Od Wisły do Planicy – czyli o zakończonym sezonie kilka słów

To już tydzień odkąd sezon Pucharu Świata w skokach jest zakończony. Dopiero co z niecierpliwością odliczaliśmy dni do inauguracji w Wiśle, a tu nim się obejrzeliśmy pożegnanie w Planicy stało się faktem. Teraz, gdy emocje zdążyły już opaść, można pokusić się o podsumowanie w kilku słowach zeszłego sezonu oraz zmian jakie w nim wprowadzono.

Coś co elektryzowało wszystkich polskich fanów przed sezonem, to wspomniana wcześniej historyczna inauguracja w Wiśle. Dlaczego historyczna? Dlatego, że po raz pierwszy rozpoczęcie PŚ przypadło naszemu krajowi. Ten pierwszy weekend ze skokami, może poza problemowym dla zawodników fragmentem skoczni w strefie lądowania, wydał się być udanym. Warunki sprzyjały przeprowadzeniu sprawiedliwych zawodów, zeskok pomimo dodatnich temperatur był całkowicie ośnieżony, a o znakomitą atmosferę zadbali niezawodni polscy kibice. Dlatego też Wisła jest uwzględniona we wstępnym kalendarzu na przyszły sezon również jako pierwszy przystanek PŚ i możemy się spodziewać, że tak zostanie.

Sezon 2017/18 to, ku naszej uciesze, kompletna dominacja Kamila Stocha. Dla skoczka z Zębu jest to bez cienia wątpliwości najlepszy sezon w karierze. Trofea, które zdobył budzą podziw. Wygrana w Turnieju Czterech Skoczni, w dodatku jako drugi skoczek w historii, który dokonał tego wygrywając wszystkie cztery konkursy wchodzące w skład tego cyklu. Kolejnym był srebrny medal na mistrzostwach świata w lotach w Oberstdorfie. Dalej mamy złoty medal w konkursie na dużej skoczni na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Następnie zwycięstwo w cyklu Raw Air, a to wszystko przypieczętowane Kryształową Kulą dla najlepszego zawodnika w przeciągu całego sezonu PŚ. Nie uwzględniłem tu osiągnięć drużynowych, gdyż reprezentacji poświęcony będzie oddzielny akapit. Oprócz tego Kamil zwyciężył w mniejszych turniejach – Willingen Five oraz Planica 7, o których jednak wspomnę później.

Do tej pory myśląc o całkowitej dominacji polskiego skoczka, przychodził nam na myśl sezon 2000/01 w wykonaniu Adama Małysza. Po ubiegłym sezonie mamy jednak drugi przykład takowej dominacji. Która jednak była bardziej okazała? Sięgnijmy do statystyk. Adam na 21 rozegranych konkursów zdobył łącznie 1531 punktów, stając przy tym 11 razy na najwyższym stopniu podium. Kamil w 22 konkursach uzyskał 1443 pkt, gdzie wygrał w 9.  Z drugiej strony skoczek z Zębu wygrał Kryształową Kulę z przewagą 373 pkt nad drugim zawodnikiem, podczas gdy Małysz z 358 pkt. Jeśli chodzi o wygrane trofea, to wygląda to podobnie. Oprócz zwycięstwa w całym cyklu PŚ, obydwaj panowie wygrali TCS, zdobyli drugie miejsce w walce o małą Kryształową Kulę za loty narciarskie, wygrali turniej w Norwegii kiedyś znany pod nazwą Turniej Nordycki, dziś trochę zmodyfikowany i przekształcony w Raw Air. Sezony, w których dominowali miały jednak inne imprezy główne. 17 lat temu były to mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Lahti, a w ubiegłym sezonie igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Zarówno Adam, jak i Kamil przywieźli do Polski po złotym medalu, choć ten pierwszy zdobył też srebro. Widzimy zatem, że dominacja Małysza w sezonie 2000/01 oraz Stocha w 2017/18 były na podobnym poziomie, jednak liczba łącznych punktów, zwycięstw oraz fakt, że Adam tamten sezon skakał na krótszych nartach przez błędną decyzję sędziów, czyni jego triumf bardziej okazałym.

A czy ubiegły sezon jest najlepszym dla polskiej reprezentacji jako drużyny? Ciężko powiedzieć czy najlepszym. Na pewno jednym z najlepszych. Pierwszy w historii drużynowy medal na MŚ w lotach oraz na igrzyskach olimpijskich to przełomowe osiągnięcia. Takim osiągnięciem było też z pewnością zwycięstwo po raz pierwszy na własnej ziemi, a stało się to 27 stycznia tego roku w Zakopanem. Jednak to drużyna Norwegii dominowała od początku do końca. W sezonie 2016/17 Polska zdobyła złoty medal na MŚ w Lahti oraz wygrała cykl Pucharu Narodów, który jest odpowiednikiem Kryształowej Kuli, z tym że w nagrodę za zwycięstwo w rywalizacji drużynowej. Oba te osiągnięcia również były historyczne dla naszej reprezentacji. Sezon ten był jednak jedynym jak dotąd, w którym to Polska rozdawała karty i górowała nad innymi, co czyni go najlepszym w historii dla Biało-Czerwonych pod względem drużynowym.

Najistotniejszą zmianą przed ubiegłym sezonem, były obowiązkowe kwalifikacje również dla czołowej dziesiątki klasyfikacji generalnej PŚ. Wcześniej miała ona zagwarantowane miejsce w konkursie. Decyzja ta nie pociągnęła za sobą większych kontrowersji i przyjęła się, czyniąc sesję kwalifikacyjną odrobinę bardziej emocjonującą.

Większe spekulacje dotyczyły organizowania pomniejszych turniejów na wzór Raw Air, a były to wspomniane wcześniej Willingen Five i Planica 7. Nie wniosły one praktycznie nic nowego, a stanowiły jedynie zsumowanie not z każdego oddanego skoku, wliczając w to konkursy indywidualne, drużynowe i te z kwalifikacji, za co była dodatkowa nagroda pieniężna. Jakkolwiek Raw Air był swoistą innowacją, tak pozostałe dwa cykle wydały się być robione na siłę w celu zwiększenia oglądalności, a co za tym idzie, zainkasowania większych wpływów. Czy to jednak zły zamysł? Co stoi na przeszkodzie tworzenia takich “turniejków”, jeśli przyciągają one uwagę choć trochę większej ilości widzów podczas konkursów i zapełniają chociaż częściowo puste trybuny podczas sesji kwalifikacyjnych? A jeśli dodamy do tego fakt, że zastrzyk gotówki może powodować odrobinę większą motywację u skoczków, przyczyniając się do większego poziomu rywalizacji? Intencja jak najbardziej słuszna, jednak zanim powstaną kolejne tego typu zawody, ich organizatorzy mogliby się chwilę zastanowić, co zrobić by nie były one tak schematyczne, a ciut bardziej urozmaicone. Choć na plus trzeba uznać groteskowość wręczenia roweru jako nagrody dodatkowej w ramach cyklu Planica 7. Dla zdobywcy, w tym przypadku Kamila Stocha, nie jest to kolejny nudny wazon czy puchar, a nagroda w takiej postaci może sprawić, że lepiej ją zapamięta.

Niedawno zakończony sezon może okazać się jeszcze cenniejszy dla polskich skoków. Dlaczego? Oprócz tego, że przyniósł liczne sukcesy, uświadomił on w jak złej sytuacji znajduje się zaplecze polskiej reprezentacji. Podczas mistrzostw polski w Wiśle do pierwszej serii zgłoszonych było zaledwie 35 zawodników, z czego wystartowało 32. Fakt, że nie startowało pięciu skoczków udających się na zawody Pucharu Kontynentalnego w Engelbergu nie usprawiedliwił tak małej liczby startujących. Dla porównania jeszcze przed trzema laty w MP brało udział 61 zawodników. Kolejnym zderzeniem się z rzeczywistością, która przysłaniana była przez sukcesy kadry A, był weekend PŚ w Zakopanem, gdzie Polska miała możliwość wystawienia kwoty krajowej, czyli dodatkowych 6 reprezentantów. Okazało się jednak, że jest problem z tym, żeby do rywalizacji stanęło 12 zawodników, gdyż większość skoczków z kadry B miała nawet problem z punktowaniem w drugiej lidze skoków narciarskich – Pucharze Kontynentalnym. W rezultacie jedno miejsce nie zostało obstawione przez trenera. Te dwie sytuacje uwidoczniły coraz bardziej pogarszający się stan zaplecza polskich skoków. Jednakże nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło. Zaczęto zauważać jakie są realia. Stosunkowo niedawno Ministerstwo Sportu i Turystyki przeznaczyło dotację w wysokości 40 milionów złotych na modernizację kompleksu mniejszych skoczni w Zakopanem, które do tej pory nie nadawały się do użytku. Oby takie decyzje przyczyniły się do tego, że za kilka, kilkanaście lat będziemy dalej cieszyli się sukcesami polskich skoczków.

Autor: Marcin Kaliński

Mateusz Król
Obserwuj

2 thoughts on “Od Wisły do Planicy – czyli o zakończonym sezonie kilka słów

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.