Najgłośniejsze przypadki dopingu w polskim sporcie zimowym

Photo by Elsa/Getty Images

Doping w polskim sporcie jest powszechnie znany i niestety, nierzadko… stosowany. Sportowcy trenują przez niezliczone godziny. Poświęcają swoje życie prywatne, zaniedbują rodziny i wyrzekają się wielu, nawet najmniejszych, przyjemności. To wszystko po to, by osiągnąć sukces w czymś, co kochają – co jest dla nich odskocznią od rzeczywistości, ratunkiem w chwilach załamania. Nie zawsze jednak ciężka praca przynosi oczekiwane efekty. W takich chwilach w głowie sportowca pojawiają się wątpliwości…

Photo by Elsa/Getty Images

Czy naprawdę było warto tak się poświęcać dla pozornych sukcesów? Czy już zawsze będę tym drugim, czwartym, trzydziestym? Każda opcja na zyskanie ułamka sekundy, paru centymetrów czy kilku kilogramów staje się wtenczas niesamowicie pociągająca. Pojawiają się wyniki i… pojawia się także kontrola antydopingowa. Kilka dni zwątpienia przeobraża się w kilka miesięcy, a nawet kilka lat dyskwalifikacji. Nie każda sytuacja wygląda jednak tak samo, niektórzy bowiem padają ofiarą pewnego rodzaju „nieprzyjemności” ze strony innych. To właśnie z tego powodu tak słynny stał się „barszczyk Morawieckiego” – był on początkiem dopingu w polskim sporcie zimowym…

Polski Gretzky – Jarosław Morawiecki…

Calgary. 1988 rok. Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polska trafiła w swej grupie na bardzo silnych przeciwników. Niewielu dawało im jakiekolwiek szanse na walkę z takimi potęgami. Nasza drużyna hokeistów przegrała pierwszy mecz turnieju. Wynik 0-1 z gospodarzem był jednak odebrany całkiem pozytywnie. Drugie spotkanie – ze szwedzkimi mistrzami świata – nasi reprezentanci zremisowali.

– Sensacja, ludzie zaczęli o nas mówić. – Kim w ogóle są ci Polacy? – pytali. Dostawaliśmy masę zaproszeń na spotkania z kibicami. Jedno przyjęliśmy, od miejscowej Polonii. Ja w ogóle miałem tam nie iść, ale jeden z kolegów zrezygnował, więc ja poszedłem. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, zjedliśmy co nieco – wspominał po latach Morawiecki w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego.

Zwycięsko Polacy wyszli dopiero z trzeciej potyczki, z Francją. Zaprezentowali się wyśmienicie, rozgramiając trójkolorowych 6-2. Po tym spotkaniu z trzema punktami na koncie mieliśmy realne szanse na awans do finałowej szóstki. I wtedy wszystko się zaczęło… Półtorej godziny przed kolejnym spotkaniem ze Szwajcarią oczom entuzjastycznych kibiców z całej Polski ukazał się komunikat Mkol-u.

– Kontrole antydopingowe przeprowadzone po meczu Polska – Francja, dały wynik pozytywny. Analiza moczu hokeisty wykazała obecność testosteronu i epitestosteronu, przekraczającą dopuszczalną normę (..) Jarosław Morawiecki został zdyskwalifikowany i wykluczony z Igrzysk a polska drużyna zgodnie z decyzją, będzie miała prawo dalej grać w turnieju, jednak pozbawiona zostanie punktów oraz zdobytych bramek w meczu z Francją.

Komunikat brzmiał jak wyrok. Morawiecki jednak nigdy nie przyznał się do stosowania niedozwolonych środków wspomagających. W tym całym zamieszaniu wymyślono, że doping został „dodany” do słynnego już… czerwonego barszczu z krokietami. Po latach zawodnik wyznał, że była to tylko zwykła wymówka. W 1991 roku przyłapano go ponownie na rzekomym dopingu. Został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. W 1992 roku karę zawieszono.

– Po półtorarocznej karencji znowu wyszło na to, że brałem. Stwierdzono, że było ogromne stężenie testosteronu. Zrobiłem badania na własną rękę i próbka wyszła czysta (..) Dostawaliśmy odżywki, ale żadnych zastrzyków. Może coś było przeterminowane, nie wiem. Każdy ma inny organizm, inaczej reaguje. Ktoś gdzieś przesadził i chciał się oczyścić, więc załatwiono mnie jeszcze raz, żeby nie było wątpliwości – wyznał polski hokeista.

Kto wie, być może po udanych Igrzyskach Morawiecki miałby szansę nawet na grę w NHL, czyli najlepszej lidze hokeja na świecie… Niestety, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Jarosław nie przyznał się do zażywania dopingu, jednak łatka nieuczciwego sportowca – przyszyta mu 23 lata temu – jest widoczna po dziś dzień.

– Nikt nigdy nie udowodnił mi winy do końca, ale nikt też nigdy mnie nie oczyścił. Żyję w takim zawieszeniu. (…) gdybym był winny, tobym się przyznał. Jak złodziej złapany na gorącym uczynku – zapewniał Morawiecki.

Swoją przygodę z hokejem najpierw kontynuował w drugoligowym szwedzkim klubie. Po kolejnym epizodzie, we Francji, wrócił do Polski, by w 2003 roku zakończyć karierę. Obecnie spełnia się jako trener – prowadzi polską kadrę narodową do lat 16.

Królowa dopingu nart – Justyna Kowalczyk

– Kowalczyk czwarta! – grzmiały polskie gazety i portale internetowe w lutym 2005 roku. 16 lat temu na Mistrzostwach Świata w Oberstdorfie młody talent z Polski – Justyna Kowalczyk – po niesamowicie wyrównanej walce ze światową czołówką, zajęła czwarte miejsce w biegu na 30 kilometrów (mimo złamanego kijka na 20 km!). Nie była to jednak sensacja, bowiem polskiej biegaczce ten czempionat udał się znakomicie, zajęła aż cztery razy lokatę w czołowej piętnastce.

– Czwarte miejsce jest świetne i wcale nie zgadzam się z opinią, że to najgorsza pozycja dla sportowca. Forma przyszła w Oberstdorfie. Bardzo cieszą mnie lokaty zajęte na tych mistrzostwach – mówiła Kowalczyk po biegu.

Przyszedł czerwiec – zrobiło się niesamowicie gorąco. Niestety, nie dotyczyło to tylko warunków pogodowych. Komisja antydopingowa Międzynarodowej Federacji Narciarskiej zdyskwalifikowała Justynę Kowalczyk na dwa lata za stosowanie niedozwolonego środka – dexamethasonu. Kara miała trwać aż do 22 stycznia 2007 roku. Wszystkie wyniki uzyskane przez Polkę od 23 stycznia 2005 roku zostały anulowane. Oznaczało to stratę wszystkich wspaniałych lokat zdobytych podczas Mistrzostw Świata. Zarówno Justyna, jak i jej trener – Aleksander Wieretielny – przyznali się do stosowania zabronionego leku.

– Justyna od dawna miała problemy ze ścięgnami Achillesa. Lek przepisał jej lekarz dwa tygodnie przed badaniem – opowiadał szkoleniowiec polskiej zawodniczki.

Kowalczyk i Wieretielny wiedzieli, że dexamethasonu nie wolno brać w dniu zawodów, ale można podczas normalnych dni treningowych. 23 stycznia 2005 roku Justyna miała bardzo silne bóle w ścięgnach i wzięła pół tabletki.

– Spodziewaliśmy się, że za takie przewinienie może być kara zawieszenia najwyżej na dwa miesiące. Decyzja FIS jest zaskoczeniem, ale nie składamy broni. Będziemy się odwoływać do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie. Mamy na to 21 dni – dodawał Wieretielny.

Największym błędem Justyny i pana Aleksandra było niepozyskanie zgody na zażywanie leku od Światowej Agencji Antydopingowej. Dexamethason nie jest bowiem substancją powszechnie stosowaną przez biegaczy narciarskich. Zatrzymuje on wodę i powiększa objętość mięśni, dzięki czemu zdobywa głównie „sympatię” kulturystów.

– Wpadła przez głupotę, bo gdyby zgłosiła FIS, że bierze ten lek, nie byłoby całej sytuacji – oceniał brat Justyny – Tomasz.

Karencja oznaczała zakaz startu polskiej biegaczki na Igrzyskach Olimpijskich w Turynie. Po apelacjach Polskiego Związku Narciarskiego karę skrócono o rok, by ostatecznie Kowalczyk uznać za niewinną. Do rywalizacji w Pucharze Świata wróciła 30 grudnia 2005 roku w Novym Měście, gdzie zajęła 11. lokatę. Reszta to już historia… medale Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, Tour de Ski oraz kryształowe kule. Jeden z jej medali – historyczne złoto w biegu na 30 kilometrów w Vancouver – niósł za sobą pewną niemałą sensację. Druga z Polek, Kornelia Marek (obecnie Kubińska), zajęła bowiem 11. miejsce! Radość jednak nie trwała zbyt długo…

Skandal w cieniu sukcesu

10 marca 2010 roku świat obiegła informacja o pierwszym przypadku zażywania dopingu na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver. Przyłapana – Kornelia Marek. Stosowana substancja – popularne wśród kolarzy – EPO. Początkowo była nadzieja, że jedynie próbka A wykazała wynik pozytywny. Wszystko zależało od powtórnego badania.

– Zawodniczka została wycofana z najbliższych zawodów Pucharu Świata w norweskim Drammen, w piątek poznamy badanie próbki B – mówił Apoloniusz Tajner.

Oczekiwanie na informację ze Światowej Federacji Antydopingowej było szczególnie ciężkie dla Kornelii. Rozbiło ją to psychicznie. Kategorycznie wykluczała, by przyjmowała jakiekolwiek niedozwolone środki na własną rękę. Nie miała sobie nic do zarzucenia i czekała na wynik następnego badania. Eksperci z doświadczenia wiedzieli jednak, że przy tak silnej substancji, nie ma mowy o jakimkolwiek błędzie ze strony laboratorium. Według nich próbka B na pewno musiała wykazać pozytywny wynik.

– Po jej zachowaniu widzę, że na 99 procent nie kłamie. Nie umiem się do tego odnieść, odnaleźć się w tej sytuacji. Czekamy na próbkę B. To ostatnia deska ratunku, ale jej wyniki rzadko są inne niż próbki A” – podkreślał ówczesny trener kadry – Wiesław Cempa.

Szkoleniowiec dodawał także, że EPO to droga substancja. Nie można jej kupić od ręki, więc ktoś musiał ją po prostu zawodniczce podać. Jej działanie polega na zwiększaniu produkcji czerwonych krwinek w organizmie, co zwiększa wydolność w chwilach największego obciążenia. 16 marca PZN otrzymał informację o pozytywnym wyniku powtórnego badania. Od razu po niej zmieniła się narracja Kornelii. Wszystkie podejrzenia spadły na fizjoterapeutę polskiej kadry – Witalija Trypolskiego. Podawał on bowiem zawodniczce „witaminy” w zastrzykach, a ta ufała mu bezgranicznie.

– Nie dociekałam, jakie to są odżywki, nie sprawdzałam każdej strzykawki, każdego leku. Nie mam żadnych zastrzeżeń do doktora Witalija Trypolskiego, któremu ufałam. Ale to nie tylko jego wina. Ja też czuję się winna tej sytuacji i jestem gotowa ponieść konsekwencje – tłumaczyła Kornelia podczas konferencji prasowej.

Co ciekawe, dwa lata wcześniej Sylwia Jaśkowiec odmówiła jakiegokolwiek przyjmowania zastrzyków od kadrowego fizjoterapeuty – Dysponuję tylko tym, czym obdarzyła mnie natura (…) Teraz wolę potruchtać – stwierdziła. Nie chciała brać żadnych witamin, ani jakichkolwiek innych środków. Zrezygnowała nawet z masażu po zawodach.

– (Paulina Maciuszek – przyp. red.) Ma naturalnie wysoki hematokryt, więc podawanie jej takich leków nie miałoby sensu, bo zaraz przekroczyłaby dozwolony poziom – twierdziła Kornelia. Z tych słów wynika, że Marek musiała wiedzieć w jaki sposób działają rzekome „witaminy”. Sam Trypolski nie chciał się wypowiadać o składzie podawanych zastrzyków, chroniąc się tajemnicą lekarską. Zastrzegał jednak, że na pewno nie było tam niedozwolonych środków.

– Świadomie jej EPO nie podawałem. EPO mogło trafić do jej organizmu na dwa sposoby: dożylny albo podskórny. Albo jeszcze trzecie wyjście: pomyłka laboratorium. Innego wyjścia nie ma – bronił się ówczesny lekarz polskiej kadry.

Kornelia została ukarana dwuletnią dyskwalifikacją i odebraniem stypendium za 6. miejsce w sztafecie. Trypolski – zwolnieniem ze skutkiem natychmiastowym. W 2012 roku zawodniczce udało się wrócić do rywalizacji. Zdobywając 2 złote i 1 brązowy medal na Mistrzostwach Polski, ponownie dostała szansę na występy w kadrze narodowej. Po drodze zmieniła nazwisko, co pozwoliło jej uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji. Jej dalsza kariera nie potoczyła się jednak zbyt dobrze – sezony 2012/2013 i 2016/2017 zakończyła z zerowym dorobkiem punktowym, w 2013/2014 – jedynie 6 „oczek”. Tylko cykl 2014/2015 okazał się dla zawodniczki całkiem udany. Czterokrotnie zajmując miejsca w czołowej trzydziestce, udało jej się zgromadzić 56 punktów. Karierę zakończyła w 2017 roku.

Każdy opisany przypadek niesie ze sobą pewną historię. Wszystkie są rozbudowane i pełne wielu nieścisłości. Najbardziej dotknięta przez doping dyscyplina? Zdecydowanie hokej. Aż 10 przypadków w dziejach polskiego sportu zimowego świadczy o tym, że hokeiści najczęściej szukają łatwego sposobu na zdobycie formy. 3 przypadki wspomagania w biegach narciarskich – nieuwaga i bezgraniczne zaufanie. W ciągu następnych lat pewnie pojawią się polscy sportowcy, którzy zastosują doping. Miejmy jednak nadzieję, że będzie ich jak najmniej.

Wszystkie przypadki dopingu w polskim sporcie zimowym:

Jarosław Morawiecki – 1988 – hokej

Mirosław Copija – 1991 – hokej

Janusz Syposz – 1991 – hokej

Justyna Kowalczyk – 2005 – biegi narciarskie

Daniel Laszkiewicz – 2005, 2011 – hokej

Kornelia Marek – 2010 – biegi narciarskie

Michał Radwański – 2011 – hokej

Mariusz Michałek – 2012 – hokej

Daniel Zalewski – 2014 – bobsleje

Kamil Kapica – 2014 – hokej

Filip Wielkiewicz – 2016 – hokej

Kamil Kalinowski – 2016 – hokej

Marcela Marcisz – 2017 – biegi narciarskie

 

Źródło: Przegląd Sportowy / sport.pl / rmf24.pl / wisla.naszemiasto.pl / najlepsibukmacherzy.pl / dziennikpolski24.pl