Retro TdS. Kowalczyk czwarty raz najlepsza w swoim królestwie

Medal_for_2010_Olympics_Women's_30K_cross-country.jpg: Iwona Erskine-Kelliederivative work: Tabercil, CC BY 2.0, via Wikimedia Commons

Cykl Tour de Ski w sezonie 2012/2013 był popisem naszej biegaczki. Justyna Kowalczyk wygrała cztery z siedmiu etapów i przed wspinaczką na Alpe Cermis uzyskała ponad dwie minuty przewagi nad jej najgroźniejszą rywalką – Therese Johaug. Norweska zawodniczka jak zwykle dała z siebie wszystko na ostatnim etapie, ale nie miała szans dogonić dwukrotnej mistrzyni świata z Liberca. Zapraszamy na ostatni artykuł z naszej serii wspomnień.

Medal_for_2010_Olympics_Women’s_30K_cross-country.jpg: Iwona Erskine-Kelliederivative work: Tabercil, CC BY 2.0, via Wikimedia Commons

Początek Pucharu Świata 2012/2013 – Ruka Triple dla Marit Bjoergen, Justyna Kowalczyk trzydniowy cykl ukończyła na drugim miejscu, wyrównując tym samym najlepszą lokatę podczas zawodów w Finlandii w karierze. Na zwycięstwo w sezonie Polka nie musiała jednak długo czekać – pierwsze dwa triumfy odniosła niecałe dwa tygodnie później w Canmore. Po weekendzie w Kanadzie oczywiście komentowano, że Justyna po raz kolejny będzie najlepsza w wymagającym cyklu Tour de Ski. Mówiono również o tym, że kolejna victoria stanowiłaby niesamowity wyczyn – nikt przecież nigdy nie wygrał touru cztery razy pod rząd.

Rezygnacja wielkiej rywalki

Pod koniec grudnia świat obiegła informacja, że z TdS rezygnuje największa obok Kowalczyk faworytka do zdominowania konkurencji na trasach w Niemczech, Szwajcarii i we Włoszech – Marit Bjoergen. Norweska mistrzyni podczas jednego z treningów doznała problemów z sercem i trafiła do szpitala. Później jej lekarz, podczas badań w klinice w Trondheim, stwierdził, że to arytmia i tym samym wykluczył start dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej z Vancouver. Czy ktoś więc mógł się w ogóle zbliżyć do Justyny Kowalczyk?

Dziennikarz Telewizji Polskiej przed startem cyklu zapytał najmocniejszą po wycofaniu się przez Bjoergen Norweżkę, kto jest faworytem do odniesienia triumfu. Rywalka Kowalczyk nie miała żadnych złudzeń. – Justyna jest oczywistą kandydatką do zwycięstwa. Wygrała tour już trzy razy, poza tym widać, że jej forma rośnie – komentowała wtedy sytuację Therese Johaug. Kowalczyk jednak podchodziła do tego z dystansem – rok wcześniej mówiło się, że Marit może pokrzyżować plany Polce w drodze po trzecie zwycięstwo. – Wiem doskonale, że bycie faworytem nic nie zmienia, oprócz tego, że trzeba odpowiadać na więcej pytań niż zwykle – przyznała Justyna. Do startu podeszła jak zwykle z ogromnym profesjonalizmem i nastawieniem na walkę o najwyższe cele.

Mocny początek

Start Tour de ski. Na początek prolog w Oberhofie. Zawody stylem dowolnym, czyli tym, który zawsze przez Kowalczyk był szlifowany najbardziej podczas touru. Technika klasyczna w przypadku naszej Królowej Nart stanowiła wzór do naśladowania przez lata, zaś dowolna zostawała ulepszana głównie podczas touru. W Niemczech triumf odniosła Kikkan Randall – znakomita sprinterka i łyżwiarka. Drugie miejsce zajęła mistrzyni olimpijska z Vancouver na 10 kilometrów Szwedka Charlotte Kalla, a trzecie… Justyna Kowalczyk. Niby nie jej dystans i technika, ale w prologu we wcześniejszych startach podczas TdS zawsze stawała na podium.

Wiadomym już było, że to doskonały punkt wyjściowy przed biegiem pościgowym klasykiem. – Ocena biegu? Bardzo dobra. Oczywiście chciałoby się zwycięstwa, ale nie zawsze można być pierwszym – skomentował tamten wyścig trener Aleksander Wierietielny. Drugi etap był popisem sił naszej biegaczki. Szybko odskoczyła Randall oraz Kalli. Samotnie, z dużą przewagą, dobiegła do mety. Druga Johaug straciła blisko 42 sekundy, trzecia Kylloenen 45 s. Tak mocnym akcentem zakończyła się niemiecka część touru.

Przetrwać łyżwę

Trzeci etap został rozegrany w Szwajcarii. Do przebiegnięcia zawodniczki miały sprint stylem dowolnym, czyli konkurencję najmniej lubianą przez Justynę Kowalczyk. Należało się spodziewać, że to może być najsłabszy punkt touru. I tak faktycznie było, ale odpadnięcie w półfinale i siódme miejsce w ogólnym rozrachunku nie może być potraktowane jako zły występ. Kto wygrał w Val Mustair? Oczywiście Randall. Nad drugą w klasyfikacji cyklu Johaug polska mistrzyni powiększyła jednak przewagę.

Po jednodniowej przerwie rywalizacja przeniosła się do Włoszech, gdzie na biegaczki czekało duże wyzwanie – 4 starty w 4 dni. Najpierw Toblach i bieg pościgowy na 15 km łyżwą. Kowalczyk dowiozła pozycję liderki Tour de Ski do mety. Przewaga nad rywalkami stopniała, głównie przez rewelacyjne tempo Charlotte Kalli. Triumfatorka touru 2007/2008 przesunęła się na drugie miejsce. Po przyznaniu bonifikat różnica między Polką, a Szwedką wynosiła 23 sekundy. Trener reprezentacji Norwegii w rozmowie z dziennikarzem TVP podziękował Charlotte za pomoc jego podopiecznym. – Biec w grupie jest zawsze łatwiej – dodał Egil Christiansen.

Królowa klasyka

Czas przyszedł na dwa etapy klasykiem – 3 i 10 kilometrów. Już podczas tego pierwszego biegu Justyna Kowalczyk zwyciężyła w świetnym stylu, mimo że wcześniej, na rozgrzewce, zahaczyła o deskę informacyjną i skaleczyła sobie głowę. Druga w biegu Krista Parmakoski straciła 16 sekund. W generalce wiceliderka Kalla i trzecia Johaug traciły ponad minutę. Biegaczki czekał jeszcze koronny dystans Polki. Trener Christiansen w rozmowie z Robertem Błońskim przyznał, że Kowalczyk jest niesamowicie mocna i są nikłe szanse na to, że nawet któraś z jego podopiecznych ją dogoni. Całą rozmowę przeczytacie tutaj.

Na dziesięć kilometrów w Val di Fiemme reprezentantka biało-czerwonych potwierdziła niesamowity poziom i zdeklasowała rywalki. Druga na mecie Steira przegrała bieg masowy klasykiem o ponad 33 sekundy. Ogromne straty poniosła osiemnasta wtedy Charlotte Kalla  (1:32,3). W klasyfikacji generalnej przed ostatnim etapie Polka zgromadziła dwie minuty i osiem sekund przewagi nad Therese Johaug oraz 2:17,9 nad Kristin Steirą.

Kowalczyk po raz czwarty

Nadszedł czas na ostatni etap – podbieg pod Alpe Cermis. Kowalczyk biegła spokojnie. Co prawda Johaug szalała i z każdym odcinkiem odrabiała straty. Tylko czy Polka musiał rwać tempo przy ponad 2 minutach przewagi? Zdecydowanie nie. To był bardzo trudny etap dla Justyny Kowalczyk, ale to ona odniosła ostateczny triumf w cyklu Tour de Ski 2012/2013. Johaug zdołała odrobić minutę i czterdzieści sekund, ale zajęła drugie miejsce. Trzecia była Kristin Steira. Tamten cykl pokazał moc Kowalczyk. Przez czas trwania touru praktycznie nie było momentu, w którym rywalki mogłyby realnie zbliżyć się do reprezentantki Polski. Deklasacja rywalek biało-czerwonej – tak można nazwać ten okres.

Jak się później okazało, to był ostatni taki tour. W sezonie olimpijskim niestety zdecydowano się zmienić proporcje w programie Tour de Ski – na siedem etapów, pięć zostało rozegranych stylem dowolnym. Kowalczyk długo rozmyślała nad startem w “jej” tourze, ale ostatecznie zrezygnowała, mimo wielkiej formy i wygrywania już od początku sezonu. W kolejnych dwóch sezonach do touru przystąpiła. Raz jednak zasłabła na trasie podbiegu pod Alpe Cermis, a w ostatnim w jej karierze tourze nie liczyła się w walce o najwyższe lokaty. Polka triumfowała więc aż cztery razy – i to z rzędu. Tego może pozazdrościć jej nawet Marit Bjoergen.

źródło: informacja własna/YouTube: fugerghiufureow5, xcskiing.tv, gorka1122/sport.tvp.pl/sport.pl