Kilka migawek z historii Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim

fot. Viviana Coloma / CC BY

fot. Viviana Coloma / CC BY

Puchar Świata w narciarstwie alpejskim tuż tuż. O tym, co może nas czekać w nadchodzącym sezonie już pisaliśmy. Warto jednak przytoczyć przed rozpoczęciem sezonu kilka nietypowych ciekawostek – one też tworzą długą i piękną historię tego cyklu.

Zwycięstwo w zawodach Pucharu Świata zwykle jest udziałem najlepszych zawodników. Jednak czasem zdarza się, że zawodnik, który odniósł pojedynczy triumf w zawodach, nie zajął jakiegoś bardzo wysokiego miejsca na koniec sezonu. Wśród panów rekordzistą jest Włoch Fabrizio Tescari, który w sezonie 1992/93 zajął na koniec sezonu raptem 65 miejsce, a u zarania sezonu wygrał slalom w Sestiere. Wśród pań w tej nietypowej klasyfikacji prym wiedzie Szwajcarka Corinne Imlig, która w sezonie 1999/00 wygrała dość szalony zjazd w Lenzerheide, a na końcu sezonu zajęła miejsce 61.

Jeśli chodzi o miejsce na podium jako takie, to wśród pań najniżej na końcu sezonu uplasowała się Regine Cavagnoud, przy czym wiąże się z tym tragiczna historia. Otóż znakomita Francuzka rozpoczęła sezon 2001/02 od podium w Soelden w gigancie, a niedługo później poniosła śmierć w tragicznym wypadku na treningu. Jednak oczywiście była sklasyfikowana w klasyfikacji generalnej – zajęła w niej 81. miejsce. Tylko dwa miejsca wyżej skończyła sezon Rosjanka Olesja Aljewa, która stała na podium w tym samym zjeździe, w którym wygrała wyżej wzmiankowana Imlig. U panów ten sam rekord jest całkiem świeży i dzierży go Austriak Frederic Berthold, za też szaloną kombinację w Wengen w 2017 roku (tą samą, w której triumfował Niels Hintermann przed Maxence Muzatonem).

Na drugim biegunie są zawodnicy, którzy zajęli wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej nie wygrywając żadnych zawodów. Zdarzało się nie raz i nie dwa, że bez zwycięstwa wygrywano małe kryształowe kule, ale tu zajmuję się tylko tą najważniejszą – wśród pań Tina Maze (na zdjęciu) w sezonie 2011/12 zajęła drugie miejsce bez zwycięstwa (za to aż z dziesięcioma miejscami na podium) – ciekawe, że w następnym sezonie 2012/13 wygrywała dosłownie w każdej konkurencji. Wśród panów, o ile stosunkowo często w ostatnich sezonach zdarzało się, że drugie miejsce w PŚ zajął zawodnik z jednym tylko zwycięstwem, to do przypadku takiego jak Tina Maze musimy się przenieść daleko w przeszłość, aż do sezonu 1978/79, kiedy to Austriak Leonhard Stock z wyłącznie dwoma miejscami drugimi w sezonie przegrał klasyfikację generalną tylko ze Szwajcarem Luescherem (inna sprawa, że wtedy zasady liczenia punktów były dość skomplikowane – ale to materiał na zupełnie inny artykuł). W sezonie 1975/76 bez zwycięstwa zajął drugie miejsce w PŚ także Włoch Piero Gros – choć w przeciwieństwie do Stocka stawał na podium dość często – tak jak wspomniana Maze aż dziesięć razy.

Miałem nie pisać o małych kryształowych kulach, ale nie mogłem się powstrzymać. Byłem pod wrażeniem Włocha Petera Filla, który w poprzednich trzech sezonach wygrał aż trzy klasyfikacje generalne poszczególnych dyscyplin, wygrywając w nich zaledwie… raz (a ogólnie w tym czasie wygrał dwa razy, bo zdarzyło mu się i zwycięstwo w supergigancie, którego klasyfikacji jednak nie wygrał) – to jest coś!

To jeszcze jedna ciekawostka ze świata małych kryształowych kul: w sezonie 1968/69 klasyfikację slalomu wygrało czterech zawodników: Austriak Alfred Matt i trzej Francuzi: Patrick Russel, Alain Penz i Jean-Noel Augert.

A jakie najwyższe miejsce w PŚ można było zająć bez jakiegokolwiek miejsca na podium pojedynczych zawodów? Okazuje się, że całkiem wysokie: Julia Mancuso w sezonie 2004/05 była dziewiąta w klasyfikacji generalnej. Wśród panów jej rodak Steve Mahre na końcu sezonu 1978/79 był dziesiąty. Oboje oczywiście nie raz i nie dwa stawali na podiach pucharowych, ale w innym sezonie.

W największej ilości sezonów punkty zdobywał Szwed Patrick Jaerbyn – aż w dwudziestu – niemniej nigdy nie wyszedł powyżej miejsca 22. w klasyfikacji generalnej. Panie mają aż 5 rekordzistek z tym, że one punktowały w siedemnastu sezonach – są to Austriaczki Renate Goetsch, Michaela Kirchgasser, Alexandra Meissnitzer i Anita Wachter i Amerykanka Lindsey Vonn. Ta ostatnia prawdopodobnie stanie się niebawem samodzielną rekordzistką.

A ile razy zdarzyło się, że zwycięzca największej ilości zawodów w sezonie nie triumfował w klasyfikacji generalnej? Otóż zdarzało się to często. U panów ostatnio w sezonie 2013/14 kiedy triumfator – Marcel Hirscher (Austria) wygrał pięć zawodów, a czwarty w PŚ Ted Ligety (USA) – sześć. Sezon wcześniej Ligety był trzeci, Hirscher – pierwszy, obaj wygrali tyle samo – sześć zawodów. W sezonie 2008/09 drugi Benjamin Raich (Austria) wygrał cztery razy: o jeden raz więcej niż najlepszy na finiszu Aksel Lund Svindal (Norwegia). Podobnie w sezonie 2006/07 – dotyczyło to tych samych panów – Raich też wygrał o jeden raz więcej niż Svindal, z tym że tym razem każdy z nich wygrał o dwa razy więcej niż dwa lata później. W sezonie 2003/04 zdobywca Kryształowej Kuli Herrmann “Herminator” Maier (Austria) wygrał pięć razy – mniej niż czwarty na końcu Amerykanin Bode Miller i szósty Fin Kalle Palander – oni triumfowali sześć razy. Ten sam Maier w cyklu 1998/99 będą trzeci na końcu sezonu odniósł siedem zwycięstw – zwycięzca Lasse (Norwegia) – sześć. Norweg zdobył wygrał klasyfikację generalną też trzy sezony wcześniej z czterema zwycięstwami. Trzeci Szwajcar Michael von Grueningen miał ich pięć. Sezon 1993/94 to cztery zwycięstwa zarówno najlepszego Kjetila Andre Aamodta (Norwegia), jak i trzeciego Alberto Tomby (Włochy), sezon wcześniej Aamodt był drugi z sześcioma zwycięstwami, tyle samo miał najlepszy Marc Girardelli (Luksemburg). Tomba wygrał aż dziewięć razy w sezonie 1991/92, ale na mecie sezonu uznał wyższość Szwajcara Paula Accoli (siedem razy wygrywał). Znowu w sezonie 1990/91 Girardelli wygrywając PŚ miał na swoim koncie tylko trzy wygrane. Sześć miał drugi Tomba, a cztery Szwajcar Franz Heinzer (czwarty na mecie sezonu). Tomba był w ogóle specjalistą od tego typu sytuacji, bo już w sezonie Igrzysk w Calgary (1987/88) wygrał aż dziewięć razy, zaś wygrany w PŚ Pirmin Zurbriggen (Szwajcaria) raptem dwa – to były jednak czasy dziwnych zasad liczenia punktów. Tyle samo razy co Zurbriggen wygrywało jeszcze trzech zawodników: dziewiąty Peter Mueller (Szwajcaria), trzynasty Martin Hangl (Szwajcaria) i piętnasty Daniel Mahrer (Austria). Girardelli znowu był specjalistą od wygrywania PŚ bez dużej ilości zwycięstw. Jednak w sezonie 1985/86 przeszedł samego siebie – wygrał trzy razy – aż pięciu zawodników miało lepszy wynik! Wspomniany Mueller (czwarty na mecie) i tragicznie zmarły w 1993 Słoweniec wtedy reprezentujący Jugosławię – Rok Petrovic (siódmy) wygrywali pięć razy, zaś Szwed Ingemar Stenmark (piąte miejsce), Zurbriggen (drugie) i Austriak Peter Wirnsberger I (ósme) – cztery. Trzy zwycięstwa odniósł też Niemiec Markus Wasmeier (trzeci) i raptem dziewiętnasty na końcu sezonu Szwajcar Joel Gaspoz. W sezonie 1983/84 najwięcej razy wygrał drugi w PŚ Stenmark (siedem), przed trzecim na końcu sezonu Girardellim (pięć zwycięstw). Zurbriggen triumfujący cztery razy wygrał PŚ i dzielił ilość zwycięstw z czwartym w PŚ Andreasem Wenzelem z Liechtensteinu. Dziwne zasady PŚ uderzały szczególnie w Stenmarka: dziesięć zwycięstw w sezonie 1980/81, jedenaście w sezonie 1979/90 dało Stenmarkowi raptem dwa drugie miejsca w PŚ. W 1980 wygrał Wenzel (trzy wygrane, tyle samo ile dziewiąty Mueller), zaś rok później Amerykanin Phil Mahre (bliźniak Steve’a, o którym pisałem po wyżej) z sześcioma zwycięstwami. Ale to nic, w sezonie 1978/79 genialny Szwed wygrał trzynaście razy by zająć piąte miejsce w PŚ. Napiszę o tym jeszcze raz: Stenmark wygrał trzynaście razy, dwa razy był drugi i dwa razy trzeci i był piąty w PŚ. To był ten sam sezon, w którym drugie miejsce zajął Stoch z dwoma miejscami na podium. Oczywiście wg dzisiejszych zasad liczenia punktów nie byłoby mocnych na Ingemara, ale ktoś mądry tak to wtedy wymyślił. Na końcu sezonu najlepszy okazał się Szwajcar Peter Luescher – trzy wygrane. Austriak Franz Klammer odniósł w sezonie 1974/75 osiem zwycięstw, zaś najlepszy Gustavo Thoeni wygrał sześć razy. W sezonie 1972/73 PŚ zdobył też G. Thoeni z trzema zwycięstwami. Tyle samo miał siódmy Jean Noel Augert, ale więcej – cztery – Szwajcar Roland Collombin – trzeci na mecie. Niemniej te dwa przypadki bledną przy zwycięstwie w PŚ Thoeniego 1971/72 – w zamierzchłych czasach (sezon 1971/72) wygrał PŚ z jednym tylko zwycięstwem – tyle samo miał drugi Henri Duvillard i jeszcze piątka innych zawodników. Więcej zwycięstw mieli: piąty Bernard Russi (Szwajcaria) i ósmy Karl Schranz (Austria) – trzy oraz po dwa – J-N. Augert (czwarty w PŚ), Edmund Brugmann (Szwajcaria – trzeci), brat Gustava – Roland Thoeni (siódmy) i Norweg Erik Haaker (dwunasty). Nie był to jednak pierwszy sukces pucharowy G. Thoeniego – on ma w dorobku aż cztery kryształowe kule i za każdym razem ktoś wygrał więcej razy niż on – także przy pierwszym zwycięstwie w sezonie 1970/71 – Thoeni wygrał wtedy cztery razy, a czwarty w PŚ J-N. Augert – pięć. Schranz zdobył w sezonie 1969/70 kryształową kulę z czterema zwycięstwami: tyle samo miał Francuz Alan Penz – piąty w PŚ i G. Thoeni – trzeci, więcej Patrick Russell – sześć.

Cofnęliśmy się aż do późnego Gomułki, by prześledzić historię panów, wrócimy do naszych czasów z paniami. Pierwszy raz taki przypadek zdarzył się u pań również w sezonie 1969/70 – Michele Jacot z Francji wygrywająca w PŚ miała cztery zwycięstwa, jej rodaczka Ingrid Lafforgue była w PŚ czwarta, ale wygrała sześć razy. W sezonie 1973/74 Annemarie Proell-Moser (Austria) wygrała PŚ triumfując po drodze cztery razy, Niemce Chriście Zechmeister tyle samo wygranych dało raptem czwarte miejsce. Niemka Rosi Mittermaier w sezonie 1975/76 wygrywając cztery razy zapewniła sobie kryształową kulę, druga na mecie Szwajcarka Lisa Marie Morerod zwyciężała o trzy razy więcej. Dwa lata później sześć zwycięstw miały zarówno pierwsza Hanni Wenzel (Liechtenstein), jak i druga Proell-Moser. Zaś w cyklu 1979/80 ta sama triumfatorka wygrała aż dziewięć razy – tyle samo co trzecia Marie Therese Nadig (Szwajcaria). Następna taka sytuacja miała miejsce dopiero w latach 90. W sezonie 1991/92 wszechstronna Austriaczka Petra Kronberger wygrała dwa razy zawody PŚ, ale w klasyfikacji generalnej nie miała sobie równych. Siedem razy triumfowała Francuzka Carole Merle (druga w “generalce”), pięć Szwajcarka Vreni Schneider (czwarta), po cztery razy Niemka Katja Seizinger (trzecia) i Austriaczka Sabine Ginther (szósta). Równie wszechstronna rodaczka Petry Anita Wachter rok później też wygrała PŚ zwyciężając tylko dwa razy. Druga Seizinger aż sześć razy stała na najwyższym stopniu podium, trzecia Merle i szósta Schneider – cztery, zaś piąta Ulrike Maier (Austriaczka, która już rok później miała tragicznie zakończyć swe życie podczas zjazdu w Garmisch-Partenkirchen) – trzy. W sezonie 1994/95 aż sześć razy wygrywała barwna reprezentantka USA Picabo Street (piąta na finiszu sezonu), a zwycięska Schneider raptem cztery. Potem długo nic. W sezonie 2002/03 Janica Kostelic (Chorwacja) wygrywając PŚ miała najwięcej zwycięstw (sześć), ale ex aequo ze swą wielką rodaczką Anją Paerson ze Szwecji (trzecia na końcu sezonu). Cztery lata później dwie zawodniczki zwyciężały aż osiem razy – były to czwarta na końcu sezonu Austriaczka Renate Goetschl i jej rodaczka Marlies Schild (szósta w PŚ). Nicole Hosp najlepsza w PŚ wygrywała cztery razy, podobnie jak trzecia Julia Mancuso. Sezon 2010/11 to pucharowa wygrana Marii Riesch (Niemcy) – potrzebowała na to sześć zwycięstw – tyle samo co Schild (szósta) i mniej niż Vonn – Amerykanka wygrała osiem razy i była druga w PŚ. Cztery lata później Amerykanka wygrała również osiem razy i wystarczyło to na trzecie miejsce, jej rodaczka Mikaela Shiffrin wygrała sześć razy i była czwarta w PŚ. Sześć razy wygrała też najlepsza na końcu sezonu Austriaczka Anna wtedy jeszcze Fenninger, dziś już Veith. Sezon później Vonn znów miała najwięcej zwycięstw (dziewięć) i znów nie była najlepsza w PŚ – wyprzedziła ją Lara Gut (Szwajcaria, sześć zwycięstw).

Jeszcze słowo o nietypowych krajach, których reprezentanci i reprezentantki punktowali w PŚ: Można znaleźć na liście takie kraje jak: Argentyna (oczywiście rodzeństwo Simari Birkner), Belgia, Chile, Grenada – Austriaczka Elfi Eder pod koniec kariery startowała w barwach tej egzotycznej wyspy, przymierzał się też kiedyś w okresie konfliktu z federacją do przeprowadzki tam skoczek Andreas Goldberger, podobno tam było najłatwiej z formalnościami, Iran i San Marino (celowo pisane razem, bo te kraje reprezentowała Włoszka Elena Matous, która jeszcze dodatkowo jeździła dla Luksemburga – ciekawe, że owa pani prowadziła też działalność gospodarczą w Polsce), Łotwa, Monako (wiadomo, Alexandra Coletti), Nowa Zelandia (dziś brzmi niesamowicie, ale Annelise Coberger i Claudia Riegler należały do światowej czołówki), Andora, Boliwia (góry tam są, ale zawodnik punktował jeden – pół-Amerykanin Scott Saunder-Sanchez), Białoruś, Dania, Irlandia, Łotwa, Islandia (Kristin Bjornsson nie był jedynym zawodnikiem, ale jedynym znaczącym – szaleniec, który potrafił stawać na podium), Meksyk (książe Hubert von Hohenlohe – znana postać), Mołdawia (czyli Urs Imboden po konflikcie z federacją), o Luksemburgu już było przy okazji Matous, ale w barwach tego płaskiego kraju jeździł też prawdziwy geniusz nart – Marc Girardelli, dla odmiany z pochodzenia Austriak.

Przyszły sezon niewątpliwie dopisze swoje karty do już bardzo długiej historii PŚ w narciarstwie alpejskim.

Źródło: Informacja własna

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.