Jak Justyna Kowalczyk po raz ostatni wystartowała w Tour de Ski

Są takie miejsca czy wydarzenia, które nieodłącznie kojarzone są z osobami, mającymi istotny wpływ czy to na przebieg określonego wydarzenia, czy rozwój danego miejsca. Postacią, która zapisała się złotymi zgłoskami w trzynastoletniej już historii kobiecego Tour de Ski, jest oczywiście Justyna Kowalczyk – ośmiokrotna uczestniczka i czterokrotna zwyciężczyni tego prestiżowego cyklu, która w roku 2016 po raz ostatni wzięła udział w owej imprezie.

Po jedenastym miejscu w premierowej odsłonie cyklu Tour de Ski w sezonie 2006/2007, siódmej lokacie w kolejnej edycji cyklu, czwartej pozycji w następnym sezonie, czterech kolejnych zwycięstwach w końcowej klasyfikacji całej imprezy, nieoczekiwanym wycofaniu z touru jeszcze przed jego rozpoczęciem w sezonie 2013/2014 oraz zasłabnięciu na trasie wspinaczki na Alpe Cermis w następnej edycji zawodów, przyszedł czas na ostatnie w karierze zawodniczej „spotkanie” Justyny Kowalczyk z imprezą, której jest ona niekwestionowaną bohaterką i ambasadorką.

Jubileuszowa (dziesiąta) edycja Tour de Ski rozpoczęła się 1 stycznia 2016 roku w szwajcarskiej miejscowości Lenzerheide. Cykl ten liczył wówczas osiem etapów, spośród których cztery rozgrywano stylem klasycznym i cztery stylem dowolnym. Po raz pierwszy od kilku lat Polka nie była uznawana za jedną z głównych faworytek do końcowego tryumfu, choć przecież, biorąc pod uwagę jej wcześniejsze sukcesy, rywalki zdawały sobie sprawę, że nie należy jej lekceważyć. Po jedenastej lokacie w cyklu Ruka Triple, trzydziestej drugiej pozycji w skiathlonie rozgrywanym na dystansie 15 kilometrów w norweskim Lillehammer, absencji w zawodach w Davos oraz ósmej lokacie w swej koronnej konkurencji (10 kilometrów stylem klasycznym) we włoskim Toblach, nie należało oczekiwać nagłej eksplozji formy na szwajcarsko-niemiecko-włoskich trasach. Pamiętać należy przy tym, iż w marcu 2015 roku Justyna Kowalczyk przeszła operację kolana, zaś w grudniu tego samego roku – na krótko przed rozpoczęciem touru – miała kolejny zabieg. Wszystkie te zdarzenia sprawiły, że głównych pretendentek do zwycięstwa w Tour de Ski należało upatrywać nie w reprezentantce Polski, a przedstawicielkach innych nacji – w tym przede wszystkim w Norweżkach.

Już premierowy noworoczny start pokazał, kto będzie „rozdawał karty” w prestiżowym cyklu. W sprincie stylem dowolnym tryumfowała bowiem norweska mistrzyni olimpijska z Soczi – Maiken Caspersen Falla, która o 0,40 sekundy pokonała Idę Ingemarsdotter ze Szwecji oraz o 0,54 sekundy swą koleżankę z reprezentacji – Ingvild Flugstad Østberg. Nadzwyczaj dobry wynik w tychże zawodach osiągnęła późniejsza tryumfatorka całego cyklu – specjalizująca się w biegach długodystansowych – Therese Johaug, która w pierwszych zawodach roku 2016 zajęła piętnastą lokatę, odpadając z rywalizacji o zwycięstwo w biegu ćwierćfinałowym. Znacznie gorzej poradziła sobie wówczas Justyna Kowalczyk, kończąc udział w sprincie dopiero na pięćdziesiątym dziewiątym miejscu (jednym z najgorszych w historii jej występów w Pucharze Świata).

Po nielubianym przez Polkę sprincie stylem łyżwowym przyszedł czas start masowy rozgrywany stylem klasycznym na dystansie 15 kilometrów. Podobnie jak poprzednio, tak również ten bieg odbywał się w szwajcarskim ośrodku narciarskim. Do startu tego nie przystąpiła dotychczasowa liderka cyklu, Maiken Caspersen Falla. Mimo bardzo dobrego początku biegu (siódme miejsce po przebiegnięciu 2,50 kilometra), w dalszej części biegu Justyna Kowalczyk znacznie osłabła, co przełożyło się na zajęcie przez Polkę dziewiętnastej lokaty. Bieg ten zdominowały oczywiście Skandynawski. W pierwszej dziesiątce znalazło się ich bowiem dziewięć (cztery Norweżki, cztery Finki i jedna Szwedka), zaś jedyną zawodniczką spoza Półwyspu Skandynawskiego, która zdołała nawiązać z nimi walkę, była reprezentująca Austrię, Teresa Stadlober (ósma lokata). Bieg ten wygrała Therese Johaug (zostając tym samym liderką touru), wyprzedzając Ingvild Flugstad Østberg i Heidi Weng odpowiednio o niespełna 38 sekund oraz nieco ponad 76 sekund. Warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, jak niezwykle wyczerpujący był to start. O trudnościach z ukończeniem biegu mówiła wyraźnie rozgoryczona i zawiedziona swoją postawą w nim Kowalczyk, zaś na jego mecie zasłabła indywidualna złota medalistka z Mistrzostw Świata, odbywających się w 2007 roku w Sapporo, Astrid Uhrenholdt Jacobsen.

Kolejny bieg w Lenzerheide to ponowny pokaz dominacji reprezentantek Norwegii. Tym razem jednak – w biegu pościgowym na dystansie 5 kilometrów – Therese Johaug i Ingvild Flugstad Østberg „zamieniły się miejscami”, zaś podium uzupełniła Heidi Weng. Justyna Kowalczyk musiała natomiast zadowolić się dwudziestą pierwszą lokatą. Bieg ten był w pewnym sensie przełomowy. Pierwsze zwycięstwo „na dystansach” odniosła bowiem – uważana za znakomitą sprinterkę (ale tylko sprinterkę) – wspomniana Østberg, pozbawiając tym samym Johaug czerwonej koszulki liderki Tour de Ski.

Po trzech startach w Szwajcarii rywalizacja przeniosła się do niemieckiego Oberstdorfu, gdzie 5 stycznia rozegrano sprint stylem klasycznym. Dzień później odbył się z kolei start masowy na 10 kilometrów (również „klasykiem”). W pierwszym z owych startów z premierowego zwycięstwa mogła cieszyć się Amerykanka, Sophie Caldwell, która o 0,10 sekundy pokonała Heidi Weng oraz o 0,80 sekundy okazała się lepsza od liderki cyklu, Ingvild Flugstad Østberg. Rewelacyjny wynik odnotowała Therese Johaug, która uplasowała się na piątym miejscu. Justyna Kowalczyk, po odpadnięciu w biegu ćwierćfinałowym, zajęła ostatecznie czternastą lokatę, awansując dzięki temu w łącznej klasyfikacji touru na dwudziestą drugą pozycję. Układ trzech czołowych miejsc pozostał bez zmian.

Rozegrany 6 stycznia bieg masowy na 10 kilometrów stylem klasycznym po raz kolejny potwierdził dominację Norweżek, Finek i Szwedek. Tym razem jedyną nieskandynawką w czołowej dziesiątce zawodów była Niemka, Denise Hermann, znana dziś szerszej publiczności głównie ze startów na biathlonowych trasach. Przez większą część dystansu o miano najlepszej „nieskandynawki” godnie walczyła Justyna Kowalczyk, która na nieco ponad dwa kilometry przed metą zajmowała czwartą lokatę. Niestety, na jednym ze zjazdów Polka upadła, dając się wyprzedzić wielu rywalkom. Mimo prób „doszusowania” do zawodniczek, z którymi mieszkanka Kasiny Wielkiej dotychczas biegła, Kowalczyk – ewidentnie wybita z rytmu – nie zdołała zbliżyć się do swych rywalek. Co więcej, zamiast przesuwać się do przodu w klasyfikacji biegu, traciła ona kolejne pozycje, w efekcie kończąc bieg na siedemnastej lokacie. Ze zwycięstwa cieszyła się Therese Johaug, niespełna 10 sekund za nią linię mety przekroczyła Ingvild Flugstad Østberg, która w dalszym ciągu mogła cieszyć się z posiadania koszulki liderki cyklu.

Po rywalizacji w Niemczech zawodniczki przeniosły się do Włoch, by wziąć udział w trzech ostatnich zawodach wliczanych do klasyfikacji Tour de Ski. Bieg na 5 kilometrów stylem dowolnym ponownie wygrała reprezentantka Stanów Zjednoczonych. Tym razem nie była to jednak Sophie Caldwell, a Jessica Diggins (która dwa lata później zajęła trzecie miejsce w końcowej klasyfikacji touru). Po zajęciu trzeciego miejsca Østberg powiększyła ponad dwukrotnie swą przewagę nad piątą w biegu Johaug (z 12,20 sekundy do 25,30 sekundy). Justyna Kowalczyk, po uplasowaniu się na osiemnastej lokacie, w klasyfikacji touru zamykała drugą „dziesiątkę”.

Odbywające się dzień później (tj. 9 stycznia) zawody w Val di Fiemme nie przyniosły większych zmian w czołówce szwajcarsko-niemiecko-włoskiej imprezy. W biegu na dystansie 10 kilometrów rozgrywanym techniką klasyczną swą przewagę w klasyfikacji generalnej touru o ponad 13 sekund nad Therese Johaug powiększyła Ingvild Flugstad Østberg. Bieg ten był jednakże wyjątkowy dla Heidi Weng, która po raz pierwszy mogła poczuć smak pucharowego zwycięstwa. Co prawda, victoria ta, jak już zauważono, nie spowodowała większych roszad w klasyfikacji Tour de Ski, jednakże z pewnością dodała ona pewności siebie skromnej Norweżce. Wystarczy dodać, że w Pucharze Świata 2015/2016 Weng jeszcze dwukrotnie odnosiła tryumfy na trasach biegowych.

Wspinaczka na Alpe Cermis – zgodnie z przewidywaniami – przebiegła pod dyktando Therese Johaug. Norweżka, mimo niespełna 39 sekund straty do prowadzącej przed ostatnim biegiem Ingvild Flugstad Østberg, bardzo szybko wysunęła się na prowadzenie; ostatecznie wyprzedzając swą koleżankę z reprezentacji o niespełna dwie i pół minuty. Podium touru uzupełniła (a jakże!) Heidi Weng, choć trzeci wynik netto morderczego biegu – podobnie jak dwa lata wcześniej – uzyskała Amerykanka, Elizabeth „Liz” Stephen. Justyna Kowalczyk swoją przygodę z Tour de Ski zakończyła na dwudziestym trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej.

10 stycznia 2016 roku jest bardzo ważną datą w historii Tour de Ski. Tego dnia po raz ostatni miało bowiem miejsce spotkanie dwóch jakże dobrych „znajomych” – biegaczki, która przez osiem lat pisała piękną historię o marzeniach, które, dzięki ciężkiej pracy i wierze we własne umiejętności, mogą się spełniać, oraz góry, która – z istoty swej natury – patrzy na innych z wyższością, z pokorą odnosząc się jedynie do wybitnych jednostek. Po nieukończeniu wspinaczki w 2015 roku, w roku 2016 swoistym celem Justyny Kowalczyk nie było zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Tour de Ski, tylko dobiegnięcie do mety ostatniego etapu i „pożegnanie się” z górą oraz imprezą, której stała się ona żywym symbolem i ambasadorką. Bez względu na to, jak w kolejnych latach przebiegać będzie rywalizacja w Tour de Ski, bez względu na to, kto będzie zdobywał kolejne laury, bez względu na to, jak okazałe będą to zwycięstwa – Justyna Kowalczyk już zawsze będzie ikoną cyklu zawodów znanych pod nazwą „Tour de Ski”.

Źródło: sportowefakty.wp.pl/Informacja własna

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: