Palcem po mapie: Tymczasem wysiadam…

Piotr Żyła
fot. Aneta Gąska

Siedzę w autobusie przyklejony głową do szyby i myślę… Rzadko kiedy wracam z uśmiechem na twarzy, bo zwykle w uszach słyszę “żal odjeżdżać”. Kiedy kończy się jednak sezon letni maluje się radość, ponieważ zbliża się coś najważniejszego. Choćby nie wiem jakie obsady były w konkursach Letniej Grand Prix, to i tak nic nie przebije zimy. Skoki narciarskie to sport zimowy i nie da się tego podważyć ani zmienić. Dziś lato traktuję, jako słodycz dla kibica. Też trzeba przyznać, że najbardziej zapalonym fanom tej dyscypliny ciężko byłoby wytrzymać blisko 8 miesięcy bez rywalizacji najlepszych skoczków na świecie. Szkoda jednak, że z sezonu na sezon LGP zaczyna wymierać…

Wisła trzyma fason

Skocznia narciarska im. Adama Małysza w Wiśle-Malince
fot. Anna Felska

Mój sezon letni w skokach narciarskich rozpoczął się podczas Mistrzostw Polski w Wiśle. Tak owocnie w “zielonym sezonie” jeszcze nie uczestniczyłem. W planach już od stycznia był wyjazd na LGP, natomiast o MP jeszcze nie myślałem. Gdyby całe Grand Prix było z taką oprawą, obsadą i atmosferą jak u nas w Polsce, to można byłoby określić, że poziom tych zawodów jest bardzo wysoki. Wisła kojarzy mi się z przepiękną rywalizacją najlepszych skoczków na świecie. Kolejną wygraną drużynową dla naszych orłów i drugie miejsce Piotrka Żyły. Niestety były także wady tamtego weekendu… testowanie nowego systemu. Wisła bardzo na tym ucierpiała, bo z ogromnym trudem oglądało się te zawody. Powolny przepływ informacji powodował, że zaczęliśmy się tam gubić. Okradli nas trochę z największych emocji i orientacji w konkursie. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że późniejsze rywalizacje były już coraz bardziej dziwne. W Einsiedeln triumfował Gregor Schlierenzauer, który tym razem znowu miał przebłysk, jak z najlepszych chwil w jego karierze. Człowiek zaczyna przypominać sobie, że on wciąż jest młodym wilkiem głodnym sukcesów. Wyciągam wnioski, że zima może ponownie być dla niego wyjątkowa. Mam nadzieję, na wielką rywalizację. Być może z Piotrem Żyłą… ten to miał czas. Wicemistrzostwo kraju, zwycięstwo z drużyną, drugie miejsca w LGP, pierwsze i drugie miejsce w Pucharze Kontynentalnym, aż w końcu złoto Mistrzostw Polski na normalnej skoczni. Stabilizacja to coś, czego z pewnością Piotrkowi brakowało. Możemy teraz tylko ściskać kciuki, aby przeniosło się to na zimę. Trzeba jednak odciążyć dwukrotnego Mistrza Olimpijskiego.

Sjoeen na liście odkryć…

Ktoś powiedział, że Kamil z roku rok robi postępy latem. Z tym się nie zgadzam, bo na pewno wyniki w tym roku tego nie pokazują. Należy jednak powiedzieć, że jest jednym z tych skoczków, przy którym jakieś porażki w Letnim Grand Prix nie mają żadnego większego znaczenia. Śmiem twierdzić, że zejście z tronu latem to tylko dobry znak. To najlepszy okres, aby pokazali się nowi skoczkowie. Najlepsi zimą usuwają się w cień i wtedy mamy całą paletę barw. Z roku na rok w głowach kłębią się nazwiska skoczków, którzy mogą nareszcie pokazać swój talent. Phillip Sjoeen tym razem był zdecydowanie największa gwiazdą lata. Jako jedyny wygrał dwa konkursy i to z rzędu. Pojawił się trochę znikąd i zupełnie to nie pasuje do Norwegii. Rzadko kiedy mają tak młodą gwiazdę, a przecież i Daniel Andre-Tande pozytywnie nas zaskoczył. Szkoda, że Phillip nie mógł przyjechać na zakończenie do Klingenthal, bo w efekcie mamy nieco przypadkowego zwycięzcę. Nie chcę napisać, że Jernej był cieniutki. Natomiast Sjoeen był najlepszy. I tak w mojej głowie właśnie on był zwycięzcą. Podobnie jak jego kraj, który zaskakująco wygrał Puchar Narodów. Norwegia ostatni raz w tej klasyfikacji triumfowała 5 lat temu. Zimą (2009/2010) nie odnosili jednak spektakularnych sukcesów, bo wówczas Austria była po prostu poza zasięgiem wszystkich.

Jakub Wolny nadzieją…

Jakub Wolny
fot. Aneta Gąska

Mam takie odczucie, że zimowy sukces Jakuba Wolnego tylko mu pomógł w rozwoju kariery. Zauważyłem jego świetne skoki już podczas Mistrzostw Polski w Wiśle. Brązowy medal był tak na prawdę tylko zalążkiem tego, co nasz skoczek miał pokazać tego lata. W Pucharze Kontynentalnym na samym początku rządzili nie tylko Słoweńcy, ale przede wszystkim rodzeństwo PREVC. Jak tu się wmieszać to towarzystwo. Spróbował nasz Żyła i zwyciężył raz. Na seryjną obronę honoru Polski musieliśmy poczekać do września. Wolny odpalił jak z rakiety i wygrał trzy konkursy z rzędu. Byłyby cztery, gdyby nie dyskwalifikacja w pierwszym konkursie w Klingenthal. Na szczęście nazajutrz wszystko sobie odbił, pokonując nawet Petera Prevca. Tydzień później w Stams wygrał oba konkursy i wysunął się na pozycję lidera w klasyfikacji generalnej (właściwie zapewnił sobie triumf w LPK). W Trondheim nie skakał, ale pojechał do Hinzenbach. Skakał tam również świetnie, ale w Klingenthal czekał już na niego pech. O kontuzji wolę nie pisać, bo mam nadzieję, że szybko ją zażegna. Musimy wierzyć, bo taki talent jest naszym skokom potrzebny. Szkoda takiego zakończenia, bo pokazywał się jak sportowy kozak…

Tymczasem wysiadam i odliczam już tylko dni do rozpoczęcia sezonu 2014/2015, w którym ponownie wyruszymy w podróż palcem po mapie. Kamil będzie bronił Kryształowej Kuli i złotego medalu na dużej skoczni w Falun. Po drodze będzie Turniej Czterech Skoczni, gdzie chciałbym wreszcie przełamania Polski. Stać nas na dużo większe sukcesy w tej imprezie i mam nadzieję, że tym razem się uda. Jeśli chodzi o drużynę, to czas przestać chwalić i po prostu zacząć zdobywać. Brązowy medal z Val di fiemme sam się nie obroni. Wierzę w nich, bo są wyjątkowo zdolni. Do zobaczenia w listopadzie…

 

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.