Palcem po mapie: Przestój w krainie Świętego Mikołaja

fot. berkutschi.com
fot. berkutschi.com

W ostatni weekend byliśmy świadkami drugiego z kolei “dwuboju” skoków narciarskich w fińskim Kuusamo. Zadaję sobie ciągle jedno pytanie: dlaczego “to”- bo nie nazwę tego skokami – wyglądało tak jak tydzień temu? Po obserwacjach męczarni naszych reprezentantów na skoczni Rukatunturi zastanawiam się, czy oni pierwszy raz startują w konkursie tej rangi?

            Zacznijmy od początku. Czwartkowe kwalifikacje okazały się jedną wielką porażką (ponowną). Po za Piotrkiem, który jako obecny lider drużyny, w miarę przyzwoitości punktuje, to reszta kiwając z bezradności głowami oddaje “swoje punkty” walkowerem. Zastanawiająca natomiast jest wyśmienita forma Finów.  Przez myśl przeszło mi nawet, że sztab szkoleniowy Finlandii, podpatrując z zazdrością naszych, postanowił ich zaczarować i przekazać nadprzyrodzonymi siłami formę swoim podopiecznym. Przecież czemu ma nam iść dobrze, a oni ciągle mają być w tyle? Śmiechem, żartem- dla mnie tak to wygląda. Zdaję sobie jednak sprawę, że skakali u siebie- na skoczni, która jest przez nich doskonale znana. Ale dodać również powinnam, że w inauguracyjnym konkursie drużynowym to właśnie Finlandia zajęła czwarte, najgorsze dla zawodników miejsce. Jak sięgam pamięcią, w zeszłym sezonie to my walczyliśmy o te wysokie lokaty w drużynie, a Finlandia znajdowała się na pozycjach nie pozwalających startować w rundzie finałowej.

podium sobota kuusamo berkutschi
fot. berkutchi.com

            Przejdźmy do konkursu piątkowego. Eh… i co ja mam tu powiedzieć? Po tym, co zobaczyłam zabrakło mi słów… Po pierwszym trudzie, jakim okazały się czwartkowe kwalifikacje została nas raptem garstka. To co stało się po pierwszej serii rozłożyło mnie na łopatki. W życiu nie przypuszczałabym, że będę skakała z radości tylko dlatego, że jeden z naszych “cudownych” reprezentantów zdobył punkty. Nie zdziwiłoby nikogo, gdybym radowała się z miejsca na podium. Nie. To tylko 17. miejsce, a ja czułam się jakby Piotrek stanął po raz drugi razem z Gregorem Schlierenzauerem na pierwszym stopniu podium, jak w Oslo na Holmenkollen. No tak. Musiałam sobie czymś poprawić humor- jeśli mówię o naszej reprezentacji. Dużo większą radość sprawiła mi jednak rywalizacja japońsko-szwajcarska. Podium konkursu było imponujące i nigdy nie przypuszczałabym, że dnia następnego będzie jeszcze ciekawiej. Dawno, a może nawet nigdy, nie zdarzyło się na zawodach PŚ, by dwóch tak bardzo sympatycznych i utytułowanych zawodników kraju kwitnącej wiśni stanęło na jednym podium konkursu. A gdyby tego było jeszcze mało, do Daiki Ito i Noriakiego Kasai dołączył nikt inny, jak 4-krotny złoty medalista igrzysk olimpijskich. Ten cudowny obrazek podium śnił mi się całą noc.

pierwsze miejsce kuusamo berkutschi
fot. berkutschi.com

            Na koniec sobota. Dzień kwalifikacji i kolejnego konkursu indywidualnego. Pierwsze zmagania nie skończyły się tak tragicznie, jak czwartkowe. Jedynie Janek Ziobro nie przeszedł próby kwalifikacyjnej. Reszta zawodników z większym lub mniejszym “bólem” przebrnęła do kolejnego etapu. To co działo się już podczas pierwszej serii było kolejną majestatyczną porażką. Największe problemy w locie i najkrótszy skok oddał Stefan Hula. Dobrze – jemu wybaczę – reszcie natomiast nie! Gdzie podziały się te piękne skoki, gdzie zawodnik leci jak kamień, nawet nie drgnie i ląduje daleko za czerwoną linią, oznaczającą punkt konstrukcyjny? Aż cisną się na usta słowa kultowej piosenki Danuty Rin: GDZIE TE CHŁOPY?! Myślę, że nie trzeba się tutaj rozdrabniać i psuć sobie nerwów. Nie dziś, to za tydzień będzie lepiej! Prawda? Niech ktoś z pełną odpowiedzialnością swoich słów, poklepie mnie po ramieniu i powie: Gorzej już być nie może, dlatego nie martw się, teraz będzie już tylko lepiej. A ty będziesz czerpała pełnię radości z każdego skoku biało- czerwonego. Tego mi brakuje, bo daje mi to powera na cały kolejny tydzień. Tym razem nie było już tak różowo, jak dnia poprzedniego, wiatr rozdawał karty. Przekonać się o tym mogliśmy po groźnie wyglądającym upadku młodego Andreasa Wellingera, który niestety został wyprowadzony przez służby medyczne. Dla rywali to jeden przeciwnik mniej, ja jednak z całego serca życzę mu by jak najszybciej pojawił się na skoczni i sprawiał, by na każdym z konkursów przysparzał nam dreszczyk emocji. Jakież było moje wielkie zaskoczenie i radość gdy komentator potwierdził informację: Tak, dwóch weteranów na pierwszym miejscu, ex aequo! Ach, gdy widzę te dwie wiecznie uśmiechnięte buzie w kaskach przywraca mi to wiarę w to, że skoki są wspaniałe pod każdym względem. Nie zależnie od tego czy nasi skaczą bardzo dobrze, przeciętnie czy zdecydowanie poniżej oczekiwań. Bo kibicem jest się zawsze, na dobre i na złe. Ja należę do takich, którzy nie oglądają skoków tylko ze względu na naszych reprezentantów. Uwielbiam to, co oni robią w powietrzu, a to czy jest to Polak, Szwajcar, Japończyk czy Austriak, jest to bez znaczenia.

            Podsumowując, konkursy w Kuusamo były fajne i ekscytujące, ale dla kibiców, którzy oglądają skoki w podobny sposób do mnie – dopingują wszystkim. Był to weekend, którym rządziła, bez dwóch zdań, Japonia i Szwajcaria. Podobało mi się to, że był to jeden z historycznych konkursów. Suma wieku obu zwycięzców sobotniego konkursów była imponująco wysoka – aż 75 lat! Od dawna nie piszę już listów do  Świętego Mikołaja, ale po tym jak kilkakrotnie widziałam go w telewizji podczas relacji zawodów myślę, że podeszłabym do niego i poprosiłabym o 3 rzeczy:  odzyskanie formy naszych reprezentantów, dużą wiarę dla siebie, by konkursy odbywały się z biało – czerwonymi oraz o szybki powrót Kamila do drużyny. Jeśli Mikołaj by się ociągał z realizacją moich życzeń, to sprawię sobie złotą rybkę- bo podobno też spełnia życzenia, a ja miałabym większe prawdopodobieństwo ich spełnienia. Dołączylibyście się do moich mikołajkowych marzeń?

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.