Jak Justyna Kowalczyk wygrała Tour de Ski drugi raz z rzędu

fot. Anna Felska

Droga do galerii sław Justyny Kowalczyk była długa, kręta, wyboista i stroma. Dokładnie taka, jak ostatni etap Tour de Ski. Z perspektywy czasu może się wydawać, że wygrane biegaczce z Kasiny Wielkiej przychodził łatwo. Warto jednak pamiętać, że za nim była najlepsza na trasie, musiała harować jak wół. Świąteczno-noworoczny okres był jednak dla niej nagrodą. I to taką, jakiej nikt dotąd nie dostał.

W pamięci polskich kibiców na pewno najlepiej utkwił Tour de Ski 2011/2012, kiedy wreszcie Justyna Kowalczyk mierzyła się z Marit Bjoergen. Do tego wygrała. Ważny jednak był także tour rozgrywany rok wcześniej. Trzeba było bowiem odbudować pewność siebie. I to, mimo braku na liście obecnych Bjoergen, udało się dokonać. Jak ważne to było? Bardzo. Trudno dzisiaj w to uwierzyć, ale Justyna przed startem prestiżowej imprezy, nie wygrała ani jednego biegu w Pucharze Świata. Najwyżej była druga. Zawsze za plecami Marit. Zdarzało się jednak, że przegrywała także z innymi biegaczkami. Tak to już było, że Kowalczyk rozpędzała się wraz ze startami. Nigdy jednak nie było pewności, czy na jednej z najważniejszych imprez sezonu forma “odpali”.

Na przełomie roku 2010/2011 forma była bardzo istotna, bowiem zbliżały się mistrzostwa świata w “paszczy lwa”. Oslo było ważnym punktem sezonu, ale najpierw trzeba było dobrze wypaść w Tour de Ski. Polka stała przed szansą, aby jako jedyna wygrała tę imprezę dwa razy z rzędu. A wszystko zaczęło się od prologu w Oberhofie. Reprezentantka Polski rywalizowała w stylu łyżwowym na dystansie 2,5 km. Chociaż nie był to jej ulubiony styl, to udało się wygrać. Za plecami Kowalczyk znalazła się mistrzyni olimpijska na 10 km “łyżwą” Charlotte Kalla. Szwedka wygrała TdS kilka lat wcześniej. Czy zatem ona miała być największym zagrożeniem dla Polki? Być może tak to miało wyglądać, ale wyszło nieco inaczej.

Kolejny etap to bieg na 10 km stylem klasycznym. Nadal w Niemczech, ale tym razem w Oberstdorfie. Tutaj wątpliwości raczej nikt nie miał. Kowalczyk biegła na swoim koronnym dystansie i musiała wygrać. Tak też się stało. Za naszą zawodniczką Krista Lähteenmäki (dziś Parmakoski) z Finlandii, która przegrała jednak o ponad 27 sekund. To właśnie Finka była wiceliderem cyklu po tych zmaganiach. Jeśli jednak ktoś myśli, że Justyna wygrywała kolejne biegi w podskokach, to trzeba przyznać, ze grubo się pomylił. Polka nie wygrała trzech kolejnych etapów. W sprincie stylem klasycznym przegrała z Petrą Majdić. W biegu łączonym na 10 km zajęła “dopiero” piątą lokatę. Triumfowała wicemistrzyni w tej specjalności Anna Haag. W Toblach rozegrany sprint stylem dowolnym wygrała Petra Majdić. Kowalczyk odpadła w ćwierćfinale i zajęła 22 miejsce. Mimo wszystko pozostawała liderką całej imprezy? Jak to możliwe? To proste… wciąż była regularnie punktującą zawodniczką. A na czele zawodniczki zmieniały się jak rękawiczki.

Do końca cyklu zostawały trzy etapy. Kowalczyk nad Petrą Majdić miała przewagę niespełna 40 sekund. Potrzeba było lepszych rezultatów, a najlepiej wygranych. I to stało się na dystansie 15 km stylem dowolnym w Toblach. Polka zostawiła w tyle rywalki. Na podium stanęły dwie Włoszki: Adrianna Follis i Marianna Longa. I to one były w klasyfikacji generalnej tuż za Justyną. Obie traciły w okolicach pół minuty. W przed ostatnim etapie (10 km klasykiem) Kowalczyk znów powinna była wygrać. Rywalki były blisko, a wspinaczka na Alpe Cermis zwykle jest niewiadomą. Na szczęście mistrzyni olimpijska wygrała start wyprzedzając o 6 sekund Theresę Johaug. Na podium była też Marianna Longa, ale straciła blisko minutę. W efekcie na Alpe Cermis Justyna Kowalczyk ruszała z przewagą wynoszącą ponad dwie minuty.

Therese Johaug ruszała na finałową wspinaczką z ponad 3:30 minuty straty. Justyna miała sporą przewagę nad wszystkimi rywalkami. To dało jej komfort i właściwie bez większych przeszkód mogła cieszyć się z wygranej. W przypadku Alpe Cermis zawsze pojawiało się ryzyko, że organizm może nie wytrzymać. Jednak twarda góralka z Kasiny Wielkiej znów dobiegła jako pierwsza. Jako jedyna w historii wygrała Tour de Ski dwa razy z rzędu (do 2011 roku). Lekkie emocje były tylko wtedy, kiedy Johaug bardzo szybko odrabiała straty. Kowalczyk miała jednak wszystko pod kontrolą. Therese ostatecznie przybiegła na metę jako druga, a jej strata wyniosła już tylko 1:21,5. Trzecie miejsce wywalczyła Marianna Longa.

Źródło: Informacja własna

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.