Trzy kwadranse z życia zimy – Apoloniusz Tajner [Dzień Sportów Zimowych]

apoloniusztajnerDzień Sportów Zimowych w naszym wydaniu to wyjątkowe artykuły i wywiady. Takiej rozmowy w historii naszej strony jeszcze nie było. Apoloniusz Tajner opowiedział nam o swoim życiu, karierze i czasach teraźniejszych. Dla lubiących czytać, kilka stron wyrazów od prezesa. Dla wygodniejszych wideo na samym dole wpisu. Rozmawiał Mateusz Król. Realizacja Franciszek Damboń.

M.K.: Obecnie jest pan prezesem PZN, jednakże mało ludzi mówi o tym, że był pan zawodnikiem, pamięta pan swoje pierwsze kroki w sporcie?
A.T.: Pamiętam, pamiętam swój pierwszy skok, był on dosyć nieszczęsny. Mój ojciec był trenerem, więc kręciłem się wokół kombinacji czy skoków. Miałem wtedy siedem lat, ojciec nie chciał mi pozwolić skoczyć, gdyż nie było tak małych obiektów, jak są obecnie. Po treningu, kiedy ojciec zszedł ze skoczni, porwałem narty któregoś z zawodników i poszedłem na nią. Narty były źle zapięte, spadły mi one na progu, a ja upadłem uderzając w słup, wokół którego się owinąłem i tak zostałem. Stało się to na tej samej skoczni, na której Adam Małysz wypadł z butów, więc mieliśmy obydwoje takie przygody.
M.K.: Patrząc na życiorys pańskiego ojca zdaje się, iż nie miał pan szans na wybranie innych dyscyplin niż narciarstwa klasycznego.
A.T.: Z natury jest tak, iż dzieci trenerów próbują swoich sił w konkurencji w których ojciec, trener pracuje i działa. Częste jest to, iż ojciec lub obydwoje rodziców do tego zachęcają. Miałem do tego ogromny zapał i trochę talentu, więc to naturalne, iż polubiłem to i jakiś poziom sportowy prezentowałem, chociaż nie aż tak dobry, jak nasi zawodnicy teraz.
M.K.: Pana rekord życiowy wynosi 109 m, tak?
A.T.: 109 metrów na Dużej Krokwi, jeszcze wtedy nie przebudowanej. Też dobrze pamiętam ten skok, gdyż był on wtedy dosyć długi, wtedy można było maksymalnie do 115 metrów skakać na tej skoczni. Nie skakałem nigdy na mamutach, budził ten rekord przez to wesołość w grupie którą prowadziłem, bo wtedy zaczynali skakać ponad 200 metrów, teraz tych dwustumetrowców jest tak wielu, iż nie da się ich policzyć.
M.K.: To były czasy, kiedy miał pan szansę poznać Stanisława Marusarza?
A.T.: Mój ojciec przyjaźnił się ze Staszkiem Marusarzem, więc jak w latach osiemdziesiątych prowadziłem kadrę kombinacji norweskiej to Marusarz zawsze do COSu przychodził na kawkę i zawsze po śniadaniu słyszałem wiele opowieści. Przyjaźniłem się ze Staszkiem, zresztą on ze względu na przyjaźń z moim ojcem miał też sentyment do mnie, więc dużo czasu spędzaliśmy w ten sposób, że on tam po prostu przychodził. To był jego rytuał, że zawsze zaczynał od kawki w COSie, było to koło dziewiątej rano, potem o dziesiątej wychodziłem na trening. Zawsze mieliśmy tą godzinkę, były to miłe spotkania.
M.K.: Później nadeszła kariera trenerska, pierwszy raz był pan na Igrzyskach w Calgary. Osiemnaste miejsce Tadeusza Bafii, to był sukces jak na ówczesne polskie realia?
A.T.: Taduesz Bafia mógł odegrać tam wielką rolę, ale miał stan zapalny gardła. Mieszkaliśmy 100 kilometrów od Calgary i nikt nie był w stanie mu pomóc. Tadeusz Bafia w części skokowej był między 4, a 6 miejscem, ale w biegach niestety nie dał rady, gdyż nie był w pełni zdrowy, a mógł rywalizować z czołówką. Jeszcze po biegu został wytypowany do kontroli antydopingowej i Tadeusz był w takim stanie, że chodziłem za nim trzymając go za rękę bo chciał uciekać do lasu i wieszać się. Te Igrzyska były jedne z piękniejszych Igrzysk Olimpijskich.
M.K.: Wiadomo, że pracuje pan od wielu lat w PZN, zajmował pan wiele stanowisk, ale pełnił pan taką funkcję jak wiceprezes ds. sportowych Polskiego Związku Narciarskiego. Był to okres kiedy zatrudnił pan Pavela Mikeskę. Z perspektywy czasu nie żałuje pan tej decyzji? To był dość ostry trener…
A.T.: To był dość ostry trener, ale to był to trener, który wcześniej przez dziesięć lat trenował klub w Obsertdorfie. Poza tym był to taki dynamiczny człowiek, energiczny, marketingowo bardzo rozwinięty. Trener, który wierzył w trening, co na dłuższą metę okazało się jego wadą, gdyż każde niedoróbki starał się poprawić przez zwiększenie ilości treningów, więc zawodnicy byli bardzo zmęczeni. Z drugiej strony, przychodząc po nim wykorzystałem tą pracę i ten trening zmieniłem całkowicie. Miałem już wtedy do pomocy doktora Żołądzia, psychologa oraz Piotra Fijasa, który był takim łącznikiem miedzy tym co działo się wcześniej i później. Zaowocowało to bardzo dobrymi efektami, a mam pewność, iż Mikeska się do tego przyczynił, budząc tą grupę tymi treningami. Pojawił się wtedy Federer, który był naszym pierwszym sponsorem. Wszystko co mamy teraz zostało zbudowane na fundamentach Mikeski, kolejni trenerzy dołożyli swoje cegiełki, w tym momencie mamy taką sytuację, że potencjał naszych zawodników jest bardzo wysoki i mamy świetną opiekę trenerską, sztabową. W tej grupie jest Horngacher, który jest topowym trenerem, wniósł cała wiedzę po pracy z Niemcami, którzy są najlepszą grupą rozwijającą się technicznie. Mamy Michała Dolezala, który zajmuje się przede wszystkim sprzętem. To jest, to z czym mieliśmy problemy, przez co często mogły te problemy zaprzepaścić cały okres przygotowawczy, no i mamy w końcu Adama Małysza, który świetnie się wpasował już od kilku miesięcy, bo teraz to już oficjalnie z nami współpracuje, ale jeszcze trzy, cztery miesiące temu nie wiadomo było czy nie pociągnie tej swojej pasji samochodowej, ale kiedy się to wyjaśniło, dołączył do nas. Jest on bardzo zrównoważonym człowiekiem, osobowościowo bardzo dopasowanym do funkcji, niesie za sobą też wiedze, doświadczenie, czucie w grupie, przyjaźń z trenerami, zawodnicy go akceptują i to idealna dla nas sytuacja. Będzie to świetny sezon.
M.K: Wracając jeszcze do tych czasów Adama Małysza, wspomnianego przed chwilą, pan najbliżej był niego. Co tak naprawdę się stało, że on był takim zjawiskiem? Co było w tym Adamie wtedy, że ludzie tak do niego lgnęli. Przecież te rekordowe, milionowe oglądalności skoków, pobite tylko przez EURO, to zainteresowanie, niektórzy mówią, że było irracjonalne.
A.T.: To prawda, ale spowodowała to ta skala wyniku sportowego, sukcesu. Natomiast jeżeli chodzi o Adama o tym, że był bardzo utalentowany, to świadczą o tym te pierwsze wyniki z 1996 i 1997 roku, kiedy wygrał on trzy zawody Pucharu Świata i był kilka razy na podium. To był taki wystrzał, który się tak objawia, że zawodnicy w przedziale 16-18 lat, wyskakują, pokazują ten swój talent, potem jak zaczyna się systematycznie trenować, to oni troszeczkę opadają i potrzeba dwóch, trzech lat, aby zacząć wykorzystywać ten talent. Tak właśnie było z Małyszem, rzeczywiście miał te dwa lata niespodziewanych sukcesów, nie wiadomo skąd się one wzięły, potem trzy lata coraz słabiej, problemy z kwalifikacjami do czołowej 50. Adam chciał wtedy zakończyć swoją karierę, ożenił się wtedy, był zmęczony, nie mógł sobie poradzić ze sławą, zainteresowaniem jego osobą, a nie miał grupy osób chroniących go od tych skutków sukcesu. Tak to wszystko go zdołowało, że chciał zakończyć swoją karierę i w sumie wtedy wszyscy przekonali go żeby został. Miał wtedy 22 lata, ale sukcesy przyszły dopiero rok później i trwały później przez 10 lat, ale był przynajmniej 3 okresy kiedy były takie gorsze okresy. Żałuje do teraz, że Adam zakończył karierę, wtedy gdy zakończył, bo mógł zdobyć medale w Soczi. Wraca jednakże teraz z kapitałem swojej wiedzy i osobowości, co może przyczynić się do kolejnych medali.
M.K.: Krytyka jest nieodzowną cechą bycia trenerem czy prezesem. Pamięta pan czasy Adama Małysza, kiedy złośliwi mówili, że na jego sukcesach i plecach się pan ślizgnął. Jak pan reagował na takie słowa i czy coś takiego docierało do pana? Jesteśmy specyficznym narodem, o czym niedawno przekonał się Łukasz Kruczek. Jak pan reaguje na takie słowa krytyki?
A.T.: No wtedy reagowałem, bo nie miałem wtedy doświadczenia jak sobie radzić z tego typu problemami. Wtedy reagowałem i każdy reaguje gdy ktoś publicznie krytykuje. Muszę powiedzieć, że wtedy Robert Mateja, i Wojtek Skupień a nawet Łukasz Kruczek, odnieśli swoje największe sukcesy. Wojtek Skupień w TCS w generalnej klasyfikacji był 12, wtedy kiedy Małysz wygrał, Robert Mateja miał też swój najlepszy okres, ale po kilku ciężkich upadkach, saltach na skoczni no i miał później ten problem z dynamiką wyjścia z progu skoczni. Natomiast Łukasz Kruczek raz stanął nawet na podium, indywidualnie też zajmował miejsca w drugiej dziesiątce. To był też okres jego największych sukcesów, między innymi zdobywał wtedy złote medale Uniwersajdy, czterokrotny medalista. Ma taki rekord, który będzie trudny do pobicia, także to był dobry okres. W zasadzie teraz, patrząc jak to wszystko rozumiem i jestem troszkę uodporniony na tą krytykę, na ogół anonimową, no cóż trzeba robić swoje. Jestem w wieku, kiedy te rzeczy się rozumie, a jeżeli przejdzie się od etapu zawodnika poprzez wszelkie szczeble związku, moje serce jest ciągle trenerskie, staram się aby te wszystkie grupy trenujące miały wsparcie, taką czapę ochronną, a nie, tylko wymagania. Dlatego mamy dobrą atmosferę we wszystkich kadrach narciarstwa klasycznego, jest taki klimat, aby te sukcesy się pojawiały nie tylko w skokach narciarskich.
M.K: Po tym okresie z Adamem Małyszem, był krótki okres, kiedy startował pan do Parlamentu Europejskiego. Można rzecz z perspektywy czasu, że chyba dobrze się stało, iż nie dostał się pan do niego, gdyż nie byłoby pana w związku.
A.T.: Ja też tak uważam, ale może też dlatego, że to już był taki czas, że odszedłem z pracy jako trener i nie wiedziałem co będę robił dalej. I kiedy dostałem propozycję z PSL to zgodziłem się i wydaje mi się, że ten okres, to też mi się przydał to pracy, którą wykonuje teraz. Jednak jak pomyślę, że mogłem się dostać do tego parlamentu, to troszkę z przerażeniem na to patrzę, bo dla mnie było za późno na politykę tak prawdę powiedziawszy, nie wiem co mógłbym tam robić. Zapewne zajmowałbym się problemami sportowymi, jakoś bym się tam odnalazł, ale na pewno nie byłoby to moje miejsce i cieszę się, że tak wyszło. Chociaż cieszę się, że jakieś poparcie miałem.
M.K.: 10 lat na stanowisku trenera, dekada, mierzy pan to w jakiś sposób w sukcesach? Co panu wyszło w tej pracy?
A.T.: Ja myślę, że te ostatnie dziesięć lat i to wcześniej z Małyszem to pasmo sukcesów, patrząc przez pryzmat tego, jakie warunki mamy do uprawiania tych sportów i ilości osób które później zdobywają medale, to prawie kilkanaście osób, oprócz tych najwyższych rang, również w EYOFie, cała masa zdobytych w mistrzostwach świata juniorów, seniorów, oczywiście na Igrzyskach Olimpijskich, to jeżeli się nie ma w głowie takiej tabeli to trudno by nam było to wszystko wymienić z głowy, ile się wydarzyło przez to piętnaście lat. Patrząc na wcześniejsze 80 lat istnienia Polskiego Związku Narciarskiego i te pojedyncze medale zdobywane gdzieś tam po drodze, to teraz to wskazuje na to, że nie pracuje się tu źle, wręcz odwrotnie. Właśnie konfrontując to z warunkami, jakie Polska ma do uprawiania narciarstwa, patrząc też na te zimy, to wszystko jest powiązane. Wydaje mi się, że utrzymujemy się na wysokim poziomie.
M.K.: Marzenia pana na przyszłość. Co by chciał pan jeszcze zobaczyć jako prezes Polskiego Związku Narciarskiego? Co osiągnąć?
A.T.: Jest taki czas, gdy poziom sportu mierzy się przez ilość medali zdobytych na tych oficjalnych imprezach, czyli Mistrzostwach Świata, Igrzyskach Olimpijskich. Myślę, że to jest troszeczkę za bardzo zawężone spojrzenie, to liczenie medali, czy kierunkowanie sportu polskiego na te kilka dyscyplin w których odnosi się sukcesy i pod tym kątem kumulować środki finansowe i zaangażowanie państwa na dane sporty, żeby była potem duża ilość medali. Uważam, że powinno być to rozłożone równomierne, stwarzanie warunków dla każdego sportu, ostatnie igrzyska pokazały, że tam gdzie miały być te medale ich nie było, a tam gdzie nie miało to właśnie były. Trzeba tak na to patrzeć, same pieniądze nie robią wyniku, one są potrzebne, ale samymi pieniędzmi medali nie zdobędziemy. Medale zdobywa się pracą i zawodnikami, których się wyłuskuje systemem jakim mamy. Nigdy nie wiadomo kiedy się trafi taki diament, który potem, po oszlifowaniu staje się brylantem także ja jestem raczej za tym, aby równomiernie rozwijać sport, a nie koniecznie kierować się w stronę określonego sportu. Z drugiej strony, gdy pojawiają się określeni zawodnicy, no to wtedy na pewno nasze państwo daje te możliwości, aby odpowiednio wesprzeć finansowo i osiągnąć sukces z tymi zawodnikami.
M.K.: Po sezonie, przy ustalaniu kadr, przy ustalaniu kadr, była sytuacja z Andrzejem Pradziadem, głośna akcja na Facebooku. Czy jest pan w stanie powiedzieć czemu nie znalazł się on w kadrze narodowej?
A.T.: Przy wyborze zawodników do kadr narodowych, kierujemy się opiniami trenerów i sztabów, które te kadry prowadzą, ja nie jestem tutaj od tego, aby te wyniki sprawdzać. Ja oczywiście spotykam się z trenerami, działaczami, ja znam to od prawie 40 lat, odkąd byłem zawodnikiem. Znam sposób rozumowania i wiadomo, że każdy tego swojego zawodnika, którego wychowa sobie w klubie, chce go wypchać jak najdalej. Zdarzają się też sytuacje, że chce go wepchać do kadry, a potem krytykować, że się nie rozwinął. Czasem jest tak, że ktoś nie ma specjalnych uzdolnień, robi wyniki, ale w przypadku biegów trzeba mieć też parametry, wyjściowe, takie, żeby po rozwinięciu ich mieć szansę na osiągnięcie dobrych wyników sportowych. Co do Andrzeja Pradziada, te wyniki są przeciętne, porównywalne do innych kilku zawodników i dlatego Andrzej się nie znalazł się w kadrze. Nie wiem co się dzieję na Facebooku, bo nie śledzę tego. Miałem kilka spotkań z trenerem Leśnikiem, który kilka razy przyjeżdżał i mocno zawracał uwagę na tego zawodnika, dlatego zgodziliśmy się wspólnie z prezydium, aby wysłać go na pierwszy śnieg i tam trenerzy kadrowi nasi, mu się przyjrzą i wtedy decyzja zostanie podjęta. Nie zamykamy drogi, wspomagamy tak pojedynczo zawodników, którzy nie są w kadrach, ale budzą zainteresowanie trenerów. Między innymi na ten pierwszy śnieg jedzie również Izabela Marcisz, biegaczka z Podkarpacia i zobaczymy jak to będzie wyglądało. Nie jest tak, że musimy się tłumaczyć, najczęściej kontrowersje są wokół 4,5 i 6, gdzie pojawia się równorzędny poziom i trzeba odpowiadać, że o tym decydują nasi trenerzy kadrowi, których zatrudniamy i nie jakieś ciała społeczne, które się zbierają i przerzucają się argumentami. Decyduje o tym trener, który widzi zawodnika, zna go, patrzy na parametry wydolnościowe, zachowania, patrzy na wyniki sportowe, dlaczego był gorszy, lepszy. W skokach może mieć wpływ na to wiatr, a w biegach gorsze smarowanie nart. To wszystko widzą trenerzy, dlaczego ktoś wystąpił czasem lepiej czy gorzej. Na ogółem jednak, jest tych startów tyle, że taki trener, czy sztab trenerski, który proponuje skład kadry, musi nam to uzasadnić i my to przyjmujemy. Dajemy jednak szansę Andrzejowi i pomożemy mu się lepiej przygotować do tego sezonu, jeżeli wynikami w trakcie sezonu potwierdzi, że zasługuje na bycie w kadrze, to drogę ma otwartą, ale nie zapominamy o innych.

M.K.: Ostatnio też sporo nieciekawych doniesień było o narciarstwie alpejskim. Ile prawdy jest w tym co pisano i co z Maćkiem Bydlińskim czy coś wiadomo o tym co mówił, że gdzieś tam myśli o końcu kariery?

A.T.: Generalnie my tutaj w związku mamy taki podział, że za narciarstwo klasyczne odpowiadam ja, za narciarstwo alpejskie vice-prezes PZN, prezes TNZ, były trener Andrzej Kozak i za snowboard Tomasz Wieczorek, który też miał swój epizod poważny w pracy ze snowboardzistką Jagną Marczułajtis. On ją przygotowywał do Salt Lake City, gdzie ona ostatecznie zajęła 4. miejsce i on jest odpowiedzialny za snowboard. Dlatego ja się tutaj za bardzo nie chcę wypowiadać na temat narciarstwa alpejskiego, ale generalnie jest tak, no cóż, ponieważ nie ma znaczących wyników sportowych, to finansowanie ze strony ministerstwa jest niższe, to jest całkowicie zrozumiałe, brakuje środków finansowych na wsparcie generalnie narciarstwa alpejskiego i stąd się bierze cała masa konfliktów i niezadowolenia. Natomiast, no cóż, tego nie przeskoczymy. Skoki były w podobnej sytuacji w 94,95, 96 roku kiedy właśnie przyszedł Mikeska. Tak samo musiały się przebijać z tymi wynikami, natomiast wyniki Adama Małysza otworzyły możliwość wsparcia Justyny Kowalczyk, bo nie mielibyśmy tych możliwości, gdyby już nie byli sponsorzy i część tych środków można było skierować w stronę Justyny i w stronę później rozwoju generalnie biegów. Pojawiła się druga medalistka czyli Sylwia Jaśkowiec, prawda, to też w historii druga po Justynie Kowalczyk, która w oficjalnej imprezie typu MŚ zdobyła medal, czy Maciek Staręga, który wygląda na to, że to może być taki zawodnik który do czołowej ósemki w sprintach będzie się częściej meldował i zaczyna być taki pozytywnie nieobliczalny. To wszystko jest ze sobą bardzo powiązane, dlatego w narciarstwie alpejskim jest tak jak jest. Nie jest łatwo. Szukamy takiego sponsora dedykowanego dla narciarstwa alpejskiego i mamy taką koncepcję i możliwość, być może w najbliższym czasie uda nam się to zrealizować i wtedy moglibyśmy powołać kadrę juniorów czyli 6 juniorek, 6 juniorów, również 4 kadry regionalne, a nawet pilotażowo objąć jedną ze szkół, która działa w narciarstwie alpejskim bardzo aktywnie, ale to przed nami wszystko i wtedy myślę, że się troszkę ta atmosfera uspokoi. A co do Maćka Bydlińskiego to ja muszę powiedzieć, że najlepszy okres kiedy on zdobywał punkty w PŚ, kiedy miał MŚ w 2013 roku czy IO w 2014 wtedy naprawdę był objęty dobrymi warunkami i to był jego czas na zrobienie jakiegoś przyzwoitego wyniku. Tam się mu to nie udało i w naturalny sposób skończyła się ta możliwość finansowania jego na tym poziomie tej jego przygody alpejskiej. Potem jeszcze przez rok te warunki miał całkiem dobre. Trzeba tez powiedzieć, że zawody w kombinacjach alpejskich są traktowane inaczej, troszkę łatwiej tam o wynik sportowy i stąd też się dobre wyniki pojawiały, zdobycze punktowe w PŚ, ale tak naprawdę liczą się te wyniki osiągane w poszczególnych konkurencjach. Dlatego ze względu na wiek i możliwości finansowe skończyło się to wsparcie ze strony PZN natomiast jeżeli byłby dedykowany sponsor dla narciarstwa alpejskiego, na pewno moglibyśmy wtedy Maćkowi pomóc, na razie takiej możliwości nie mamy.

M.K.: Na koniec przyjemne sprawny Dlaczego uważa pan, że przed nami najlepszy sezon polskich skoczków narciarskich?

A.T.: Myślę, że to są takie uzasadnione nadzieje pozytywne. No przede wszystkim Łukasz Kruczek przez ostatnie kilka lat bardzo wypchnął, no ale po osiągane współprace z tymi samymi ludźmi, zawodnikami relacje osobowościowe spowodowały, ze coś się zatarło i Łukasz musiał odejść, natomiast wyciągnął skoki, ten potencjał skoków bardzo wysoko i teraz potrzebowaliśmy jakiegoś impulsu, żeby te potencjał nareszcie otworzyć jeszcze wyżej. No i myślę, że przyszedł ten czas. Przede wszystkim mamy 14 zawodników w kadrze A i B i to zawodników na takim poziomie pierwszej 30 PŚ, każdy z nich ma zdobyte punkty w PŚ i niektórzy nawet wygrywali PŚ, tak jak krzysiu Biegun, tak okolicznościowo bardziej niż poziomowo, czy Janek Ziobro. Wykorzystali sytuację i dobre warunki, ale ten poziom był na tyle wysoki, żeby można było nawet wygrać zawody PŚ, choćby te pojedyncze. No ale mamy 6 medalistów MŚ, bo to jest Val di Fiemme w 2013 roku i potem Falun w 2015, w sumie 6 zawodników, niektórzy podwójnie zdobywali te medale. Mamy Kamila Stocha, Maćka Kota, który zawsze dobrze skakał lepiej latem w LGP, ale aż tak dobrze nigdy nie skakał i to też jest związane z jego rozwojem osobowościowym, a nie tylko tych umiejętności, które miał zawsze. No i teraz pojawienie się Adama Małysza, pojawienie się Horngachera najpierw, ale tu już Adam Małysz maczał swoje palce, bo dość intensywnie nam w tym pomagał też jak gdyby czując że może do tych skoków wrócić. Mamy właśnie Dolezala, ten sztab trenerski czyli doświadczony Klimowski, który tam się głównie zajmuje tymi kombinezonami i potem obstawia skocznie czy Grzesiu Sobczyk, czy Łukasz Gębala, który świetnie znowu fizjoterapeutycznie ogarnia tę grupę czy kacper Skrobot były zawodnik, który jest serwismanem w tej grupie, doktor Winiarski, który uzupełnia, jest Piotr Krężałek biomechanik, który też od innej strony… tak szeroko ta grupa w tej chwili współpracuje, że zaczynają też być widoczne efekty. Ostatnie dwoje zawodów LGP czyli Hinzenbach i Klingenthal pokazały, że nasi zawodnicy poprawili bardzo szybkości najazdowe na progu, a Maciek przecież w tej chwili te szybkości ma najwyższe, na mistrzostwach polski w konkursie drużynowym jeździł 8 rozbiegów niżej niż pozostali zawodnicy i skakał najdalej, ale tez prędkości miał tylko o kilometr niższe. W zasadzie utrzymał się w strefie tych najwyższych prędkości mimo że to było 8 rozbiegów niżej. Co do Stocha, patrząc na ten sezon ja mam absolutną pewność, że to będzie topowy zawodnik na ten sezon. A co do Maćka to się czuje tak jak w 2000 roku w grudniu kiedy widzieliśmy, że Adam Małysz skacze tak dobrze, że nie ma lepszego na świecie. 4 rozbiegi niżej i skakał najdalej w rywalizacji wtedy z Goldbergerem, Kasai i innymi którzy tam byli. Wydawało się: No musi wygrać ten turniej, no ale jakoś to wtedy nie mogło przejść przez…. jakieś były progi, wydawało się, że to jest niemożliwe. Więc tak się czuję zdezorientowany co do Kota w tym roku, że w zasadzie jest w takiej dyspozycji, że nawet jak będzie skakał słabiej to i tak będzie w czołówce. No więc mamy dwóch takich, a teraz jeszcze jest i Kubacki i Piotrek Żyła i Olek Zniszczoł, który po takim okresie obniżenia poziomu wraca znowu, znowu zaczyna pokazywać swoje możliwości i cała t a pozostała grupa czyli Klimek Murańka, który dla mnie osobiście jest po Stochu takim najbardziej utalentowanym i właściwie czekamy, myślę, że jego czas to będzie właśnie Pjongczang. Kto wie czy nie spełni roli Stocha, a i Stocha tam przecież będziemy mieli, a i ten Kot nie wiadomo czy, albo inaczej, jestem pewny, że utrzyma ten poziom, ale jest nieobliczalny w tym momencie, ale pozytywnie nieobliczalny, więc dlatego, no i ta prawidłowość pracy, która w tej grupie przebiega, no i wzmocnienie Małyszem, profesjonalizacja taka pełna, no i te nowości różne które stosujemy korzystając z wiedzy Horngachera i nie tylko Horngachera. Bo Niemcy przy Ministerstwie Sportu mają taką komórkę, która zajmuje się dla wszystkich dyscyplin sportowych poszukiwaniem różnego rodzaju unowocześnień sprzętowych i tak dalej. My z pracy tego zespołu, tej komórki korzystamy. Coś jak na Bondzie, prawda, w filmie, w którym pokazywana jest ta komórka wywiadu brytyjskiego, gdzie oni ciągle pracują nad jakimiś tam nowościami. Niemcy mają taki zespół, zresztą chcę zainteresować również nasze ministerstwo sportu, być może byłoby celowe powołanie również przy polskim sporcie takiej komórki, która by pracowała na rzecz nowatorskich rozwiązań, technicznych, sprzętowych. Pojawiają się ciągle nowe materiały itd. Czasami nam tego brakuje, żeby ten końcowy sukces osiągnąć w każdej dyscyplinie sportu. No więc patrząc na te nasze skoki właśnie, całościowo no to uzasadnione są raczej te powody żeby myśleć o tym sezonie, że to będzie sezon dobry albo bardzo dobry, a właściwie to dwa sezony, bo akurat to jest sezon taki wdrożeniowy pracy nowego trenera. Było mu tez łatwiej bo on już w Polsce był, więc on jak gdyby łatwiej zaskoczył w te realia. I bardzo szybko, kwiecień poświęcił na zorganizowanie się, a w maju ruszyła praca. Także te powody żeby optymistycznie patrzeć na ten sezon to już nie tylko pobożne życzenia, ale są uzasadnione.

M.K.: Jeszcze słowo o Justynie Kowalczyk, bo u nas na stronie, dzisiaj technika internetowa poszła tak daleko, wiemy z jakich fraz wyszukiwarek ludzie do nas trafiają i właśnie jest to pytanie, jak forma Justyny Kowalczyk? Bardziej patrząc pod względem MŚ, bo wiemy, że ten PŚ będzie trochę pobieżnie traktowany, bardziej starty klasykiem.

A.T.: Generalnie tu opieram się na informacjach, które mam od trenera Wierietelnego i to są oczywiście z pierwszej ręki informacje, no ale tu bardziej będę prezentował te opinie, więc generalnie tak: Justyna będzie startowała w tym roku, głównie w biegach klasycznych, będzie wybierała Pucharu Świata gdzie te biegi klasyczne się będą rozgrywały, będzie również startowała w tych biegach łączonych, gdzie jest ta część, że tak powiem stylu dowolnego. Natomiast mniej trenuje tym stylem, bo to wywoływało bóle piszczeli, więc troszkę ten styl, że tak powiem odsunęła na bok, co nie znaczy, że w tym stylu nie będzie dalej prezentowała swojego dobrego poziomu. To tak z jednej strony, z drugiej strony jest zdrowa, bo mało kto wie, ale po Kuusamo w ubiegłym roku to ona miała tam bardzo poważne problemy z kolanem, to kolano spuchło spędziła tutaj 24 godziny w klinice w Warszawie, był ściągany płyn z kolana, no i ona bezpośrednio wróciła do startów, więc ciągle jej się to kolano tam, że tak powiem ślimaczyło. Dopiero w marcu tutaj napisała mi maila, że się czuje dobrze i tam też się pojawiły te dobre wyniki. Teraz jak popatrzymy na to, że przygotowania w tym sezonie przebiegły naprawdę bardzo dobrze, że straciła troszkę masy ciała co znowu ułatwi jej na tej trasie, że ma taką sytuację osobistą uregulowaną, że ma spokój w tych przygotowaniach, to naprawdę dobrze trzeba ten sezon widzieć. Ja osobiście mając te wszystkie informacje w garści spodziewam się znowu bardzo dobrego sezonu dla Justyny. Takiego porównywalnego z najlepszymi. To że wyłączyła Tour de Ski, nie będzie w tym startować to jest ogromna eksploatacja jednak energii i siły. Tym bardziej , że tam są biegi jeszcze te, dużo biegów stylem dowolnym, więc bardzo dobra decyzja. Nie będzie też do MŚ startować w tych biegach długich czyli jednak będzie się ustawiała pod te MŚ i tutaj głównie 10 km klasykiem, no ale z trenerem dobiorą sobie też tam te inne starty, w których będzie miała szanse dobrze wystąpić, może również w sztafecie. No i patrząc też przez pryzmat tych problemów, i tej złej aury która się wytworzyła wokół reprezentacji norweskiej, to jakby nie było główne rywalki tam z tego zespołu dla Justyny będą się jednak wyłaniać, więc wygląda na to, że Justyna może mieć znowu doskonały sezon. I to pachnie medalami, nie tylko jednym na tych mistrzostwach, tak dla mnie. Ja tutaj od razu… tak na to patrzę bo ciągle mam dopływ informacji i czuję, że to się tak dobrze układa, więc to jest w porządku. Troszkę mnie martwi sytuacja z Sylwią Jaśkowiec, która no miała zabieg na kolanie w tym roku, jednak coś tam nie poszło tak jak trzeba i już przygotowuje się w tej chwili Sylwia do kolejnego zabiegu. Więc ten sezon już jest właściwie, już wiadomo, że jest wyłączony dla Sylwii. A to była zawodnika, która jednak w tych sprintach parami mogła Justyną znowu tam być gdzieś blisko zdobycia tych medali. Bo tak to na to wskazuje, że byłaby to strasznie mocna para. Co nie znaczy, że może któraś z naszych pozostałych zawodniczek, czyli tam jest Martyna Galewicz czy Marcisz, że może na tyle ten poziom będą prezentowały wysoki, że taki start w sprincie też się pojawi, ale wszystko przed nami. Generalnie dla Justyny naprawdę wygląda na to, że to będzie doskonały sezon, no i jest Maciej Staręga, który po wprowadzeniu do grupy fizjologa i obudowania tego treningu organizacyjnie i również nowymi elementami, tam się pojawiły w różne związku z fizjologiem nowe metody, dobra suplementacja, taka systemowa suplementacja dopasowana do treningu (41:40)??????? itd. cała masa takich rzeczy, które wskazują na to, że to również może być dla Maćka Staręgi takie wbicie się na stałe do czołówki, i ciągle wracam do Norwegów. Sam jestem ciekaw jak tam Norwegowie się będą czuli w tym roku na trasach, ale jakaś taka aura, które ciągnie w dół, pociąga za nogi, a nie odwrotnie, nie wypycha do góry, no to myślę, że to.. oczywiście niezależnie od nas te rzeczy się dzieją, ale w sumie myślę, że daje szanse naszym zawodnikom, żeby się również poziomem i wynikowo podnieść.

M.K.: Józef Łuszczek i trener Mrowca ostro wypowiadali się o tej sytuacji z Therese Johaug. Pana zdaniem to będzie dyskwalifikacja czy… jak pan patrzy w ogóle na tę sprawę?

A.T.: Zdziwiłbym się, gdyby nie było dyskwalifikacji, bo Norwegowie, norweska komórka antydopingowa dała dwumiesięczny okres karencji, czyli takiej dyskwalifikacji, ale mylę, że WADA (światowa organizacja antydopingowa) potraktuje to bardziej ostro. Zdziwiłbym się gdyby było inaczej, bo no cóż, sytuacja jaka się pojawiła jest taka no niejasna, dla mnie niejasna, i wręcz mało tego niezrozumiała, okoliczność, nie będę przypominał, ale wydaje mi się, że użycie tej maści być może było jakąś tam przykrywką, generalnie wydaje mi się niemożliwe żeby czy zawodnik czy lekarz ominęli informację która wyraźnie na pudełku wskazywała, że jest to lek zawierający substancje niedozwolone, więc w takich sytuacjach albo to trzeba zgłaszać i wtedy jest jakieś uzasadnienie, albo się narazić na błąd który skutkuje teraz poważnymi konsekwencjami dla Johaug.

Dziękujemy za rozmowę.

Partnerzy Dnia Sportów Zimowych:

logorg-button

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.