“Tosiu, kiedy zaczniesz robić telemark?” Inna perspektywa skakania z Eve-nement Team

Poniedziałkowe popołudnie. Nieupalne, ale ciepłe i dość spokojne. W końcu w Wiśle już po skokach, które zakończyły się wczorajszym konkursem na skoczni imienia Adama Małysza. Zawsze mam jednak wrażenie, że idąc placem Hoffa dostrzegam narty na rozbiegu największego z obiektów w Centrum. Tym razem to nie złudzenie, a ja już wiem, że może weekend z obserwowaniem skoków mam już za sobą, ale one nie powiedziały mi jeszcze ostatniego słowa, zanim wyjadę z Beskidów.

Telemark Tosi

– Tosiu, a kiedy ty w końcu zaczniesz robić telemark? – pada pytanie od ubranego w niebieską koszulkę, schodzącego po skończonym treningu schodami skoczni w Wiśle-Centrum chyba… trenera, bo stał na wieży razem z Andrzejem Zaryckim. Adresuje je do małej skoczkini, już przebranej po dzisiejszych skokach. – Dzisiaj nie było, to kiedy? Jutro, dzisiaj, wczoraj? – droczy się po góralsku. Gdy zejdzie na dół, podejdzie do drewnianego daszku, pod którym czeka reszta dzieci. Niektóre w kaskach, inne jeszcze w kombinezonach, a kolejne już tak, jak Tosia, przebrane.

Wszystkie zapatrzone w niego, choć jedynie zaczepiające wzrokiem albo pojedynczymi słowami. Nuci przyśpiewkę “Egyptian King” o Mohamedzie Salahu z Liverpoolu, którego koszulkę zobaczył u jednego z podopiecznych. Gdy pojawia się przy samochodzie ktoś o coś go prosi. Pośpiesznie rusza do samochodu i wyciąga… pocztówkę. Podpisaną, z podobizną samego siebie. Kamila Stocha, który do odjazdu z parkingu nie dowiedział się jednak, kiedy wreszcie Tosia wyląduje tak, jak on stara się to robić na skoczniach całego świata. Chwilowo odpoczywającego od swojej głównej pracy. Choć w projekt Eve-nementu zaangażował się ostatnio bardziej niż wcześniej, gdy za większość spraw odpowiadała jego żona Ewa, a on praktycznie nie pojawiał się na treningach. Dwa lata temu z żalem na pytanie o klub odpowiadał, że nie do końca ma czas. Teraz stara się go znaleźć, choćby na parę słów i uśmiechów.

Niżej tyłek, proste kolana

– Trenerze! Jak żem wylądował, to tak teraz mnie palec u nogi boli! – krzyczy Eryk do trenera Andrzeja.

– Palec u nogi? Niemożliwe. Ale który: duży, mały? – dopytuje Zarycki.

– No, duży – słyszy w odpowiedzi.

Szkoleniowiec śmieje się, bo takich dialogów na treningu dużo. Choć koncentruje się głównie na podpowiedziach. “Pamiętamy o paluszkach, niżej tyłek, proste kolana”. Można by wypisać trenerskie bingo, ale to człowiekowi widzącemu u młodych duży postęp, nie ma prawa się znudzić. – Jest fajna grupka około 20 zawodników, którzy pracują tu już nad sobą parę lat, a kolejnych 15 skacze od roku i u każdego widać postęp – przyznaje Zarycki. – Jeśli tylko przykładają się do tego, co robią to od razu widać efekty. Nie ma tu dużego ciśnienia na wyniki, a najstarszy z zawodników, który po mału zaczyna wchodzić w coraz poważniejsze skakanie jest z rocznika 2003. Kto wie, może kiedyś pójdzie na Malinkę.

– Tu często coś zmienia się z tygodnia na tydzień, widać, że wszyscy idą na przód – mówi Krzysztof Miętus, były skoczek, a obecnie kolejny wspierający sztab szkoleniowy Eve-nement Team. – To inny świat niż skoki seniorskie, zwłaszcza, że kręci się głównie wokół mniejszych obiektów, ale na pewno daje nam dużo satysfakcji, bo zmienianie czegoś ze starszymi zawodnikami to detale, a tu często praca u podstaw daje spory efekt.

Co drugi skok upadek

Trener Miętus do Eve-nementu dołączył w zeszłym roku i wspomina sporą różnicę pomiędzy tym, jak wszystko wyglądało wtedy, a jak teraz. – Gdy przyszedłem na pierwszy trening to widziałem, że co drugi skok mieliśmy tam upadek – przyznał. – To nie były jednak żadne poważne uderzenia, a bardziej takie małe, niegroźne wywrotki. Teraz jednak dzieci coraz więcej uczą się tego, jak im zapobiegać, więc jest ich dużo mniej – zaznaczył.

Zawodnicy trenują nie tylko w Polsce, gdzie do dyspozycji mają obiekty w dobrym stanie, ale w o wiele mniejszej liczbie niż poza naszym krajem. Stąd czasem wybierają się choćby do Planicy, gdzie ćwiczą na nowoczesnym kompleksie niedaleko legendarnego mamuta. – Dla nas te treningi to już faktycznie trochę rutyna, ale cieszymy się, że możemy przyjechać w miejsce, gdzie będą skakać wszyscy, każdy stosownie do wieku i umiejętności na odpowiedniej skoczni. Do tego tak, jak tu w Wiśle mogliśmy się spotkać przy okazji zawodów Letniego Grand Prix, co jest zawsze kolejnym miłym dodatkiem – opisuje Miętus.

I trzeba chwalić, i trzeba ganić

Recepta na szkolenie młodych skoczków raczej nie istnieje, więc każdy klub ma swój sposób na działanie z grupami zawodników. – I trzeba chwalić, i trzeba ganić – mówi Zarycki. – To nie jest czas na fachowe porady dla dzieci i często działamy od samych podstaw albo rozwijając ich ogólnie. Dużo w tym zabawy, do tego podczas treningów wolimy iść w jakość, a nie ilość, więc oddajemy koło 15 dobrych skoków przy dwóch treningach jednego dnia.

Eve-nement Team to inicjatywa. Projekt, który zrodził fajny zespół i szanse dla młodych zawodników z Zakopanego i okolic, którzy mają okazję do trenowania nawet pod okiem swoich idoli. Krzysztof Miętus ma rację – to trochę inny świat skoków, inny klimat. Dla wielu zwyczajny, ale chyba dla wszystkich wyjątkowy, wyróżniający się. Oderwał od codzienności nawet trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Teraz trzeba, jak on, za wszystkie “ewenementy” trzymać kciuki, a niedługo, dzięki chęciom i pracy, każdemu może się udać sięgnąć swoich marzeń. Chociaż należy zacząć od podstaw. Jak u Tosi, która kiedyś tym telemarkiem wyląduje i Kamilowi odpowie – “dziś”.

Tekst powstał dzięki uprzejmości Eve-nement Team – link do fanpage’a na Facebooku

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: