Jest nadzieja dla narciarzy alpejskich w Polsce. “Może przestaniemy narzekać”

fot. Alicja Kosman / PZN

fot. Alicja Kosman / PZN

Narciarstwo alpejskie w Polsce od wielu lat boryka się z masą problemów. Odkąd nie można trenować na Kasprowym Wierchu i Nosalu, nie ma warunków do uprawiania tego sportu na najwyższym poziomie. Jest jednak szansa, że wkrótce ta kwestia ulegnie poprawie. – Liczę na podjęcie współpracy z Centralnym Ośrodkiem Sportu w Szczyrku, który ma wspaniałe trasy. Gdybyśmy w tym sezonie to dopięli, to będzie taki moment, w którym może będziemy mogli przestać narzekać – powiedział w rozmowie ze Sportsinwinter.pl Marcin Blauth, wiceprezes Polskiego Związku Narciarskiego ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu.

Mateusz Król: Zapytam najpierw, czy pandemia koronawirusa mocno dotknęła polskie narciarstwo alpejskie?

Marcin Blauth: To jest problem ogólnoświatowy i myślę, że my mamy podobną sytuację, jak alpejskie potęgi. Właściwie wszystkie kraje zamknęły niemal w jednym czasie ośrodki narciarskie. Może były niewielkie różnice czasowe, ale sport tak naprawdę zatrzymał się. Dla nas niewiele to wszystko zmieniło, bo mieliśmy tzw. sezon ogórkowy i to z różnych przyczyn. To znaczy, nie było tej zimy mistrzostw świata seniorów ani igrzysk olimpijskich. Dla nas najważniejszą imprezą były mistrzostwa świata juniorów. Niestety, startujemy tutaj tylko w konkurencjach technicznych [slalom i slalom gigant], a odbyły się tylko szybkościowe i gigant dziewczyn. Nie rozegrano trzech konkurencji ważnych dla nas, bo imprezę przerwano. Trzeba tu jednak powiedzieć uczciwie, że my jesteśmy dopiero w pewnej drodze i nie spodziewaliśmy się sukcesów podczas tej imprezy. Na pewno przez to wszystko przygotowania do nowego sezonu są utrudnione. Zauważamy jednak i pewne plusy. Maryna Gąsienica-Daniel przez to, że nie startowała tej zimy, mogła sporo potrenować. Na narty po kontuzji wróciła w grudniu i były plany startowe na finały Pucharu Świata, ale te zostały odwołane. W każdym razie liczę na to, że po tych treningach będzie w dobrej formie na początku następnego sezonu i powalczy w zawodach najwyższej rangi.

Warto tutaj zaznaczyć to, że udało nam się przeprowadzić właściwie wszystkie zawody, które planowaliśmy w Polsce. Dzięki temu, że przenieśliśmy je z końca sezonu na styczeń i luty, odbyły się chociażby mistrzostwa Polski. Poza tym rozegraliśmy zawody FIS i niemal cały Młodzieżowy Puchar Polski. Myślę, że pod tym względem naszemu sportowi udało się. Ominęliśmy ten marcowy moment wzrostu zachorowań na koronawirusa.

Rozmawialiście już w związku o tym, co będzie, jeśli granice państw zostaną dłużej zamknięte? To byłby spory cios dla naszego narciarstwa.

Myślę, że to jest problem, który we wszystkich federacjach jest poruszany. Liczymy na to, że jednak granice w Europie będą wkrótce otwarte. Jeśli nie niebawem, to chociaż na początku wakacji. Jeśli pozostałyby one zamknięte dłużej, to sprawiłoby to nam bardzo duże problemy. Sezon alpejski zaczyna się właściwie już latem, bo wtedy wyjeżdża się na lodowce. To jest ważny moment przygotowania. Jak wiemy, nie mamy gdzie u siebie jeździć wtedy na nartach, bo brakuje nam takich stoków. Aktualnie postawiliśmy na przygotowania zawodników pod względem atletycznym i kondycyjnym. Z uwagi na to, że ośrodki przygotowań zostają zamknięte, każdy robi to indywidualnie. Jak tylko pojawi się okazja, to będziemy chcieli pracować nad przygotowaniem fizycznym w Centralnych Ośrodkach Sportu. Na tym się skupimy do czasu możliwości jazdy na nartach. To też jest ważna część przygotowania, odgrywa znaczącą rolę. Mamy tutaj też sporo do nadrobienia względem świata.

Za nami zima, w której niewiele startów zaliczyli nasi zawodnicy w Pucharze Świata… Z czego to wynikało?

Mamy tutaj dwa powody. Od tego sezonu w Pucharze Świata mężczyzn wprowadzono regulacje, które pozwalają na start tylko zawodnikom mieszczącym się na listach światowych do 150. miejsca. Niestety, mamy aktualnie tylko jednego zawodnika, który spełnia takie wymagania. To Michał Jasiczek. Młodsi alpejczycy bardzo chcieliby wystartować w zawodach PŚ, ale nie mają na razie takiej możliwości. W przypadku kobiet problem jest innego typu. Maryna Gąsienica-Daniel przed kontuzją, wygrywając zawody Pucharu Europy, wywalczyła sobie świetny numer startowy. Była tuż za czołową trzydziestką. Na szczęście będzie miała podobny numer w nadchodzącym sezonie. To dobrze, numer startowy to ważna rzecz w zawodach. Tej zawodniczki nie było jednak przez cały sezon. Były inne plany, ale i tutaj pojawił się pech. Młodsze zawodniczki mocno przygotowywały się do startów w Pucharze Świata. Magdalenie Łuczak przytrafiła się niestety lekka kontuzja. Ona jest jeszcze juniorką, ale jest pomysł i pora na to, aby próbować w Pucharze Świata. Skończyło się zatem na jednym starcie Zuzanny Czapskiej [wywiad z Zuzanną po zawodach w Kranjskiej Gorze tutaj], która planowała jeszcze udział w zawodach pod koniec sezonu. Koronawirus jednak pokrzyżował te plany. Mam nadzieję, że odrobimy to w następnym sezonie.

Czy zatem jest tak, że w Polsce mamy Marynę i długo, długo nic?

Jeśli chodzi o narciarstwo kobiet, to sytuacja jest dobrze rokująca. Przede wszystkim mamy na razie rzeczywiście Marynę, która jest świetną zawodniczką. Aby wygrać Puchar Europy, który jest tylko nieco niżej pod względem poziomu od Pucharu Świata, trzeba naprawdę dobrze jeździć na nartach. W PE startują przecież też znakomite zawodniczki z PŚ. Te sukcesy pozwoliły Marynie uzyskać większą pewność siebie, co przełożyło się na lepsze miejsca w zawodach najwyższej rangi. Była w okolicach dwudziestki, co jest już właściwie czołówką światową. Co dalej? Dalej mamy trzy zawodniczki, które przygotowują się do startów w Pucharze Świata. Gonią Marynę, ale zobaczymy, co będzie w przyszłym sezonie. PŚ to bardzo trudny cykl i trzeba być do niego przygotowanym pod względem kondycyjnym, technicznym, ale i psychicznym. Nie liczmy na to, że od początku zawodnicy będą osiągać wyniki, z których sami będą zadowoleni. To są stoki i konkurencje, z którymi trzeba się oswoić, żeby powalczyć. W przyszłym sezonie Maryna będzie zatem walczyła o dobre miejsce, a może trzy, cztery inne zawodniczki wystartują w Pucharze Świata. Będą to jednak cały czas próby i zbieranie doświadczenia.

W przypadku chłopaków sprawa wygląda zupełnie inaczej. Tutaj konkurencja jest bardzo trudna i droga będzie na pewno dłuższa. Nasza młodzież musi jeszcze sporo potrenować, żeby do czołówki doszusować. To jest naprawdę trudne. Nasz najlepszy zawodnik jest aktualnie w okolicach setnego miejsca na listach. Pozostali powiedzmy w okolicach trzechsetnego. Z tego poziomu wskoczenie do trzydziestki jest bardzo trudne. Walczą o to zawodnicy na bardzo wysokim poziomie. Jest ich wielu. 

Po zeszłym sezonie do sztabu dołączył Ivan Ilanovsky. Miał być odpowiedzialny za Magdalenę Łuczak. Jesteście zadowoleni z tej współpracy?

Jesteśmy bardzo zadowoleni. On jest nie tylko świetnym trenerem i ekspertem, ale również człowiekiem. Otworzył nam oczy na wiele spraw związanych z aspektami sportowymi i przygotowaniem zawodników. Oprócz tego, że pracuje z Magdą, to pomaga także innym zawodnikom i trenerom. To było bardzo dobre doświadczenie. Dzięki temu, że Ivan jest z nami, otwierają się różne możliwości dla zawodników. Dzieli się swoją wiedzą, organizuje szkolenia dla trenerów. Można powiedzieć, że wykonaliśmy naprawdę dobry ruch zatrudniając go. Jeśli chodzi o Magdę, to jest to młoda zawodniczka, ale bardzo dobrze rokująca. Dlatego właśnie chcemy, żeby ten sztab szkoleniowy był bardzo profesjonalny. Tutaj Ivan znakomicie się sprawdza i co ważne, chce z nami pracować. Wcześniej był trenerem Francuzek z Pucharu Europy, ale tutaj bardziej mu się ta praca podoba. Jest szansa, że ta współpraca potrwa dłużej.

Możemy zatem oficjalnie potwierdzić, że Ilanovsky zostaje?

Tak. Będziemy tę współpracę kontynuować na pewno. Z dwóch stron jest do tego chęć i nie ma planów na to, żeby tutaj coś zmieniać. Raczej myślimy o długoletniej współpracy, jeśli Ivan będzie chciał, a nam pozwolą na to różne okoliczności.

Austriak Christian Leitner od kilku lat zajmuje się naszymi alpejczykami. Jak ta współpraca w ocenie w związku wypada? Dochodziły nas słuchy, że przed rokiem mogła się ona zakończyć.

Wygląda na to, że teraz będziemy współpracowali z Christianem na innych zasadach. Jesteśmy w trakcie ustaleń dotyczących przyszłego sezonu. Bierzemy jednak pod uwagę rozszerzenie współpracy o kolejne grupy. Do tej pory pod okiem tego trenera i Matica Skube znajdowało się czterech zawodników. Mamy takie plany, żeby poszerzyć sztab szkoleniowy i samą grupę treningową. Chcemy bowiem objąć szkoleniem młodszych zawodników, którzy mogą już startować w zawodach FIS poza granicami naszego kraju. Jesteśmy w trakcie rozmów na ten temat. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Na razie jest za wcześnie, aby mówić o finalnych rozwiązaniach. Na pewno będzie inaczej, jak do tej pory. 

Tej zimy ruszył specjalny program rozwoju narciarstwa alpejskiego – PolSKI Mistrz. Czego można się po nim spodziewać?

To jest program skierowany do młodych zawodników i tych, którzy marzą o karierze narciarza alpejskiego. Opiera się on na trzech filarach. Przede wszystkim celem jest przybliżenie bazy sportowej zawodnikom i trenerom. Do tej pory, jako że było bardzo trudno z warunkami treningowymi w kraju, wiele osób musiało wyjeżdżać zagranicę, aby zdobywać umiejętności alpejskie. W przypadku większej grupy zawodników, to z góry było skazane na porażkę. Nie da się bowiem w rozsądnych kosztach zamknąć kilku wyjazdów w roku na lodowiec, aby wyłonić tych najlepszych w kraju. Do tej pory nasze ośrodki sportowe były nastawione przede wszystkim na turystykę. Rozumiem to, bo dzięki temu żyją i mnóstwo osób uprawia narciarstwo alpejskie. Jednak od czasu, kiedy Bachleda-Curuś lub młodsi od niego zawodnicy, trenowali na Kasprowym Wierchu i Nosalu, baza nam się bardzo skurczyła. Można powiedzieć, że do zera. Dzięki wsparciu PFR, PKL i Kolei Gondolowej Krynickiej, udało się stworzyć zawodnikom miejsce do treningów i startu w zawodach. 

Drugi filar tego programu, to możliwość dofinansowania zawodnikom treningów. Dzięki temu, że otrzymaliśmy środki od naszych sponsorów, mogliśmy dofinansować i polepszyć organizację Młodzieżowego Pucharu Polski, lig alpejskich i zawodów FIS. Dzięki temu udało nam się trochę odciążyć rodziców i też ranga zawodów wzrosła.

Trzecia kwestia, to pomoc trenerom w zdobywaniu nowych kompetencji w pracy z zawodnikami. Na to chcemy kłaść rzeczywiście nacisk. Na tym programie skorzystali także nasi kadrowicze, którzy mogli dzięki temu potrenować w kraju. Nie możemy zapominać także o snowboardzie, który został również objęty tym programem. Liczę na to, że ta współpraca przyniesie nam w przyszłości świetne wyniki i dzięki temu zyskamy partnera, który rzeczywiście chce zainwestować w przyszłość tego sportu. 

Kilka lat temu był problem ze znalezieniem sponsora dla narciarstwa alpejskiego w Polsce. Czy to już za nami?

Można powiedzieć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zawsze chce się być młodym, pięknym i bogatym. Muszę jednak powiedzieć, że ta współpraca z PFR-em, PKL-em i Krynicką Koleją Gondolową, układa nam się naprawdę dobrze. Liczę jeszcze na podjęcie współpracy z Centralnym Ośrodkiem Sportu w Szczyrku, który ma wspaniałe trasy. Gdybyśmy w tym sezonie to dopięli, to będzie taki moment, w którym może będziemy mogli przestać narzekać, że nie ma gdzie w Polsce trenować i uprawiać tej dyscypliny. Wszystko zmierza naprawdę w dobrym kierunku. Jestem tutaj optymistą. Czy to się przełoży na wynik? Trudno przewidzieć. Na pewno tej bazy potrzebujemy. Nie możemy tracić młodzieży w wieku 15-16 lat. Dzisiaj nasi zawodnicy, którzy trafiają na międzynarodową arenę, widzą tamtejsze zlodzone trasy i mówią: “O Boże, ja mam tutaj zjechać?”. Mam nadzieję, że to się zmieni wkrótce. Tak, by w Polsce trasy były trudniejsze i nasi zawodnicy byli przyzwyczajeni do warunków, które mają ich rówieśnicy w pozostałych krajach. Liczę na to, że wkrótce w uda się inaczej przygotowywać trudne stoki. To by pozwoliło nam wydłużyć okres treningów. Zawodnicy mogliby trenować na nich już od listopada. Wtedy przychodzą do nas mrozy. Gdyby tak sztucznie te trudne trasy naśnieżyć, zalać wodą i utwardzić, to będziemy w zupełnie innym miejscu w porównaniu z rywalami z Włoch, czy Austrii.

Udostępnienie Kasprowego Wierchu pozwoliłoby rozwiązać te wszystkie problemy? Andrzej Bachleda-Curuś mówił niedawno, że Zakopane przestało być kolebką narciarstwa i to stanowi największy problem w naszym kraju.

Nie da się ukryć, że fatalnie się stało. My, jako kraj, który kocha jeździć na nartach, straciliśmy bardzo wiele. Ten czas, kiedy można było trenować na Kasprowym Wierchu, pokrywał się ze świetnymi wynikami w polskim narciarstwie. Wówczas te trasy na Kasprowym i Nosalu były bardzo podobne do tych, które były na najważniejszych imprezach. Na Kasprowym można było trenować gigant, a na Nosalu slalom i to zupełnie wystarczało. Jeździło się na naturalnym śniegu, więc warunki były podobne do tych, jakie panowały w miejscach, gdzie nasi zawodnicy jeździli rywalizować. Dzisiaj to wygląda inaczej. Warunki muszą być jak najbardziej zbliżone do tych, w których będzie się startowało. Dopóki na Kasprowym nie będzie można naśnieżać sztucznie tras, będziemy mieli problem. To jest ta z naszych gór, którą można byłoby najszybciej uruchomić. Przy niewielkim dośnieżaniu moglibyśmy korzystać z niego od początku listopada do nawet końca maja. W Zakopanem rzeczywiście narciarstwo zostało pozbawione tych najważniejszych stoków. Nosal przestał istnieć, Gubałówka także, a Kasprowy jest tylko górą turystyczną. To nam naprawdę bardzo ograniczyło możliwości trenowania, ale cóż… jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Postaramy się tworzyć te warunki na tych górach, które są nam dostępne. Jako PZN możemy tylko żałować, że nie udało się wypracować tutaj jakiegoś kompromisu. Tym bardziej, że z sukcesu sportowego cieszymy się wszyscy. Nie ma tutaj znaczenia pogląd polityczny, czy ekologiczny.

%d bloggers like this: