Skoki narciarskie w latach 90-tych. Ja jako były… czyli wspomnienia kombatanta

Jako redakcyjny dziadek jestem w uprzywilejowanej sytuacji. Otóż gdy sezon się skończy, a trwają dowolne Święta to nasz redaktor naczelny zawsze mnie wytypuje do napisania jakiegoś kombatanckiego tekstu z czasów, które niby to były wczoraj, ale dla wielu naszych czytelników to taka sama przeszłość jak dla mnie remis na Wembley. 

Dziś jednak zamiast napisać wspomnienie z jednych, konkretnych zawodów chciałbym zabrać naszych czytelników w bardziej przekrojową podróż w przeszłość. Trochę napisać o tym, jak wyglądało życie fana sportów zimowych z czasów przed małyszomanią i przed… wszechobecnym Internetem.

Jak to się zaczęło

Moja fascynacja sportami zimowym jest wyjątkowo długa i trwała. Sięga ona aż czasów przedszkolnych. Świadomie już oglądałem jako pięciolatek Turniej Czterech Skoczni 1989/90. Co ciekawe moi pierwsi sportowi idole pochodzili z Niemec – byli to Dieter Thoma i Jens Weissflog. Obaj mieli przed sobą jeszcze wiele lat startów na wysokim poziomie. Ktoś może się zdziwić, że nie byli to Polacy. Cóż… wtedy polskie skoki narciarskie były akurat w wyjątkowym dołku, który jeszcze kilka lat miał potrwać.

Szybko do skoków narciarskich doszły kolejne dyscypliny. Narciarstwo alpejskie na pewno również oglądałem jeszcze przed pójściem do szkoły. Pamiętam dość dobrze MŚ w Saalbach w 1991 i takich zawodników jak Marc Girardelli, Alberto Tomba, czy Austriaków Stefana Eberhartera i tragiczną postać tamtych lat Rudolfa Nierlicha. Rudi kilka miesięcy po wielkim triumfie w gigancie na wspomninach MŚ zginął w wypadku samochodowym, o czym dowiedziałem się dopiero później. Mój ojciec znając moją wrażliwość na takie wiadomości zwykł je bowiem przede mną cenzurować. Podobnie było – co zabrzmi niewiarygodnie, ale daję słowo honoru, że to prawda – też z wiadomością o śmierci legendarnego kierowcy F1 Ayrtona Senny, któremu bardzo kibicowałem. Dowiedziałem się o niej również z parodniowym opóźnieniem.

Czytelnicy mogą się zastanawiać po co w ogóle o tym piszę. Otóż mam w tym swój cel. Pokazuje bowiem, jakie to były czasy. Takie informacje po prostu łatwo było ukryć, bo Internet był wtedy dostępny tylko na uczelniach i to raczej nie w Polsce. W telewizji można było zobaczyć tylko najważniejsze zawody. O dostępie do Eurosportu ciężko było co najmniej przez parę lat jeszcze marzyć. Moim źródłem informacji były wiadomości telewizyjne, potem telegazeta (z niej zresztą długo korzystałem, a znam takich oldschoolowców, którzy korzystają do dziś!, w każdym razie strona 201 ludziom z mojego pokolenia wiele mówi), oczywiście gazety – głównie katowicki “Sport”, który w moich rejonach był dużo bardziej popularny niż “Przegląd Sportowy”.

Zimowe Igrzyska w Albertville pamiętam już całkiem nieźle. Podobnie jak nieco wcześniejszy Turniej Czterech Skoczni. Ze skoczków najbardziej pamiętam z 1992 takie postaci jak Austriacy Ernst Vettori oraz Martin Hoellwarth i oczywiście Fin Toni Nieminen. Ale tu pojawia się pierwszy łącznik z czasami nam współczesnymi bowiem wtedy już mocno swoją obecność zaznaczał na światowych skoczniach pewien młody zawodnik (choć nie debiutant) z Japonii. Mowa oczywiście o Noriakim Kasaiu. Do dziś też doskonale pamiętam wyczyny Patricka Ortlieba na trasie zjazdowej, czy niesamowite pojedynki biegaczy norweskich – Bjoerna Daehliego i Vegarda Ulvanga.

Era kablówek

Od tego czasu starałem się dość dokładnie śledzić zimową rywalizacje. Na tyle, na ile ówczesne możliwości pozwalały. Duża zmiana jakościowa w moim kibicowskim życiu nastąpiła w sezonie 1994/95, kiedy to w codzienność wkroczyła z hukiem telewizja kablowa. I tam można było oglądać już dość regularnie zawody dzięki telewizji Eurosport. Moim ulubieńcem pozostał wówczas Weissflog, ale ostro rywalizował z Andreasem Goldbergerem o to miano. Oczywiście polska wersja powstała jakiś czas później. Można było więc śmiać się notorycznego u angielskich komentatorów “Adam Malish from Zakopane”.

No właśnie – Adam Malish przepraszam – oczywiście Adam Małysz. W sezonie 1995/96 nastąpił jego pierwszy w karierze wzlot. Wtedy jeszcze dość krótkotrwały i nie wywołał takiej reakcji jak ten drugi i dużo dłuższy. Nie przeszedł on jednak bez echa. Dla mnie osobiście to był ciekawy czas. Wtedy zacząłem dość regularnie jeździć na zawody. W sezonie 1996/97 był to tylko Puchar Kontynentalny (za to z udziałem ówczesnego lidera PŚ Primoza Peterki), potem już Puchar Świata. Wówczas frekwencja na zawodach była dużo niższa. Dominowało raczej podejście ekspercko-koneserskie. Adam Małysz po krótkotrwałym wzlocie miał wtedy już dołek formy. Próbował o zwycięstwo walczyć Robert Mateja, ale nigdy nie potrafił oddać dwóch równych skoków. Zawody jednak zawsze były bardzo ciekawe. Zdecydowanie więcej krajów wystawiało wtedy swoich zawodników na Puchar Świata, nie była to też jeszcze epoka wielkich dominatorów (tę jednak miał rozpocząć już niedługo, bo w sezonie 1998/99 Martin Schmitt).

Wyniki za wypracowanie

Kolejny skok jakościowy nastąpił dla mnie w sezonie 1998/99. Wtedy już byłem uczniem szkoły średniej, a Internet wchodził powoli w nasze życie. Dziś to brzmi dość egzotycznie, ale wówczas posiadanie stałego łącza było oznaką luksusu, zaś kawiarenki internetowe wyrastały jak grzyby po deszczu. Niemniej wyniki można było już w Internecie znaleźć. Do dziś pamiętam, jak posiadający stały dostęp do Internetu i drukarkę kolega z klasy (z którym bliskie przyjacielskie relacje utrzymuję do dziś – dalej też interesuje się on sportami zimowymi ze szczególnym wskazaniem na hokej) w zamian za pomoc w pisaniu wypracowań z polskiego drukował mi hurtowo wyniki. Znany byłem w klasie ze skrzywienia na punkcie skoków, oj tak. Nie lubiłem też chodzić do szkoły wtedy, gdy za dnia odbywały się jakieś zawody. Rodzice moi byli w tej kwestii dość tolerancyjni, acz do dziś pamiętam jaki numer wycięła mi mama, kiedy chcąc oglądać konkurs w Innsbrucku zasymulowałem chorobę. Postanowiła wysłać mnie akurat w czasie konkursu do lekarza. Kiedy na takie dictum wyraziłem swój protest usłyszałem, że trzeba było nie udawać, tylko powiedzieć, że nie chcę skoków ominąć. Cóż – miałem nauczkę na przyszłość.

Kiedy byłem w trzeciej klasie ogólniaka w nasze życie wkroczyła z wielkim hukiem małyszomania. Ale to już zupełnie inna historia, może na kolejną przerwę świąteczną. Te pionierskie czasy zawsze będę wspominał z wielkim sentymentem.

źródło: własne