 grudnia 2018 o 19:10
    Permalink

    Artykuł totalnie do bani a informacje z rękawa i okrojone na maxa, Tyrol to nie tylko Innsbruck i narty. Hahahahahahahahha, amatorzy………..

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.