Zła passa Macieja Staręgi przerwana. Trwała 413 dni. “Moje ciało zaczęło funkcjonować” [wywiad]

fot. Patrycja Korczewska

fot. Patrycja Korczewska

Dokładnie 413 dni Maciej Staręga czekał na kolejne w karierze punkty Pucharu Świata. To był trudny czas dla sportowca, który w sprintach regularnie gościł w czołowej trzydziestce. We wtorek, podczas dość nietypowego sprintu pod górę, wreszcie udało się złą passę przełamać. Åre okazało się szczęśliwe i wlało też nieco nadziei w naszego biegacza. – Ciężko powiedzieć, czy to jest przełom. W normalnych sprintach na pewno trzeba być nieco szybszym – powiedział w rozmowie ze Sportsinwinter.pl Staręga.

Mateusz Król: Kamień z serca, czy jak podszedłeś do pierwszych punktów Pucharu Świata od ponad roku?

Maciej Staręga: Nie nastawiałem się na nic, bo nie wiedziałem na co mnie stać na takiej trasie. To nie był przecież taki naturalny sprint. Nazwałbym to raczej “uphill sprint”. W trakcie kwalifikacji było w miarę dobrze, a bardzo dobrze było już w ćwierćfinale. W zasadzie awans do półfinału przegrałem przez to, że nie wyciągnąłem do przodu nogi. Trzeba jednak przyznać, że trochę ta góra dała popalić i trudno było na finiszu myśleć o czymś takim. Mimo wszystko wiem, że powinienem to zrobić.

Chciałbyś więcej takich sprintów w Pucharze Świata?

To jest fajne urozmaicenie, ale raz na sezon. Myślę, że częściej byłoby to zbyt męczące. Do tego, co widać po rezultatach u dziewczyn, bardziej faworyzowało to biegaczki, które lepiej radzą sobie na dystansach. Tracilibyśmy przez to różnorodność nazwisk w Pucharze Świata. Therese Johaug wygrała przecież te zawody spokojnie. Tradycyjny sprint na pewno jest bardziej dostosowany do tego, aby pojawiały się nowe nazwiska i by rywalizacja była ciekawsza.

W waszej rywalizacji zakończyło się mimo wszystko tak, jak zazwyczaj, czyli wygrał Johannes Klaebo. Nie byłeś zaskoczony tym, że on znów nie miał na dobrą sprawę konkurencji?

Nie zdziwiło mnie to, bo to nie jest chłopak, który nie ma wytrzymałości. Myślę, że taką beztlenową wytrzymałość ma bardzo dobrą. W dodatku, kiedy jest w formie, bardzo dobrze biega też na dystansie. Johannes ma też bardzo dobre predyspozycje szybkościowe, w zasadzie najlepsze w Pucharze Świata. Jest też najbardziej dynamicznym zawodnikiem, mimo że jego masa mięśniowa nie jest duża. Dla niego taki podbieg to jest dodatkowym plusem. W starciu z Lucasem Chanavat, który ma większą masę mięśniową, wypada dużo lepiej w takich sprintach. Z kolei taki zawodnik jak Aleksander Bolszunow nie ma takiej szybkości, jak Klaebo i nie może mu zagrozić.

Przed sezonem na twoich profilach społecznościowych pojawiały się filmiki z takiego treningu szybkości pod górę. One mogły procentować właśnie w tych zawodach? Da się wytrenować takie szybkie wbieganie pod trasę, która służy alpejczykom?

Myślę, że się da. W tym roku rzeczywiście było dużo biegania pod górę. Myślę, że to wynika z filozofii trenera, że rozwijanie VO2max łatwiejsze jest do zrobienia na podbiegu niż trasie z podbiegami i zjazdami. Na zjazdach organizm się regeneruje. Oczywiście oba rodzaje treningu są potrzebne, ale akurat w tym roku mieliśmy dużo biegania pod górę. To mogło się tutaj dla mnie przełożyć. Dobrze, że taki sprint się pojawił w Pucharze Świata. Zobaczyłem, że niektóre rzeczy, nad którymi pracujemy w trakcie treningów, przynoszą później efekty.

To twoim zdaniem jest już przełom, czy na razie poczekajmy?

Na razie na spokojnie poczekajmy, bo to był specyficzny sprint. Na pewno moje ciało i organizm zaczęły już funkcjonować. Jak dotychczas przez cały sezon się męczyłem, tak moje biegi tutaj w Ski Tourze były takie, do jakich jestem przyzwyczajony. Lepiej się czułem i to na pewno jest na plus. Ciężko powiedzieć, czy to jest przełom. W normalnych sprintach na pewno trzeba być nieco szybszym. Tutaj liczy się wytrzymałość beztlenowa, którą mam rozwiniętą całkiem dobrze. Stając się coraz starszym zawodnikiem brakuje mi na pewno nieco szybkości. Sam jestem ciekaw, jak to się ułoży w kolejnych sprintach. Mam nadzieję, że to był dobry prognostyk.

Na pierwsze punkty pod okiem nowego trenera musiałeś poczekać dłużej niż twoim młodsi koledzy. To cię nieco rozstrajało, czy właśnie dodatkowo motywowało?

To, że oni zdobywali punkty, dodawało mi dodatkowej wiary, że trening z okresu przygotowawczego był dobry. Nie ukrywam jednak, że czas bez punktowania w Pucharze Świata, był dla mnie ciężki. Nie po to się trenuje, żeby nie wchodzić potem do trzydziestki. Myślę, że łatwiej było mi poradzić sobie z tym, kiedy widziałem, jak dobrze chłopaki biegają. To mnie uświadamiało w tym, że ten trening wykonywaliśmy dobrze. Może ja coś w pewnych aspektach źle wykonałem, może za mocno w treningu dołożyłem i dlatego efekty nie przychodziły? Wiedziałem jednak, że jak ogólny poziom naszej ekipy poszedł do góry, to efekty przyjdą. Też nie wiem do końca, czy one przyjdą już w tym sezonie, czy może w następnym. Czasami tak jest, że jeden zawodnik od razu reaguje dobrze na sposoby nowego trenera, a inny musi poczekać trochę dłużej. Mam jednak nadzieję, że już jestem na dobrej drodze do lepszych wyników.

Jakie teraz plany startowe?

Plan jest taki, że chcę skończyć ten tour. Teraz przed nami bieg na 30 km stylem dowolnym [miał być dystans 38 km przez Szwecję i Norwegię, ale został skrócony – czytaj], potem mamy dzień przerwy i sprinty oraz 30 km klasykiem w Trondheim. Następnie chwila przerwy i sprinty klasyczne w Drammen, a następnie lecimy z Kamilem Burym do Kanady i Stanów Zjednoczonych na Sprint Tour.

Na żywo raczej oglądać nie mogłeś, ale docierały do Ciebie informacje o tym, jak spisuje się twoja żona [Monika Hojnisz-Staręga] w biegu indywidualnym na mistrzostwach świata?

Pisał mi taką relację Paweł Klisz po moich sprintach. Przeglądałem szybko telefon, żeby sprawdzić, jak ona sobie radzi. Jak włączałem sobie transmisję online, to akurat Paweł do mnie napisał, że Monika na ostatnim strzelaniu dwa razy spudłowała. Taki jest sport, co poradzić. Myślę, że i tak super wynik wykręciła. Trzeba się cieszyć z tego, co jest.

Trochę uciekała chyba spod topora, bo walczyła o awans do biegu ze startu wspólnego. To musiała być dodatkowa presja dla niej.

Myślę, że jednak nie chodziło jej o uciekanie spod topora. Jej ambicją na pewno było zdobycie medalu na tych mistrzostwach. Pierwsze starty nie poszły jej tak, jak chciała. Mimo wszystko myślę, że poradziła sobie bardzo dobrze z presją. Mogła przecież mylić się już przy pierwszych strzelaniach i byłoby już całkiem po mistrzostwach świata. Może na końcu te emocje były tak wielkie, że nie mogła sobie z nimi tak poradzić. Czasami, jak się chce za bardzo, to wychodzi zupełnie odwrotnie. Myślę jednak, że super się zaprezentowała i bardzo się cieszę.

%d bloggers like this: