Przeżyjmy to jeszcze raz, czyli wspomnienie złotego medalu Justyny Kowalczyk z Soczi

fot: sport.pl, Matthias Schrader
fot: sport.pl, Matthias Schrader

Dokładnie trzy lata temu Justyna Kowalczyk zdobyła złoty medal i tytuł mistrzyni olimpijskiej na dystansie 10 kilometrów stylem klasycznym w Soczi. Polka dostarczyła niesamowitych emocji i po raz kolejny udowodniła, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

Był słoneczny czwartek, 13 lutego. Dla kibiców biegów narciarskich i samej Justyny Kowalczyk miał to być dzień szczególnym bowiem wtedy zaplanowano na igrzyskach olimpijskich w Soczi bieg na 10 kilometrów stylem klasycznym. Polka wiele razy podkreślała w wywiadach, że będzie to dla niej jeden z najważniejszych starów nie tylko w sezonie 2013/2014, ale także w całej sportowej karierze…

Okoliczności wywalczenia medalu przez Polkę mogłyby śmiało posłużyć jako scenariusz filmowy. Justyna Kowalczyk w pierwszych zawodach sezonu imponowała wysoką formą, zwłaszcza w styl klasycznym. Na inaugurację w Kuusamo wygrała sprint i bieg na 5 kilometrów tą techniką. Tydzień później biegaczka z Kasiny Wielkiej triumfowała na norweskiej ziemi w Lillehammer, co zostało nazwane zwycięstwem w jaskini lwa. Kowalczyk wygrała jeszcze sprint stylem klasycznym w Asiago, by następnie odpuścić Tour de Ski w proteście przeciwko zmianom programowym (przewaga stylu dowolnego w proporcjach 5:2). Wiele osób zastanawiało się jak ta decyzja wpłynie na formę polskiej biegaczki. Polka od kilku lat z powodzeniem startowała bowiem w tym prestiżowym cyklu i to właśnie dzięki kolejnym występom budowała wysoką formę.

Justyna Kowalczyk powróciła do rywalizacji w Szklarskiej Porębie, dokładnie w dzień swoich urodzin. Reprezentantka Polski odniosła co prawda przekonujące zwycięstwo, ale uważano, że nie był to prawdziwy test, bowiem na starcie zabrakło niemal całej światowej czołówki z Norweżkami na czele. Ten prawdziwy test miał dopiero nadejść w Toblach na tydzień przed igrzyskami olimpijskimi.
Kilka dni przed zawodami we Włoszech, które były próbą generalną przed imprezą w Soczi, Kowalczyk opublikowała zdjęcie swojej spuchniętej stopy, wywołując tym samym lawinę spekulacji. Do ostatniej chwili nie było pewności czy biegaczka zdecyduje się na start w Toblach. Ostatecznie podopieczna Aleksandra Wierietielnego przebiegła “dziesiątkę klasykiem” i zajęła piąte miejsce. Dla zawodniczek występ na Półwyspie Apenińskim był ostatnim startem przed imprezą czterolecia, która rozpoczęła się 8 lutego.

Najważniejszym startem na igrzyskach olimpijskich w Soczi miał być dla Justyny Kowalczyk bieg na 10 kilometrów stylem klasycznym, ale duże nadzieje wiązano także z biegiem łączonym, który otwierał całą rywalizację w Rosji. Polka broniła na tym dystansie brązowego medalu wywalczonego w Vancouver, ale tym razem nie była w gronie murowanych kandydatek do miejsca na podium, jak miało to miejsce na poprzednich imprezach mistrzowskich. Kowalczyk miała jednak nadzieję na to, że będzie w stanie powalczyć. – W swoim życiu sportowym miałam osiem biegów indywidualnych na igrzyskach olimpijskich. Nie zawsze była to walka o medale, ale nikt nie może powiedzieć, że nie dałam z siebie stu procent. Mam wielką nadzieję na to, że będę walczyć na tym biegu tak samo, jak na każdym innym olimpijskim – mówiła w rozmowie z Eurosport.onet.pl

Podopieczna Aleksandra Wierietielnego już tradycyjnie była mocna w stylu klasycznym, cały czas utrzymując się w czołówce, ale nie wyrywając się do przodu. Jak sama później przyznała w jednym z wywiadów dla Przeglądu Sportowego “nie miała w planach, aby ten bieg prowadzić”. Polka do strefy zmian dotarła na szóstej pozycji, ale jej strata do prowadzących była minimalna. Decydujący dla losów rywalizacji okazał się moment zmiany nart. Polka zahaczyła o nartę Saarinen i upadła, tracąc przy tym cenne sekundy i kontakt z innymi biegaczkami. Ostatecznie Kowalczyk dobiegłą do mety na szóstej pozycji, którą w kraju uznano, nie wiedzieć czemu, za… porażkę. Multimedalistka mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich dzień po biegu poddała się badaniom i prześwietliła kontuzjowaną stopę. Wynik – złamanie kości śródstopia. – Jestem na igrzyskach olimpijskich. Dobrze wiedziałam, że z moją nogą jest bardzo źle, podjęłam walkę z wielkim bólem, trenowałam przez trzy tygodnie, startowałam w Toblach bez żadnej tabletki przeciwbólowej. Podjęłam walkę i mam to gdzieś, co kto będzie mówił. Jestem na igrzyskach, a stan mojej stopy jest wyłącznie moim problemem – mówiła Kowalczyk cytowana przez interia.pl.

Po niemal tygodniu nerwowych oczekiwań nadszedł dzień biegu na 10 kilometrów stylem klasycznym, czyli 13 lutego. W Soczi od samego rana pogoda rozpieszczała kibiców, ale dla zawodniczek była to droga przez mękę. Słońce stopniowo zaczynało niszczyć wcześniej przygotowane tory, a smarowanie stało się prawdziwym kluczem do sukcesu. Sam start zaplanowano punktualnie na godzinę 14:00 czasu lokalnego (11:00 w Polsce). Jako pierwsza na trasę wyruszyła Chinka Li Hongxue, ale na prawdziwe emocje przyszło kibicom jeszcze poczekać. Faworytki ulokowano mniej więcej w połowie stawki (numery 40-46). Tę grupę otwierała Charlotte Kalla, a zamykała Therese Johaug. Justyna Kowalczyk znalazła się idealnie w środku i można powiedzieć, że był to “złoty środek”. Polka mogła kontrolować poczynania Szwedki i jednocześnie ustalać wysokie tempo, aby postawić pod ścianą Norweżki.

Kowalczyk wystartowała o godzinie 11:21 i od razu narzuciła wysokie tempo. Na punkcie pomiaru po 2,2 kilometra przewaga naszej biegaczki wynosiła co prawda niespełna dwie sekundy, ale na półmetku wzrosła już do 10. Polka pokonywała kolejne metry trasy na Krasnej Polanie jak dobrze naoliwiona maszyna, ale w głowach, chociaż przez chwilę, mogła się pojawić myśl, że znowu czegoś zabraknie do świętowania sukcesu. Tak było choćby w Oslo, gdzie Marit Bjoergen dosłownie na ostatnich metrach wydarła naszej rodaczce złoto. Jednak tym razem  nie było powtórki z Norwegii. Polska królowa zimy przecięła linię mety z czasem 28:17,8 min i mogła tylko czekać na to, co zrobią rywalki. Teraz to Justyna Kowalczyk obserwowała finisz swoich konkurentek i mogła to robić ze spokojem, bowiem wykonała plan, który założyła sobie przed biegiem. Po kilku minutach od zakończenia swojego występu po policzkach naszej biegaczki popłynęły łzy. Były to zapewne łzy radości, ale jednocześnie ulgi i bólu. Bólu, który Justyna Kowalczyk musiała znieść, aby osiągnąć tak ogromny sukces.

https://www.youtube.com/watch?v=fQxtvRfmtzI

Polka kilka minut po triumfie udzieliła emocjonalnego wywiadu, który chyba na wiele lat przejdzie do historii. – Nie kalkulowałam, stwierdziłam, że albo wygram, albo zdechnę. Jakby tam było 100 metrów więcej, to bym tam usiadła. Nie wiem, czy to było widać – mówiła mistrzyni olimpijska – Moje narty były fantastyczne, dziękuję trenerom, serwismenom i całemu zespołowi. Cieszę się, że tak wyszło – powiedziała w rozmowie z TVP.

Dziś mijają dokładnie trzy lata od tamtych wydarzeń. Za rok w Pjongczang kolejna okazja na to, aby zdobyć medal igrzysk olimpijskich (czwartych z rzędu) i piękną klamrą spiąć niemal połowę życia spędzonego na nartach i “na walizkach”. Wcześniej przyjdzie jednak czas na mistrzostwa świata w Lahti i bieg na dystansie 10 kilometrów stylem klasycznym…

https://www.youtube.com/watch?v=eQqw_nysM6U

Źródło: inf. własna, sport.pl, Przegląd Sportowy, interia.pl, TVP, Youtube

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.