Wspomnienie Wielkanocnego konkursu skoków. Zanim Małysz stał się Małyszem

foto: Grzegorz Gracka

foto: Grzegorz Gracka

Dziś pierwszy dzień Wielkanocy. Ten dzień zastał mnie – jak chyba niemal wszystkich – na przymusowej kwarantannie i bezczynności. Tym chętniej chciałbym powrócić do pewnych Świąt, które spędziłem w Zakopanem 24 lata temu.

Niby nie tak dawno, a jednak mam wrażenie, że to była inna epoka. Śnieg można było zobaczyć nie tylko na zdjęciach i w wysokich partiach górskich, a jako zwykły element górskiego krajobrazu. Internet chyba już był, ale nikt z moich znajomych na co dzień nie miał z nim do czynienia. W telewizji w piątki popołudniu leciała lista przebojów 30 ton, na którą cały tydzień czekałem notując skrzętnie w zeszycie jej wyniki (dopiero parę lat później przesunęli ją na sobotę, potem na niedzielę), zaś Krupówki miały jeszcze swój urok, a nie wyglądały jak jeden wielki afisz reklamowy w złym guście. W tamtych czasach zupełnie normalne było odwiedzenie kolegów bez zapowiedzi, a galerii handlowych, a nawet hipermarketów po prostu jeszcze nie było. Do takich oto czasów moje wspomnienia się cofają.

Lata 90 to dla mnie rodzinne Święta Wielkanocy spędzane w… Zakopanem – taką świecką tradycję wtenczas mieliśmy. Ten czas kojarzy mi się więc ze… śniegiem – bo w Zakopanem było więcej śniegu wtedy na Wielkanoc niż dziś ogólnie jest na Boże Narodzenie. Wielka Krokiew trochę podupadała – był to czas przerwy w rozgrywaniu Pucharu Świata, niemniej chodziliśmy na nią niemal codziennie, bo jej zeskok służył jako górka do zjeżdżania na sankach, co zajmowało dzieci przez jakiś czas, kiedy dorośli mogli w spokoju zająć się piciem piwa w karczmie w starym pawilonie, który jeszcze jakiś czas miał nie ulec zmianie.

Niemniej rok 1996 był inny, bo wtedy na horyzoncie po czasach, gdy o sile polskich skoków stanowili tacy skoczkowie jak Bogdan Papierz czy Alojzy Moskal, na horyzoncie pojawili się młodzi, zdolni skoczkowie. Pierwszy był Wojciech Skupień, ale rychło dopędził go i przegonił ON – Adam Małysz, który w sezonie 1995/96 poczynał sobie świetnie zajmując siódme miejsce w klasyfikacji generalnej i wygrywając na zakończenie sezonu konkurs w Oslo. Małyszomania miała wybuchnąć dopiero pięć lat później, podczas Turnieju Czterech Skoczni, a po dobrym sezonie 1996/97 Małysz zaliczył dołek formy, niemniej wtedy sukcesy jeszcze dosłownie i w przenośni gołowąsa nie przeszły tak zupełnie bez echa. Pamiętam z podstawówki, że Małysz już wtedy był postacią rozpoznawalną i budzącą spore nadzieje.

I właśnie na Wielkanoc burmistrz Zakopanego, którym wtedy był Adam Bachleda-Curuś (z tej linii Bachleda-Curusiów, z której wywodzi się znana aktorka Alicja – jego bratanica) zorganizował właściwie ad hoc konkurs i ufundował puchar. Jako, iż nigdy nie miałem okazji wcześniej być świadkiem skoków narciarskich na żywo po prostu musiałem na nim się znaleźć. Podobnie myślał mój tata (który “od zawsze” interesował się skokami, jeszcze w latach osiemdziesiątych zainteresował nimi mnie i aż do śmierci, która nastąpiła tuż po zakończeniu olimpijskiego sezonu przed dwoma laty wiernie śledził te zawody) – i całą rodziną znaleźliśmy się na tych zawodach.

Wystąpiła wtedy cała polska czołówka i oczywiście wygrał wtedy Adam Małysz, drugi był Wojciech Skupień, a trzeci Robert Mateja. Udało się zaprosić też kilku młodych Czechów, wśród nich Jakub Janda, który był zupełnie nieznany, ale pamiętam że zapowiadany był przez spikera, jako bardzo obiecujący zawodnik. Wyniki jednak tego nie potwierdziły, pamiętam że w pierwszej serii było jeszcze jako tako, ale w drugiej zaliczył skok na bulę i to w jej górne rejony – szukając wyników zawodów (oczywiście na niezawodnej stronie pana Adama Kwiecińskiego) okazało się, że pamieć mnie nie zawiodła – Janda skoczył wtedy całe 53 metry.

Ludzi dużo na tym konkursie nie było, więc po dekoracji dostać się do przyszłego mistrza, by zrobić sobie z nim zdjęcie nie było trudno – i tak stałem się posiadaczem zdjęcia z Adamem Małyszem, zanim to jeszcze zaczęło być modne. Zapamiętałem też, że z siostrą szliśmy do szatni za Wojciechem Skupniem po autograf, co było dość ciekawym przeżyciem zobaczyć skoczków po cywilnemu – jakoś wtedy zszokowało mnie, że używają nie zawsze cenzuralnych słów i opowiadają niewybredne dowcipy – jak każdy – w TV bowiem wydawali się tacy jacyś niedostępni.

I jeszcze na zakończenie ciekawostka z epoki – Eurosport nie był dostępny co prawda w polskiej wersji językowej, ale każda szanująca się telewizja kablowa miała go w ofercie, więc mieliśmy do niego już wtedy dostęp. TVP pokazywało wtedy skoki od wielkiego dzwona, więc oglądało się po prostu wersję angielską – jedyną dostępną. I tamtejszy komentator zawsze Małysza przedstawiał “Adam Malish from Zakopane” – co budziło zawsze moje rozbawienie. Podobnie jak to, że nawet jak ktoś zaczynał np. drugą serię i obejmował prowadzenie kwitowane to było jako “gold medal position”, czy jak ktoś był aktualnie drugi “silver medal position”.

dla dociekliwych – wyniki konkursu

źródło: banki pamięci w mózgu J. Gracki

%d bloggers like this: