Skoczkowie drugiego planu: Andreas Küttel

fot. tagblatt.ch
fot. tagblatt.ch

Jakoś ostatnio zatrzymałem się w Szwajcarii i zupełnie nie wiem, jak stąd wyjść? Mam nadzieję, że moja wewnętrzna debata nad tym zawodnikiem pozwoli mi choć na jakiś czas pożegnać się z tym krajem. Zwykle pod tym tytułem opisywałem dwóch skoczków. Miałem jakieś porównanie, ale Küttel to osobnik, nad którym wciąż się zastanawiam. Może Wy pomożecie określić później, czy faktycznie był cieniem?

Andreas Küttel swój debiut w Pucharze Świata zaliczył 2. grudnia 1995 roku i odrazy zapunktował. Szwajcar zajął wówczas 23. miejsce w Lillehammer. Pierwszy sezon mógł zaliczyć do naprawdę udanych, gdyż w klasyfikacji generalnej uplasował się na 32. miejscu. W 1996 roku wywalczył brązowy medal podczas Mistrzostw Świata Juniorów we włoskim Asiago. Był dobrze zapowiadającym się skoczkiem, ale jego kariera w PŚ jakoś zwolniła tempo. Wydawało się, że po udanym debiucie może być już tylko lepiej, ale okazało się zupełnie inaczej. Do czołowej trzydziestki zapukał w sezonie 2001/2002, wtedy jego najlepszym wynikiem było 9. miejsce w Villach. Warto odnotować, że Andreas zaliczył świetny start na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City. Mało kto pamięta jego 6. miejsce na skoczki dużej. Trudno się dziwić, bo świat zapamiętał historyczny wyczyn Simona Ammanna. Küttel właśnie wtedy po raz pierwszy znalazł się w cieniu swojego kolegi. Gdyby nie Simon, to Szwajcarzy z pewnością byliby zadowoleni z szóstej lokaty. Nie można jednak równać dobrego wyniku z historycznym.

Küttel zapukał do czołówki w sezonie 2003/2004, kiedy po raz pierwszy udało mu się stanąć na podium Pucharu Świata. Szwajcar 11. stycznia 2004 roku wywalczył trzecie miejsce w Libercu, a dzień wcześniej był piąty. W następnym sezonie wywalczył swoje kolejne podium, ale tym razem w Willingen. Jego kariera rozwijała się bardzo wolno, jak na zawodnika o tak znanym nazwisku. Takie mam odczucie, że po latach mam go za większego, niż faktycznie był. Niemal 10 lat od debiutu czekał na swoje pierwsze zwycięstwo. W sezonie 2005/2006 od samego początku zajmował lokaty w ścisłej czołówce. W końcu wygrał zawody w Lillehammer. W miejscu, w którym przecież zdobył też swoje pierwsze punkty. Śledząc dzisiaj jego karierę dochodzę do wniosku, że ten zawodnik odnosił sukcesy tylko na skoczniach, które po prostu mu odpowiadały. Potwierdzeniem będzie jego największy sukces w karierze. Andreas Küttel został Mistrzem Świata na dużej skoczni w Libercu (tak, przecież tutaj stał po raz pierwszy na podium). Niektórzy słusznie pamiętają w jakich to odbyło się warunkach. Jednoseryjny konkurs podczas czempionatu był właściwie skandalem. No cóż… na jego obronę warto dodać, że na skoczni normalnej był szósty. Znaczy się… forma chyba była. Dwa lata później nie obronił tytułu w Oslo i zakończył oficjalnie karierę.

Tak. Znam już odpowiedź na stawiane sobie pytanie. Andreas Küttel to skoczek, który powinien znaleźć się w tej serii felietonów. Sukcesów tak realnie rzecz ujmując nie miał zbyt wielkich, ale tytuł Mistrza Świata z pewnością opiewa jego karierę. Cóż to jednak jest, kiedy skacze się w erze wielkiego zdobywcy – Simona Ammanna? Zastanawiam się jeszcze, co takiego było w Küttelu, że człowiek zapamiętał go tak dobrze. Związek z Polską, charyzma, czy nauczanie poprawnego wymawiania nazwiska? Nieważne… grunt, że utkwił w pamięci i mam nadzieję, że będzie w niej jak najdłużej. Skoro ma w Szwajcarii skocznie swojego imienia, to znaczy, że był wartościowy. Mimo faktu, że przez większą część swojej kariery był na drugim planie, to postacią był znaczącą. I tego się trzymajmy!

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.