Loty, to co kochamy (część 1)

fot.: stelmaredmen.blox.pl
(fot.: stelmaredmen.blox.pl)

 Historia lotów narciarskich sięga już ponad 80 lat. Teraz pewnie śmialibyśmy się z rekordów typu 100 metrów i tego jak wielkim szacunkiem otaczano śmiałków, którzy nie bali się skakać tak daleko. To jednak kwintesencja tej dyscypliny i jej realiów. Podejmowanie ryzyka, brak strachu, pełna kontrola i determinacja w trakcie paru sekund lotu. Uwielbiamy to wszyscy bez względu na czasy, technologię czy jakiekolwiek inne czynniki. Loty pozostają lotami.W ostatni weekend znów to poczuliśmy. To unikalne poczucie czegoś więcej niż “tylko” skoki.

W 1936 roku powstała chyba najpopularniejsza skocznia mamucia na świecie, a jednocześnie pierwsza, którą można by za taką uznać. Letalnica. To na niej jeszcze w tym samym roku Austriak Josef Bradl jako pierwszy w historii oddał skok za magiczną w tamtych czasach granicę 100 metrów. Co ciekawe, FIS nie był wtedy wcale chętny na przeprowadzanie zawodów na tak dużym obiekcie, zwłaszcza po tym gdy wcześniej na skoczni we włoskim Ponte di Legno Norweg Olaf Ulland uzyskując 103 metry nie ustał swojej próby. Jednak po skoku Bradla wielomiesięczne dyskusje wymogły na Międzynarodowej Federacji Narciarskiej wcielenie Planicy do skoczni Pucharu Świata.

Loty uznawano przez lata (co przetrwało z resztą do dziś) za coś odrębnego od zwyczajnych skoków. To była pogoń za marzeniami, udoskonalanie sportu. Co roku oczekiwało się na bicie rekordu, z wielką radością przyjmując pokonywanie kolejnych barier, jednocześnie ze strachem w oczach oglądając nieprawdopodobne wyczyny ludzi udających ptaki na dwóch drewnianych deskach przelatując w powietrzu odległość z ich domu do najbliższego warzywniaka. To musiało tworzyć w ich umysłach nową półkę, na którą mieścili się już nie tylko najlepsi na skoczniach “zwykłych”, ale też ci którzy starali się najdłużej ciągnąć swoje próby. Dla poczucia adrenaliny, dla wyzwań, dla historii. Nic dziwnego, że w latach 60 utworzono z tego “poddyscyplinę” – coś w stylu działu skoków wraz z Mistrzostwami Świata w LN odbywającymi się od 1972 roku oraz Pucharem Świata w LN.

Skoki w swoim pierwotnym założeniu miały dewizę “wygrywa ten, kto skacze najdalej” i choć teraz przez przeliczniki wiatrowe, punkty za obniżanie czy podwyższanie belki, bonifikaty za odchylenie głowa od kolan przy najeździe na próg oraz oczywiście najważniejszym przydzielaniu najwyższych not za najbrzydsze lądowanie (poparte zbudowaniem chodzących wież sędziowskich by ci później mieli wymówkę) ten sport nabrał trochę innego wymiaru, klimatu. Loty pozostały być może jednym z jego niewielu pozostałych romantycznych aspektów.

Jak przez mgłę pamiętam dla wielu najlepszy konkurs lotów, a być może i całej historii skoków narciarskich w 2005 roku w Planicy. Byłem dzieciakiem i patrzenie na to, co wyprawiały ówczesne legendy dyscypliny było dla mnie czymś absolutnie niepowtarzalnym. Rekord bito raz za razem, zawodnicy prześcigali się w przekraczaniu kolejnych granic wyobraźni i zdrowego myślenia. Po tym wydarzeniu w zasadzie przez dwa tygodnie nie mówiłem swoim kolegom o niczym innym. Cała szkoła znała imię i nazwisko Bjoern Einar Romoeren i potrafiła bezbłędnie podać odległość na jaką poleciał tego pamiętnego marcowego dnia. Mało brakowało, a nakłoniłbym dyrektora placówki do zmiany jej patrona.

Od tego momentu przez długi okres loty wiązały się dla mnie tylko z tym konkursem. W 2007 roku doszedł jeszcze polski klasyk – hattrick Małysza na Velikance dający mu 4 Kryształową Kulę i ostatecznie gloryfikujący karierę komentatorską Włodzimierza Szaranowicza. 10-minutowy skrót z tego weekendu miałem kiedyś ustawiony na wygaszaczu ekranu mojej komórki, popularnej wtedy “cegły” od Nokii. Był to nieco nowszy model, więc miała i taki bajer. Sęk w tym, że nie odtwarzał się dźwięk (temu zapobiegłem ustawiając nowy dzwonek), a po półtorej minuty znikał i sam obraz. To że animacja zżerała pół baterii kompletnie mnie jednak do niej zrażało. To był pomnik wielkiego bohatera mojego dzieciństwa, chciałem mieć jego wizerunek wszędzie.

Ale po 2005 roku nie widać było na horyzoncie zawodnika, skoczni czy konkursu, który mógłby odmienić na moment umysł i przede wszystkim pamięć kibica zakochanego w lotach. Dla Polaków z pewnością dobrą opcją, by wzmocnić to uczucie była wizyta w czeskim Harrachovie. Jest to miasto z pięknym klimatem, czymś nadzwyczajnym i unikalnym – obecnym tylko w paru miejscach na świecie. I tą tajemniczą figurą mamuta z rdzewiejącym, żółtym rozbiegiem, złowrogą nazwą Certak oraz siatkami na górze zeskoku unoszącymi się nad nim przy co większym podmuchu czynnika podstawowego jeśli chodzi o ten rozdział historii lotów.

Wiatr to jednocześnie największy pomocnik i największy przeciwnik zawodnika wybijającego się na mamucie. Gdy jest sprzyjający przynosi tę tak bardzo upragnioną radość przeszywania powietrza, poczucia się panem świata choćby na parę sekund. Ale w sytuacji odwrotnej pcha zawodnika oddalając jego marzenia od realizacji, pozostawiając go sam na sam z niespełnieniem.

Przez lata świat skoków nie poruszał się w kwestii rozwoju lotów do przodu. Stano w miejscu, czekając aż łaskawie na Velikankę zawita wiatr tak mocny jak w 2005. Zorganizowano tam nawet MŚ w LN w 2010. Było parę pięknych i długich poczynań najlepszych zawodników – najbliżej rekordu znaleźli się Simon Ammann i Antonin Hajek. Jednak ostatecznie legendarne 239 metrów pozostało na swoim miejscu. Ale pokazał się potencjał. A to stanowiło podstawę do pomysłów zupełnie nie z tego świata. Dla ówczesnych skokowych ekspertów, a nawet byłych czy obecnych uprawiających ten sport Planica była pomnikiem, miejscem historycznym i wartym oddawania odpowiedniego hołdu. W 2011 roku Norwegowie wyszli jednak z propozycją częściowego pogwałcenia unoszącej się nad nią legendy. Powrócono do wydarzeń sprzed dwóch lat, które miały miejsce na tamtejszym mamucie w Vikersund. Gregor Schlierenzauer oddał tam monumentalną próbę na 224 metry, upadając przy lądowaniu i wykonując chyba najbardziej kontrowersyjny gest tamtego okresu – uniósł głowę do góry wskazując na jury i pukał się palcem w czoło twierdząc, że puszczenie go na takie warunki z wysokiego rozbiegu było nieodpowiednie. Oczywiście, miał rację. Ale to dało perspektywę zupełnie innego myślenia o tym obiekcie. I ogólnie o mamutach poza Planicą. Zaczęto snuć plany ich natychmiastowego powiększenia.

 

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.