Kryzys w męskich biegach zażegnany – trener zostaje. Staręga: “Niektórzy lubią doszukiwać się drugiego dna”

fot. M. Rudzińska

Miniony sezon zimowy nie był najlepszy dla polskich biegaczy narciarskich. Na domiar tego po jego zakończeniu trener Lukas Bauer zapowiedział, że chce odejść. Ostatecznie udało się przekonać czeskiego mistrza, aby poprowadził biało-czerwonych do igrzysk. O kulisach rozmów ze szkoleniowcem, powodach słabszego sezonu i teoriach na swój temat w rozmowie ze Sportsinwinter.pl opowiada jedyny Polak, który punktował minionej zimy w Pucharze Świata. – Po jakimś czasie każdy z nas dzwonił do trenera i wyjaśnialiśmy sobie wszystko – mówi Maciej Staręga.

fot. M. Rudzińska

Mateusz Król: Właśnie rozpoczynacie właściwe przygotowania do sezonu. Można powiedzieć, że już ze spokojną głową?

Maciej Staręga: Można tak powiedzieć. To jest sezon olimpijski i przydałoby się mieć spokojną głowę. Zawsze ma się jednak spore ambicje i chce się zrobić wszystko, aby na te igrzyska się zakwalifikować i później pokazać się na nich jak najlepiej. W moim przypadku – mam nadzieję – do trzech razy sztuka.

O ten spokój pytałem w kontekście ostatnich tygodni. Trener napędził ci trochę stracha?

Nie. Raczej to były inne emocje. Nie bałem się. Jestem na tyle doświadczonym zawodnikiem, że jakoś bym sobie poradził. Poza tym jako zawodnicy musimy być na to przygotowani, że w każdej chwili trener może zrezygnować. Wiadomo, że nie zawsze da się na to przygotować, ale to normalne. Trenerzy dostają czasami inne propozycje i odchodzą. Trzeba się z tym liczyć. Takie kwestie nie mogą wytrącić z równowagi i mnie nie wytrąciły. Zwłaszcza, że znałem argumentację trenera. Wszystko było wyjaśnione, nie było w tym czyjejś winy. Dlatego podszedłem do tego spokojnie.

A ta nagła decyzja o tym, że trener chce odejść jakoś cię zaskoczyła? A może przeczuwałeś taki ruch.

Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym. Zdaję sobie sprawę z tego, że w przypadku trenera pojawiły się dodatkowe czynniki, które są dla niego obciążeniem. Tu chodzi chociażby o te aspekty związane z pandemią. To miało ogromny wpływ na organizację naszej grupy i tu wiele spraw było na głowie trenera. Takie rzeczy wpływają na większy stres i mniej czasu. Po sezonie emocje gdzieś upływają, więc ja rozumiem takie rzeczy.

Sporo zamieszania się zrobiło wokół was. Jak się czytało niektóre media, to wiesz jaki wizerunek wam wystawiono?

Powiem tak. Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć, to pyta u źródła, a nie snuje jakieś domysły i insynuacje. Wtedy to można pisać jakieś powieści kryminalne, a nie poważne artykuły. Był jeden taki artykuł z trenerem, z którego nie wynikało nic, co by wskazywało, że trener miał do nas pretensje, albo my do niego. To były normalne sytuacje życiowe. Nie było żadnych wielkich emocji, tylko normalna prosta rozmowa. Po niej wyszliśmy, podaliśmy sobie ręce i każdy wiedział o co chodzi. Nie było w tym wielkiej filozofii, a niektórzy po prostu lubią doszukiwać się drugiego dna. Na pewno nie można mówić, że była jakaś niechęć do dalszych wspólnych treningów. Na pierwotną decyzję trenera miały wpływ czynniki, o których już mówiliśmy. Dodatkowo może sezon, który nie poszedł do końca po myśli. Ten wcześniejszy był świetny, a teraz brakowało więcej wyników na punkty w Pucharze Świata. Czasami tak jest, że ten pierwszy sezon współpracy jest udany, a kolejny kryzysowy. Może gdyby były super wyniki, to ta perspektywa byłaby inna.

Trener mówił, że oczekuje od zawodników akceptacji w stu procentach. Ponoć tego nie było. I to właśnie najbardziej przebiło się do mediów.

Tak, ale może to były słowa ogólne o sporcie, a niekoniecznie skierowane do naszych zawodników? W sporcie tak jest, że trzeba właśnie w stu procentach zaufać szkoleniowcowi, ale życie przynosi różne sytuacje. Trener może odbierać daną sytuację tak, że zawodnik mu nie ufa, albo nie poświęca się do końca. To są bardzo indywidualne kwestie i chodzi tu o komunikację. Wydaje mi się jednak, że u nas w grupie czegoś takiego nie było.

Ale ty ufasz trenerowi?

Ufam. Zawsze działamy zgodnie z planem. Zresztą, całą grupą zmierzamy w tym kierunku, aby wyniki były coraz lepsze. Tak, abyśmy walczyli ze światem, a nie ze sobą.

Byłeś jednym z tych pierwszych, który zadzwonił do trenera i namawiał do pozostania w Polsce? Jak wyglądały te kulisy rozmów z Lukasem Bauerem, bo ostatecznie został?

To było proste. Wszyscy skontaktowaliśmy się z trenerem. Jedni wcześniej, drudzy później. To było po prostu tak, że Lukas dał nam czas na przemyślenia. Po sezonie było sporo emocji i sam tego czasu potrzebował. Nie mówił nam, żebyśmy się z nim skontaktowali. Sami wyszliśmy z tą inicjatywą. Nie dzwoniliśmy 2-3 dni po naszym spotkaniu, bo czasami lepiej odczekać i nie rozmawiać w emocjach. Po jakimś czasie jednak każdy z nas dzwonił do trenera i wyjaśnialiśmy sobie wszystko.

Związek się z wami kontaktował? Prezes to zapowiadał.

Oczywiście, był kontakt ze związku. Z prezesem jestem w normalnym kontakcie. Dzwonił do mnie i konsultował się w tej sprawie. Pytał, jak ja podchodzę do tej sytuacji. Dawał też pewne porady. Ostatnio też przy okazji kursu trenera pierwszego stopnia się widzieliśmy i rozmawialiśmy o tym.

Sam wiesz, bo kiedyś o tym mówiliśmy, że pojawiła się opinia, iż Staręga zwalnia trenerów i ten mógłby być kolejnym na twoim koncie. Skąd się to wzięło i ile jest w tym prawdy?

Myślę, że to się wzięło od czasów Miroslava Petraska. Wówczas udzieliłem nie do końca pozytywnego wywiadu w trakcie sezonu. Może teraz zrobiłbym to inaczej, wtedy byłem sfrustrowany. Jedno jest pewne. Nie powiedziałem wtedy, że nie chcę już trenować z Petraskiem. Byłem po prostu zły na siebie. Po sezonie – co było dla mnie zaskoczeniem – okazało się, że trener nie pracuje już z nami. To nie była moja decyzja. Miałem w tej sprawie pytanie z Polskiego Związku Narciarskiego, czy chciałbym dalej pracować z Miroslavem Petraskiem. Odpowiedziałem, że tak. Mimo wszystko związek nie przedłużył umowy, a wszystko zostało podpięte pod mój wywiad. Ciągnie się to teraz za mną i wszystko co jest nie tak, to przypisuje się mi. Zapewniam, że nie mam takiej władzy, aby zwalniać trenerów. Nie jestem też zawodnikiem, który za wszelką cenę walczy o bycie w kadrze. Chcę osiągać wyniki na światowym poziomie, a kadra mi w tym pomaga. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam predyspozycji do tego, aby zostać mistrzem świata. Chcę jednak walczyć o podium w Pucharze Świata, czy miejsca w najlepszej dziesiątce. Przy okazji może uda się pokazać młodym zawodnikom, że w tym sporcie można osiągać dobre wyniki.

Na szczęście trener zostaje i ruszacie na obóz. Znacie już dokładny plan?

Tak, wiemy co nas czeka. Wiemy, gdzie i kiedy będą obozy. Dostajemy też z wyprzedzeniem plany treningowe. Może nie znamy ich aż do imprezy głównej sezonu, ale trener ma to wszystko przemyślane. Potrafi świetnie planować.

Lukas Bauer chwali ogólnie warunki, jakie otrzymuje w Polsce. Ty też tak to widzisz?

Wydaje mi się, że zabezpieczenie przygotowań jest na odpowiednim poziomie. Wiadomo, że można szukać jakichś nowych technologii, ale to się robi bardziej we współpracy z jakimiś ośrodkami badawczymi. To niekoniecznie rola związku, aby zapewniać takie rzeczy. Jeżeli chodzi o szkolenie i wyjazdy, to jesteśmy zabezpieczeni na dobrym poziomie. Wiadomo, że u nas większa część budżetu przeznaczana jest na wyjazdy zagranicę. Nie mamy w kraju warunków do biegania latem. W innych krajach często te środki mogą być przeznaczane na inne cele, bo mają trasy letnie u siebie, albo całkiem niedaleko. To są takie różnice. Myślę jednak, że niczego z wielkich rzeczy nam nie brakuje.

No wiesz… w środowisku narciarskim coraz śmielej hula opinia, że powinno się odebrać kasę skoczkom i więcej przeznaczyć na biegi i alpejskie…

Nie, nie, nie… To jest błędne myślenie. Tak już jest, że ci którzy robią wyniki, przyciągają sponsorów i napędzają koniunkturę związku. Z tego względu właśnie należy im się trochę więcej środków. Patrząc jednak na nasze budżety, to skoczkowie wcale tak tego naszego związku nie nadwyrężają. Nawet dzięki temu, że są oni w dużej liczbie w trzydziestce, to FIS opłaca im noclegi i to jest duża oszczędność. Niektórzy po prostu nie zdają sobie z tego sprawy. Dzięki ich wynikom i na nasze szkolenie jest więcej środków.

A nie kusiło cię, aby do sezonu olimpijskiego przygotować się z kadrą rosyjską? Ostatnio dwaj Włosi i Teresa Stadlober zdecydowali się na taki krok.

Widziałem właśnie, że ten kierunek stał się popularny. Z Rosjanami zawsze miałem dobry kontakt. Czasami biegałem z nimi treningi przed sezonem, albo nawet w jego trakcie. Mam zatem jakieś doświadczenie. Nie kusi mnie jednak, abym miał na stałe z nimi trenować. Wolę starać się tutaj, aby te nasze polskie biegi poszły do przodu.

Wydaje mi się, że to może być najważniejszy sezon w twojej karierze. Zgodzisz się?

Ciężko to ocenić. Chciałbym, żeby taki był. Na pewno będzie istotny. Celem jest zakwalifikowanie się na igrzyska. Poczyniłem już pewne kroki w tym kierunku. Kwalifikacje uzyskuje się przez ranking Pucharu Narodów. Zbierałem w minionym sezonie punkty dla nas, ale wiadomo, że musi być jeszcze odpowiednia dyspozycja przed igrzyskami. I mam nadzieję brak kontuzji. Ten sezon może z tego względu będzie dla mnie ważny, bo chciałbym pobiec na tych igrzyskach wreszcie na swoim poziomie. Byłem dotąd dwa razy na tej imprezie i dwa razy nie miałem szczęścia. W Soczi upadłem pechowo przy bardzo dobrej dyspozycji, a przed Pjongczangiem doznałem kontuzji. Chciałbym zatem pojechać na te igrzyska i być wysoko na liście wyników. To jest mój cel.

Masz niewyrównane rachunki z igrzyskami, jak Piotr Żyła, z którego złota cieszyliśmy się w Oberstdorfie. Może obaj pójdziecie za ciosem w Pekinie.

Myślę, że Piotrek to już w minionym sezonie wyrównał rachunki. Powiem szczerze, że skoczkowie są dla mnie inspiracją. Pokazują, że w sportach zimowych da się osiągnąć sukces. Podobnie ostatnio Maryna [Gąsienica-Daniel], której bardzo kibicuję.

I nie są to wcale młode osoby. Sportowo rzecz jasna.

To prawda. Chłopaki są starsi ode mnie nawet. A wydaje się, że uprawiają dyscyplinę dynamiczną i szybkościową. A w takim wieku mamy mistrza świata [Piotr Żyła ma 34 lata]. Da się, więc ja też nie składam broni. Zrobię zatem wszystko, aby w tym sezonie – szczególnie na igrzyskach – być wysoko na liście wyników.

Masz zamiar podejść do tego sezonu jak do “sezonu ostatniej szansy”?

Nie będą tak do tego podchodził. Myślę, że nie można wychodzić z takiego założenia. To będzie po prostu kolejna szansa. Jak się uda, to będę się cieszył. Jeśli nie, to… taki jest sport. Zawsze trzeba mieć swój cel i dążyć do niego. Nigdy jednak nie ma gwarancji, że to się uda. Zrobię jednak wszystko, aby się powiodło. W przypadku braku powodzenia będę z siebie zadowolony, bo zrobiłem wszystko.

Będziesz miał jeszcze siły i chęci, aby po Pekinie kontynuować karierę?

Myślę, że siły będę miał. Zobaczymy jednak, jak rozwinie się moje życie.

Mateusz Król
Obserwuj