Maryna Gąsienica-Daniel napatrzyła się na skoczków. Teraz chce takich sukcesów. “Adrenalina mi pomaga” [wywiad]

fot. PZN

Podczas ostatnich Zimowych Igrzysk Olimpijskich nie odegrała znaczącej roli, chociaż czuła, że może jeździć lepiej. Patrzyła na medalowe zdobycze skoczków narciarskich i powiedziała, że na kolejnych igrzyskach chce powalczyć o takie same sukcesy. – Dosyć szybko minęły te cztery lata, to teraz wszyscy wracają do tych słów – mówi Maryna Gąsienica-Daniel, która za cztery dni rozpoczyna najważniejszy sezon w swojej karierze. W ostatnich tygodniach miała problemy zdrowotne, ale do zimy przygotowała się dobrze.

fot. PZN

Mateusz Król, Sportsinwinter.pl: Stęskniona już za startami w Pucharze Świata, czy jeszcze trochę mogłaby pani poczekać?

Maryna Gąsienica-Daniel: Jestem trochę stęskniona. Jak tylko zbliża się Sölden, to zawsze czuć takie napięcie przedstartowe. Wszyscy czujemy, że zbliża się zima, dni stają się coraz chłodniejsze. Myślę, że wszyscy się z tego cieszą. To w końcu dla nas otwarcie sezonu.

Z Sölden ma chyba pani rachunki do wyrównania?

W tym sezonie akurat nie do końca w ten sposób do tego podchodzę. To dlatego, że ostatnie treningi niestety musieliśmy trochę poprzekładać. Rozchorowałam się i byłam dosyć długo w domu. Czekałam aż się wyleczę i dobrze poczuję, żeby pojechać na zgrupowanie. To pierwszy start sezonu i cieszę się, że mogę tam pojechać. Jestem już zdrowa i przygotuję się do startu w ciągu tych kilku dni do zawodów. Co będzie, to zobaczymy. Nie myślę o tym, czy mam jakieś rachunki do wyrównania z Sölden. Inni zdążyli tam już trenować, a ja nie miałam okazji. Podchodzę do tego zatem ze spokojem.

Świetny filmik ostatnio opublikowała pani na swoich profilach społecznościowych. Ktoś porównał panią do Hirschera, inni pisali, że “będzie to świetny sezon”, padały propozycje miejsc, które pani zajmie. Pani reakcje przeważnie wskazywały na zakrywanie oczu. Bardziej zawstydzona miłymi słowami, czy są jakieś obawy, że ktoś tu nakłada za dużą presję?

Raczej powiedziałabym, że jest mi miło. Oczywiście w mediach ta presja zawsze się pojawia, ale my staramy się nie dopuszczać do głowy tego, że ktoś na nas naciska. Raczej staram się odbierać to jako pozytywną energię czy wsparcie. Mam nadzieję, że komentujący też tak do tego podchodzą. Myślę, że pod taką presją medialną niezbyt dobrze się pracuje. Wydaje mi się, że każdy o tym wie. Dlatego lepiej jest to odbierać jako rodzaj wsparcia.

A pod presją słów prezesa, jak się pracuje? Chodzi o to, że Apoloniusz Tajner mówi w mediach, że jest pani jedną z medalowych szans na igrzyska w Pekinie. Chyba, że to nawiązanie do tego, co sama pani mu powiedziała o swoich medalowych marzeniach jakiś czas temu.

Myślę, że o to właśnie chodzi. Cztery lata temu w Pjongczangu powiedziałam prezesowi, że chcę osiągnąć ten medal na kolejnych igrzyskach. W Korei wiedziałam, że mogę jeździć dobrze, ale starty mi się nie poukładały. W tym samym czasie medale zdobywali skoczkowie i naprawdę wiedziałam, że też chcę osiągnąć ten poziom i walczyć o takie sukcesy przyszłości. A że dosyć szybko minęły te cztery lata, to teraz wszyscy wracają do tych słów. Moja jazda też jest na dużo lepszym poziomie. Zaczęłam mieszać w czołówce giganta i wydaje mi się, że to też daje pretekst do tego, aby wracać do tych słów z Korei. Jednocześnie cieszę się, że mam takie wsparcie. Myślę, że prezes wypowiadając takie słowa pokazuje, że związek we mnie wierzy i chcą też mnie bardzo mocno wesprzeć.

Po tym, jak pokazała się pani podczas minionej zimy, uchodzi pani trochę za zawodniczkę, która umie trzymać nerwy na wodzy. Trener z lat szkolnych Janusz Starzyk po pani starcie w gigancie w Cortinie powiedział, że po Marynie nie było widać żadnych emocji. Rzeczywiście tak jest, że nerwy i oczekiwania swoją drogą, a przejazd swoją?

Trochę tak jest, chociaż ja bym tego nie porównywała z presją medialną. Rozgraniczam to na dwie rzeczy. Jest właśnie presja medialna, którą wywierają na nas ludzie, którzy czasami nawet nie do końca nas znają. Komentują przejazdy, a może nie powinni tego robić. Co innego jest wtedy, kiedy presję wywiera na nas ranga zawodów, czyli to gdzie się znajdujemy aktualnie i z czym musimy sobie poradzić. I z tego rodzaju presją akurat potrafię sobie poradzić. Lubię też działać na dużym poziomie adrenaliny, a ta im ważniejsze zawody, tym jest większa. Wtedy wiem, że jestem skoncentrowana i w miarę dobrze umiem sobie z nią radzić. Adrenalina dość często mi pomaga, o ile nie przekroczy jakiejś granicy w moim organizmie. Jednak jest to inna presja niż ta medialna, gdzie ludzie cały czas nas oceniają. Tego nie do końca lubię.

Podczas ostatnich mistrzostwa świata w Cortinie osiągała pani świetne wyniki. W gigancie pojawił się jednak jeden błąd, który odebrał szanse na jeszcze większy sukces. Jak długo siedziało to w pani głowie?

To był trudny czas. Zajęłam szóste miejsce, które dawało mi satysfakcję. Byłam zadowolona. Jak jednak dopuszczałam sobie do głowy myśli, że z tym błędem byłam szósta, to miałam mieszane uczucia. Z jednej strony byłam pod wrażeniem zajętego miejsca mimo pomyłki, a z drugiej, gdyby nie ten błąd, to mogłam być znacznie wyżej. Myślę jednak, że każdy zawodnik ma takie uczucia w sobie, jeśli coś się mu przytrafi w trakcie startu. Po prostu trzeba sobie umieć z tym poradzić i cieszyć się z tego, co się ma. Może to mi pomoże w przyszłości i zwrócę uwagę na jakieś konkretne rzeczy w trakcie przejazdu. Być może odwróci się to w plus w nawet ważniejszym momencie. Tak do tego podchodzę i mam nadzieję, że tak będzie.

Wiemy o ostatniej chorobie, ale jak poza tym przebiegały przygotowania do sezonu? Wszystko pod względem zdrowia było w porządku?

Tak. Cały okres przygotowawczy przepracowaliśmy bardzo sprawnie. Dużo czasu spędziliśmy na nartach, ale miałam też bardzo dużo godzin treningu kondycyjnego. Nie mam co narzekać na ten okres. Jedyny moment, który nam trochę nie wyszedł, to właśnie teraz przed Sölden. Mieliśmy wyjechać na zgrupowanie 9. października, ale rozłożyła mnie wspomniana choroba. Pojawiła się gorączka, więc nie mogłam sobie pozwolić, aby wyjechać. Teraz czuję się już dobrze i mam nadzieję, że nie odbije się to na mojej jeździe na nartach. Mam kilka dni na przygotowanie się do inauguracji. Po Sölden rozpoczniemy kolejne treningi do reszty sezonu. Nie boję się zatem, że nie zdążę. Teraz muszę podejść do tego ze spokojem, bo różne rzeczy dzieją się zawodnikom i nie tylko. Po jednej chorobie nie ma co się załamywać.

Gigant to oczywiście pani koronna konkurencja, ale czy z racji, że to sezon olimpijski, rozwijała się pani jakoś w innych kierunkach?

Głównie gigant. Z racji, że to właśnie sezon z igrzyskami, a na nich najważniejszym startem będzie właśnie ta konkurencja, to skupiliśmy się przede wszystkim na niej. Robiliśmy też sporo treningów supergigantowych, bo to moja druga specjalność. Będę się starała, aby być gotową w tych dwóch konkurencjach do igrzysk.

Claudio Iagher to nowa postać w pani teamie. To zamiana celowa, która ma przynieść jakieś konkretne korzyści, czy bardziej zmiana konieczna?

Claudio jest Włochem. Ostatnio pracował z Kanadyjkami, a wcześniej chociażby z Francuzkami – m.in. ze slalomistką Laurence St. Germain. Zmiana nie była zaplanowana, ale konieczna. Dotychczasowy serwismen musiał odejść ze względów rodzinnych. Rodzina chciała, aby jednak więcej czasu spędzał w domu. Mieszkał w Hiszpanii, zatem jego powroty zajmowały dużo czasu. Do tego doszły jeszcze ograniczenia spowodowane pandemią. Na pewno nie było mu łatwo. Nie chciał też nas tym wszystkim obarczać, że rodzina co jakiś czas prosi go, aby wrócił. Rozstaliśmy się w dobrej atmosferze. Czasami nawet się gdzieś widzimy, bo współpracuje z zawodnikiem z Hiszpanii. To mu pozwala na częstszą obecność w domu. Szukaliśmy zatem nowego serwismena. Claudio Iagher nie był pewny swojego kontraktu w Kanadzie, dlatego postanowił dołączyć do nas.

Niektórzy chwalą się, że zmienili narty przed sezonem olimpijskim. A jak sytuacja u pani? Testujecie coś czasami?

Pod kątem sprzętu nic nie zmienialiśmy. Cały czas jeżdżę na nartach firmy Atomic, która dostarcza mi sprzęt. Mam z nimi kontrakt. Nie testujemy na ten moment niczego nowego, bo jesteśmy zadowoleni z aktualnego sprzętu. Zeszły sezon był dobry, więc niczego nie szukaliśmy.

Co musi się wydarzyć w ciągu zimy, żeby Maryna Gąsienica-Daniel zakończyła sezon z uśmiechem na twarzy i powiedziała sobie samej: “To była udana zima. Dałaś radę!”?

Najważniejsze jest to, aby w zdrowiu i dobrej formie przebyć cały sezon. Dawać z siebie wszystko podczas każdego startu i cieszyć się tym, co się robi. Myślę, że wtedy i Maryna, i wszyscy którzy jej kibicują, zakończą sezon z uśmiechem na twarzy. I tego się trzymajmy!

Mateusz Król
Obserwuj