Polskie historie z Planicy. Jak Stoch zmienił Małysza, czyli 10 lat od ostatniego konkursu Orła z Wisły

– To były moje ostatnie mistrzostwa świata – te słowa wypowiedziane przez Adama Małysza 3 marca 2011 roku w Oslo pamiętają zapewne wszyscy polscy kibice. 17 dni później wielki mistrz pożegnał się z nami jednym z najpiękniejszych i najbardziej symbolicznych konkursów. Nie w historii polskich skoków, ale w historii całego polskiego sportu. Przypomnijmy sobie, co wydarzyło się 20 marca 2011 na Letalnicy w Planicy.

Po mistrzostwach świata w Oslo, na których Małysz zdobył brązowy medal, skoczkom narciarskim pozostały do końca sezonu jeszcze tylko 2 weekendy Pucharu Świata. W ich ramach miały się odbyć 3 konkursy indywidualne i 2 drużynowe. O zaciętej walce o kryształową kule nie mogło być mowy. Thomas Morgenstern zwycięstwo w klasyfikacji generalnej PŚ zapewnił sobie bowiem jeszcze w lutym, po konkursie lotów na nowej największej skoczni świata w Vikersund. Nie oznacza to, że skoczkowie nie mieli już o co walczyć. Wciąż nierozstrzygnięta pozostawała kwestia, kto stanie na najniższym stopniu podium końcowej klasyfikacji sezonu. Przed 2 ostatnimi weekendami Adam Małysz zajmował w niej 3 miejsce, ale tylko 29 punktów tracił do niego Andreas Kofler. Wszyscy wierzyliśmy, że Orzeł z Wisły jest w stanie utrzymać swoją pozycję i w pięknym stylu pożegnać się ze skokami.

Zanim skoczkowie przybyli do Planicy, czekały na nich zawody w fińskim Lahti. Najpierw konkurs drużynowy i wielka radość Polaków. Zajęliśmy 3 miejsce, a to były jeszcze te czasy, gdy każde podium drużyny było dla nas dużą niespodzianką i sukcesem. Dla samego Adama było to 4 i ostanie w karierze podium wywalczone razem z kolegami z zespołu. Jednym z tych kolegów był Tomasz Byrt, który dzięki temu może chwalić się dzisiaj, że stał na podium zawodów PŚ. Podium, na które zostaliśmy wciągnięci dwoma świetnymi skokami Małysza. Gdyby to był konkurs indywidualny, Adam wygrałby z dużą przewagą. Następny dzień nie był jednak tak udany dla naszego Orła. Ostatecznie Adam wyjechał z Lahti z 3 miejscem drużyny i 15 pozycją w konkursie indywidualnym, co kosztowało go utratę miejsca na podium w klasyfikacji generalnej. Pozostała Planica.

Weekend w Słowenii tradycyjnie kończył sezon PŚ. Na skoczków czekały 2 konkursy indywidualne i sobotnia drużynówka. W pierwszych zawodach, w piątek, Małysz zajął 8 miejsce, jedno niżej od Kamila Stocha. 23-latek z Zębu przyjechał do Planicy jako 10 skoczek klasyfikacji generalnej, a przede wszystkim jako człowiek, w którym kibice upatrywali następcy swego idola z Wisły. W sobotę, w konkursie drużynowym, Polacy zajęli 4 miejsce. To była częsta sytuacja w ostatnim sezonie Adama. Polska drużyna była silniejsza niż w poprzednich latach, ale nadal czegoś brakowało, by regularnie stawać na podium. Nikt jednak specjalnie się wówczas o to nie troszczył. Wszyscy myśleli już o niedzieli, która miała być wyjątkowo smutną niedzielą. Nasz wielki mistrz żegnał się ze skokami.

20 marca 2011 roku w Planicy był wyjątkowo wietrznym dniem. Seria próbna nie została dokończona i każdy zastanawiał się, czy zawody dojdą do skutku. Na trybunach panowała atmosfera wielkiego święta, która udzieliła się również samym skoczkom. Zawodnicy uczcili Adama, zapuszczając wąsy. Jeśli ktoś nie zdążył, to doklejał sobie sztuczne, kupione na jakimś bazarze. Tak, sprzedawano sztuczne wąsy, a wszystko po to, by tym sposobem uczcić naszego mistrza. Do doliny położonej niedaleko granicy z Włochami zjechały się tłumy polskich kibiców. Czyżby mieli nie zobaczyć ani jednego konkursowego skoku? Atmosfera była napięta. Każdy z nas odczuwał dziwny niepokój. Od 10 lat synonimem skoków narciarskich był Małysz. Nie oglądaliśmy skoków, ale oglądaliśmy Małysza. I nagle nadszedł dzień, gdy to wszystko miało się skończyć. W tej sytuacji niewiele osób zwracało uwagę na sportowy aspekt konkursu, a ten był naprawdę istotny. Przed niedzielnymi zawodami Adam zajmował 4 pozycję w klasyfikacji generalnej, tracąc do Koflera 27 punktów. Trudno jednak myśleć o odrabianiu strat, gdy nie wiadomo w ogóle, czy rywalizacja dojdzie do skutku.

Tak, czy inaczej, konkurs ruszył. Mimo, że z racji finału sezonu brało w nim udział zaledwie 30 skoczków, rywalizacja szła jak po grudzie. Skoczkowie co chwilę schodzili z belki, a wszystko niemiłosiernie się przeciągało. Nie ma co ukrywać, to była totalna loteria. Kto miał szczęście, ten odleciał, inni przepadali na buli. W tej sytuacji trudno było analizować sportowe szanse, wszyscy czekali tylko, by Adam bezpiecznie wylądował, żegnając się z kibicami. Nagle jednak dostaliśmy skok, który znacznie nas ożywił. Kamil Stoch osiągnął 215,5 metra i wyprzedził prowadzącego dotąd z dużą przewagą Roberta Kranjca ze Słowenii. Do końca pozostało 9 zawodników. Niektórzy z nich na oddanie skoku czekali wiele minut, w trakcie których po kilka razy wchodzili i schodzili z belki. Nikt jednak nie zbliżył się do Kamila. Nasze nastroje był coraz lepsze. W końcu nadszedł ten moment, którego się tak obawialiśmy. Sygnał do startu dawali Adamowi Robert Mateja i Maciej Maciusiak, wspólnie trzymając w rękach góralską ciupagę z biało-czerwoną flagą. Hannu Lepistoe, ze względu na poważne problemy ze zdrowiem, nie mógł pojawić się w Planicy. Małysz nie zapomniał jednak o swoim trenerze i napisał mu podziękowania na nartach. Narty, które miał wówczas Adam, to temat na oddzielną historię. Założył je po raz pierwszy na ten ostatni skok, co było sporym szaleństwem, a na ich odwrocie napisane były dedykowane słowa podziękowania i pożegnania. Maciusiak z Mateją dali sygnał do startu i Adam ruszył, by oddać, jak się okazało, jeden ze swoich najbardziej pamiętnych skoków. 216 metrów pozwoliło mu zająć 3 miejsce, ale nie to było najważniejsze. Na dole czekała na niego cała polska drużyna, a w nas radość z udanego skoku mieszała się ze smutkiem, że to już koniec. Do końca pozostało 3 skoczków. Żaden z nich nie zbliżył się nawet do Polaków. Kamil pierwszy, Adam trzeci, czy właśnie tak miało się to zakończyć?

Chwilę musieliśmy poczekać na ostateczną decyzję, ale w końcu zapadła. Druga seria odwołana, a zatem mamy w Planicy jeden z najlepszych konkursów polskich skoków w historii. Adam Małysz na pożegnanie z karierą zajął 3 miejsce, a wygrał, szykowany na następcę Orła z Wisły, Kamil Stoch. Było to wówczas dopiero drugie w historii PŚ podwójne podium biało-czerwonych. Od pierwszego, w Zakopanem w 1980 roku, minęło 31 lat. To jednak nie koniec wspaniałych informacji. Adam Małysz wyprzedził Andreasa Koflera i w końcowej klasyfikacji sezonu zajął 3 miejsce. Jakby tego było mało, stało się coś, czego prawie nikt się nie spodziewał. Reprezentacja Polski rzutem na taśmę wyprzedziła Niemców, wskakując tym samym na podium klasyfikacji Pucharu Narodów. Pożegnanie Adama w wielkim stylu, zwycięstwo Kamila, największy w historii sukces drużyny. 20 marca 2011 to z pewnością jeden z najbardziej magicznych i wzruszających dni w historii polskiego sportu. Niesamowity przebieg miała także ceremonia dekoracji. Kolejni rywale oddawali hołd Małyszowi, a następca mistrza, Kamil Stoch, zatańczył przed nim specjalny taniec. Całość świątecznej atmosfery dopełniały góralskie stroje naszych zawodników. Kiedy już wszystko ucichło, Adam przed kamerami telewizyjnymi wspominał najpiękniejsze momenty swojej kariery. Dzień wielkiej loterii na skoczni, który dla nas stał się jednym z najważniejszych dni, jakie przeżyliśmy na sportowych arenach. Gdyby taki konkurs wydarzył się w jakiś zimny wieczór w Niżnym Tagile, bądź Lahti, pewnie chcielibyśmy jak najszybciej o nim zapomnieć. 20 marca 2011 wszystko jednak zagrało idealnie. Planica, słońce grzejące z nieba, morze biało-czerwonych flag, koniec kariery Adama, zwycięstwo Kamila, pożegnanie Adama. Niewyobrażalna mieszanka różnych nastrojów i emocji. Nie było i nie będzie już takiego dnia.

Źródło: informacja własna