Definicja deklasacji [felieton]

Kamil Stoch

Po tylu kadencjach panowania wielkich mistrzów w historii skoków narciarskich cały czas poszukujemy definicji być może niewytłumaczalnego zjawiska. Deklasacja była, jest i będzie tematem kochanym przez ekspertów i fanów tej dyscypliny. Ale to nie ta, o której krzyczą komentatorzy przy pojedynczym konkursie. Dla jednych jej uosobieniem jest rekord zwycięstw Schlierenzauera, dla innych kunszt Ammanna czy Małysza, a jeszcze innych nonszalancja Prevca czy legenda Nykänena. Dla mnie to przede wszystkim luz, gracja i determinacja jaką w ostatnich swoich skokach prezentuje Kamil Stoch.

O Turnieju Czterech Skoczni mówi się, że to próba wytrzymałości. Nie wiem, czy Kamil zauważył, że on w ogóle dobiegł końca. Od wizyty w Innsbrucku zwycięża co konkurs, nie odpuszcza nikomu i nigdzie. Zdarzają mu się gorsze i lepsze próby, ale prawdziwą deklasację poznaje się u zawodnika po tym, że te słabsze praktycznie nie liczą się w ogólnym rozrachunku. Nie zapadają też w pamięć kibica, powodując że gloryfikuje się ich autora. To jednak nic złego.

Ja sam nie lubię przyznawania zbyt szybko miana „faworyta”, „legendy” czy „dominatora”, ale to co w ostatnich tygodniach wyczynia nasz 2-krotny mistrz olimpijski mnie osobiście nie mieści się w głowie. Końcówki konkursu w Zakopanem nie mogłem podziwiać ani na własne oczy, ani przez ekran telewizora. Komentując mecz siatkówki kobiecej zerkałem z niecierpliwością na internetowy livetiming. Gdy zobaczyłem odległość Kamila szeroko się uśmiechnąłem, ale z każdym następnym rywalem coraz bardziej zamierałem, na chwilę oddawałem się dramatyzmowi tego, czy ktoś go wyprzedzi. Przy skoku Wellingera nie wierzyłem. Ale tu niepotrzebna była wiara, komputery czy zielona linia generowana na zeskoku Wielkiej Krokwi. Wystarczyła niezwykła forma samego zainteresowanego, a przy takiej nic nie jest mu w stanie odebrać końcowego triumfu. Można odetchnąć i unieść zaciśnięte pięści wysoko w górę. Tylko hala dziwnie się na ciebie patrzy, bo gospodarze sromotnie obrywają…

Przed nami Lahti i druga część objazdu kuli ziemskiej z karuzelą Pucharu Świata. Nie wiem, ile jeszcze pochodzący z Zębu Stoch jest w stanie w taki sposób zadziwiać wszystkich obserwujących jego poczynania. Wiem, jednak że po tym co ujrzeliśmy w ostatnich 4 konkursach nie mamy się o co martwić. Żółta koszulka to tylko plastron, prawdziwe symbole lidera to uśmiech przy wyjściu na belkę startową i lot na świetną odległość bez względu na warunki, czy błędy techniczne. Swoim doświadczeniem Polak potrafi pokonać wszelkie przeciwności zagrażające mu w powietrzu czy na rozbiegu. Odbije się z Watykanu, a pofrunie i tak za punkt HS w Planicy. Wyląduje nawet z nartą surfującą na Hawajach.

Najbliższy weekend przynosi nam zawody w Willingen. Krainie, w której Kamila mieszkańcy oczekujący na zwycięstwo swojego rodaka będą widzieć niedługo wszędzie. Sam wybuduje sobie pomnik na środku buli Muhlenkopfschanze, jak niegdyś Adam Małysz. Jego 151,5 metra jest już zapewne nieśmiertelne, ale niemalże coroczna równość w osiąganiu tu dobrych wyników obecnego lidera PŚ oznacza, że może rzucić na nie spory cień. Pewnie wiele osób wciąż będzie zaciekle bronić tamtej niesamowitej odległości, ale będzie to zadanie trudne. Zobaczymy, czy nie pomoże w tym sam Stoch przebijając tą odległość. Klimat, inna era i wykonanie pozostały by pewnie unikalne, ale to chyba już nie dla wszystkich stanowi najwyższe standardy przy tego typu próbach. Zwłaszcza gdy mówimy o pojęciu deklasacji.

A szkoda, bo sam podobnie jak u Małysza tak u Kamila najlepszego skoku szukam w tych nie najpopularniejszych próbach. U Małysza, jak wspomniałem w innym felietonie jest to Neustadt ’07. U skoczka z Zębu na razie w moim osobistym rankingu jest 140 metrów z Sapporo w 2015 roku. Perfekcja, cudo, dokładność w każdym calu. Deklasacja w pełnej krasie.

Deklasacji nigdy nie można mylić z dominacją. To coś zupełnie innego, krótkotrwałego. Nie zapadającego w pamięć, zdarzającego się w dowolnym momencie. Skutki deklasacji są widoczne jeszcze długo po jej zakończeniu. W pamięci kibiców, postawie samego zawodnika. A przede wszystkim kartach historii skoków. One już nigdy nie zostaną wymazane, czy nowocześnie mówiąc zedytowane. I to jest chyba najpiękniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.