PŚ w biathlonie kobiet: pozytywne i negatywne zaskoczenia sezonu 2019/2020

fot. Mateusz Król

fot. Mateusz Król

Przedwcześnie zakończony Puchar Świata w biathlonie dostarczył kibicom wielu niezapomnianych emocji. Obfitował on bowiem w liczne zwroty akcji i trudne do przewidzenia wydarzenia. Przypomnijmy sobie zatem owe zaskakujące momenty.

Czy to aby na pewno Tiril Eckhoff?

Niespełna 30-letnia reprezentantka Norwegii jest zawodniczką, mającą na swoim koncie liczne sukcesy. Oprócz wielu medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich wywalczonych w konkurencjach zespołowych, zdobyła ona także dwa brązowe medale igrzysk olimpijskich w biegu masowym, a także dwa indywidualne medale mistrzostw świata (złoty w sprincie na mistrzostwach świata w Oslo w 2016 roku oraz srebrny w biegu pościgowym na mistrzostwach świata w Östersund w 2019 roku). Mimo wielu bardzo dobrych wyników, Tiril Eckhoff tak naprawdę w żadnym z sezonów Pucharu Świata w biathlonie nie liczyła się w walce o końcowy tryumf. Do czasu… Przełomowy moment w karierze Norweżki nastąpił w połowie grudnia 2019 roku, kiedy Norweżka rozpoczęła swą fantastyczną serię pucharowych zwycięstw. Tryumf w biegu pościgowym w Hochfilzen dodał reprezentantce „kraju fiordów” pewności siebie i pociągnął za sobą trzy kolejne zwycięstwa w Le Grand-Bornand. Na zwycięską ścieżkę Eckhoff wróciła w niemieckim Ruhpolding, gdzie nie miała sobie równych w sprincie oraz biegu pościgowym. Kluczem do sukcesów Norweżki była oczywiście znacznie lepsza – aniżeli w poprzednich sezonach – skuteczność na strzelnicy. Do tej pory bowiem Tiril bardzo często popełniała zbyt dużo błędów w strzelaniu, częstokroć także nie wytrzymywała presji. Wydawało się, iż w sezonie 2019/2020 kibice zobaczyli „nową”, silniejszą psychicznie Eckhoff, która problemy strzeleckie już dawno ma za sobą. Wspaniałe występy w Pucharze Świata – nawet mimo nieudanego „weekendu” w Pokljuce – sprawiły, że uznawana była ona za główną faworytkę do walki o czołowe lokaty na mistrzostwach świata w Anterselvie…

Tak, to ona…

Zawody we włoskiej Anterselvie pokazały jednak, iż nieudany występ w Pokljuce nie był wypadkiem przy pracy. Niestety, wróciły demony z przeszłości. Nadmierne oczekiwania kibiców i presja otoczenia sprawiły, iż Norweżka straciła pewność siebie i – tak jak częstokroć miało to miejsce w przeszłości – spisywała się znacznie poniżej oczekiwań na strzelnicy. W biegu sprinterskim pomyliła się ona sześciokrotnie, w biegu pościgowym – trzykrotnie, zaś w biegach: indywidualnym i masowym odnotowała ona po cztery błędy w każdym z tych startów. W efekcie najwyższą indywidualną lokatą Eckhoff na docelowej imprezie sezonu była siódma pozycja w biegu sprinterskim. Mimo niezadowalających wyników w konkurencjach indywidualnych, Norweżka wyjechała z Anterselvy z dwoma złotymi medalami, które wywalczyła wespół ze swoimi kolegami i koleżankami w startach sztafetowych. A propos koleżanek z reprezentacji…

Wymarzone mistrzostwa Marte Olsbu Røiseland

Rywalizacja na biathlonowym czempionacie – jak przewidywało wielu ekspertów oraz kibiców – przebiegać miała pod dyktando Tiril Eckhoff oraz Dorothei Wierer. To właśnie te dwie zawodniczki stoczyć miały ze sobą walkę o medale z najcenniejszego kruszcu. O tym, że pierwsza z nich niemal całkowicie zawiodła, już wiemy. Jeśli chodzi o drugą, to z pewnością docelową imprezę sezonu może ona uznać za udaną. Wszak cztery medale (trzy indywidualne i jeden wywalczony w sztafecie mieszanej) to dorobek nie byle jaki! Osiągnięcia te nie wystarczyły jednak Włoszce do tego, by mogła ona zostać uznaną za najlepszą zawodniczkę mistrzostw świata w Anterselvie. Miano to zyskała bowiem Marte Olsbu Røiseland, która na włoskiej ziemi wywalczyła medale we wszystkich (SIEDMIU) konkurencjach, w których startowała. Do złota wywalczonego w sztafecie mieszanej dołożyła ona złoto w sprincie, dwa brązy w biegach pościgowym i indywidualnym, dwa złota w sztafetach (pojedynczej mieszanej i „standardowej”) i złoto w biegu masowym, którego – jak wydawało się po dwóch pierwszych strzelaniach, w których Norweżka odnotowała po jednym błędzie – teoretycznie nie miało prawa być. W dalszej części rywalizacji Marte nie pomyliła się już jednak ani razu, dzięki czemu wywalczyła swój siódmy medal na włoskim czempionacie, zostając tym samym postacią numer jeden docelowej imprezy sezonu i zapisując się złotymi zgłoskami na kartach historii światowego biathlonu jako pierwsza zawodniczka, która na jednych mistrzostwach świata wywalczyła siedem medali.

Gdyby nie ten jeden strzał…

Mistrzostwa świata w Anterselvie po raz kolejny udowodniły, że nawet stosunkowo słaby początek rywalizacji nie musi oznaczać klęski w danych zawodach. Przykład? Ależ proszę! Wystarczy przypomnieć sobie wyżej opisany bieg ze startu wspólnego w wykonaniu Marte Olsbu Røiseland, która mimo nie najlepszej postawy w pierwsze fazie biegu, w dalszej jego części pokazała, jak stabilną i odporną na stres i emocje jest zawodniczką. Niestety, w kluczowych momentach zakończonej właśnie edycji zmagań pucharowych owej „odporności” zabrakło Monice Hojnisz-Starędze. Polka niemal przez cały sezon prezentowała bardzo równą formę. Na osiemnaście indywidualnych startów, w których brała udział tej zimy, dziesięć zakończyła w pierwszej dziesiątce, co uznać należy za bardzo dobry wynik. Jednakże apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po czwartej lokacie w zawodach bezpośrednio poprzedzających imprezę mistrzowską sama zawodniczka oraz wielu kibiców oczekiwało, że w Anterselvie nadejdzie moment, w którym Hojnisz-Staręga uplasuje się w pierwszej trójce. Do medalu dwukrotnie zabrakło bardzo niewiele… dokładnie jednego strzału. Najpierw w biegu indywidualnym w ostatnim strzelaniu urodzona w Chorzowie zawodniczka oddała dwa niecelne strzały, następnie zaś w starcie masowym podczas ostatniej wizyty na strzelnicy jeden strzał nie trafił w tarczę, przy czym należy tutaj dodać, iż Polka wcześniej również chybiła jednokrotnie. Niemniej, gdyby nie ten jeden strzał…

Pierwsza taka sytuacja od osiemnastu lat

Zakończona właśnie czterdziesta trzecia odsłona zmagań w biathlonowym Pucharze Świata „padła łupem” Dorothei Wierer, która do ostatniego dnia rywalizacji toczyła zażartą walkę o końcowy tryumf ze wspominaną już kilkukrotnie Tiril Eckhoff. Czy wywalczenie Kryształowej Kuli przez dwukrotną złotą medalistkę mistrzostw świata, które w minionym sezonie odbyły się w Anterselvie, można traktować w kategorii „zaskoczeń” czy „niespodzianek”? Odpowiedź zdaje się sama nasuwać. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę fakt, iż Włoszka dokonała tego drugi raz z rzędu, sukces ten urasta do nieco (a nawet znacznie) większych rozmiarów – tym bardziej, iż ostatnią zawodniczką, która rok po roku tryumfowała w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata była Magdalena Forsberg. Szwedka w sezonach 1996/1997 – 2001/2002 aż sześć razy z rzędu była najlepszą biathlonistką pucharowych zmagań. Kryształowej Kuli nie zdołały obronić między innymi: Kati Wilhelm, Andrea Henkel, Magdalena Neuner, Tora Berger, Darja Domraczewa czy Kaisa Mäkäräinen. Zatem sukces Dorothei Wierer należy traktować jako swoiste zaskoczenie. Jej osiągnięcie – patrząc na kontekst historyczny kobiecego biathlonu – jest bezprecedensowe. Potwierdza ono tym samym, jak równą i wszechstronną zawodniczką jest Włoszka. Wracając jednak do Mäkäräinen…

Fiński koniec

Wspomniana już Finka w trakcie swojej kariery trzykrotnie sięgała po Kryształową Kulę w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biathlonie. Miało to miejsce w sezonach 2010/2011, 2013/2014 oraz 2017/2018. W swoim dorobku ma ona także sześć małych Kryształowych Kul za zwycięstwa w klasyfikacjach poszczególnych biathlonowych konkurencji. Wielokrotnie stawała ona również na drugim oraz trzecim miejscu określonych klasyfikacji. O sukcesach Mäkäräinen w dwuboju zimowym można by napisać książkę, a jeśli nie oddzielną pozycję literaturową, to przynajmniej obszerny elaborat… elaborat, którego ostatni fragment właśnie został ukończony. 14 marca 2020 roku Kaisa Mäkäräinen zdecydowała się bowiem ogłosić zakończenie swojej – jakże bogatej – sportowej kariery. Ostatni start sześciokrotnej medalistki mistrzostw świata odbył się w szczególnym dla niej miejscu, a mianowicie na stadionie w Kontiolahti, na którym Finka stawiała pierwsze kroki w jej ukochanej dyscyplinie sportu. Ostatni występ Mäkäräinen był również epilogiem czterdziestej trzeciej odsłony biathlonowego Pucharu Świata, który – z powodu rozprzestrzeniającego się koronawirusa – zakończył się na fińskich (a nie włoskich) trasach tydzień wcześniej niż pierwotnie zakładano.

Źródło: informacja własna

%d bloggers like this: