Kulisy PŚ z Walterem Hoferem: Od 1992 r. interesuje mnie tylko to, by wygrał najlepszy

Walter Hofer

Chyba każdy kibic skoków marzy o tym, by zajrzeć na skoczni w miejsca dostępne tylko dla wąskiego grona osób. Michała Chmielewskiego, dziennikarza Przeglądu Sportowego w niezwykłą podróż po Wielkiej Krokwi zabrał sam Walter Hofer, dyrektor Pucharu Świata w skokach narciarskich.

Rzadko kiedy zdarza się, by jedna osoba pozostawała na stanowisku tak wiele lat. Walter Hofer od 25 lat czuwa nad rozgrywaniem zawodów Pucharu Świata. Przez jednych jest uwielbiany, a przez innych nienawidzony. Sam uważa, że jego rozpoznawalność wynika głównie z tego, że dziennikarze i kibice ciągle kwestionują jego pracę. Jest jednak też niezwykle charakterystyczny. Przez mijające lata prawie wcale się nie zmienił. Jego atrybuty? Krótkofalówka i czerwona przepaska na głowie. Przezwisko? Wszystkich nie pamiętają pewnie nawet najstarsi górale.

Podróż z Hoferem zaczyna się w miasteczku skoczków. To właśnie tam zawodnicy rozgrzewają się przed skokiem, przebierają, a po zakończonej pracy obserwują próby kolegów. W tym celu znajduje się tam telewizor. Jest on konieczny, by zawodnicy zgodzili się na filmowanie ich w danej strefie. Chcą mieć pogląd na to jak zostają przedstawieni na ekranie. W największym z budynków znajduje się strefa gastronomiczna. Skoczkowie nie są jej jedynymi gośćmi. Posilają się też tam trenerzy, dziennikarze i działacze FIS. W mniejszym z budynków przebywa swoisty sąd ostateczny. Sepp Gratzer, były skoczek narciarski, czuwa nad tym, by żaden z zawodników nie łamał przepisów. W jego posiadaniu jest lista z wymiarami każdego zawodnika startującego w konkursie. – Zmierzyliśmy ich przed sezonem. Żeby uniknąć manipulacji, każemy im do pomiaru stawać podpartymi o ścianę. Znamy ich wzrost, długość ramion, obwody kończyn, tułowia, maksymalną długość nart przy zadeklarowanej wadze. Jak coś się nie zgadza, wypadasz – tłumaczy Gratzer.

Większość ważnych decyzji dotyczących konkursu podejmuje się w wieży sędziowskiej. To tam poza 5 arbitrami oceniającymi styl urzęduje także Borek Sedlak ,który od tego sezonu odpowiedzialny jest za zapalanie zawodnikom zielonego światła. Na jego głowie jest to, by każdy ze skoczków miał względnie równe warunki przy oddawaniu swojej próby. W innym z pomieszczeń znajduje się człowiek, którego rzetelność kwestionuje coraz więcej kibiców. Licencję FIS na ocenianie miejsca lądowania skoczka posiada zaledwie kilkanaście osób, gruntownie przeszkolonych i z wieloletnim doświadczeniem. – Krytyka jest przesadzona, bo człowiek jest tylko mózgiem operacji – broni się Hofer – Danych do wieży dostarczają wyskalowane kamery celujące w zeskok z częstotliwością 50 kratek na sekundę. Z nich specjalista wybiera jeden z obrazów i klika w punkcie między środkami dotykającymi śniegu butów – wyjaśnia. Opis ten dotyczy jednak typowego lądowania, z telemarkiem lub “na dwie nogi”. Przy innych konfiguracjach ocena staje się znacznie trudniejsza. Można wtedy liczyć na szczęście lub na poprawny pomiar sędziów odległości znajdujących się przy zeskoku. Ich pomoc staje się nieoceniona, gdy pobijany jest rekord skoczni. Na dużych obiektach kamery nie sięgają bowiem aż tak daleko.

Przy imprezie rangi Pucharu Świata co tydzień pracuje około 400 osób. Dbają o to, by skoczkowie mogli rywalizować w jak najbardziej sprawiedliwych warunkach, a kibice ekscytować się wspaniałym show. Warto zatem przymknąć czasem oko na niewielkie niedociągnięcia. Wszyscy jesteśmy wszakże tylko ludźmi.

Zuzanna Wydera

Źródło: Przegląd Sportowy, nr 21/2017

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.