Historia PŚ w biegach. Szczęśliwa siódemka Bocek

Fot. legionowo.pl

Fot. legionowo.pl

Dwudziesta odsłona rywalizacji o Kryształową Kulę przyniosła wiele interesujących rozstrzygnięć. Z dobrej strony w sezonie 1992/1993 pokazały się między innymi reprezentantki Polski. Największymi bohaterami owej zimy byli jednak Bjørn Dæhlie i Lubow Jegorowa, którzy zwyciężyli w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Punktowa rewolucja

Sezon 1992/1993 zainaugurowany został 12 grudnia 1992 roku w austriackim Ramsau. Jego epilog miał z kolei miejsce 20 marca 1993 roku w słowackim Štrbskim Plesie. W okresie nieco ponad trzech miesięcy rywalizacji o Kryształową Kulę zawodnicy i zawodniczki wzięli udział w trzynastu konkurencjach indywidualnych oraz sześciu biegach sztafetowych. Panowie mieli łącznie do pokonania 565 kilometrów; panie z kolei musiały przebiec dystans 285 kilometrów. Zazwyczaj do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej zawodnikom wystarczało zdobycie poniżej 200 punktów. W sezonie 1992/1993 zdobywca Kryształowej Kuli wśród mężczyzn wywalczył 696 „oczek”, zaś najlepsza biegaczka zgromadziła ich na swoim koncie aż 760. Powodem tak diametralnej dysproporcji w zdobyczach punktowych (w porównaniu do wcześniejszych lat) oczywiście nie było zwiększenie ilości biegów odbywających się w ramach cyklu pucharowego. Wszak różnica jednego czy dwóch biegów indywidualnych nie mogłaby aż w takim stopniu wpłynąć na ilość wywalczonych punktów do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Przyczyny zaistniałej sytuacji należy doszukiwać się przede wszystkim w zmianie regulaminu przyznawania punktów za poszczególne pozycje zajęte przez zawodników i zawodniczki. System naliczania punktów, który zaczął obowiązywać od sezonu 1992/1993, istnieje po dzień dzisiejszy. Zgodnie z nim tryumfator zawodów otrzymuje 100 punktów. Za zajęcie drugiego miejsca przysługuje ich 80, trzeciego – 60, czwartego – 50, piątego – 45, szóstego – 40, siódmego – 36, ósmego – 32, dziewiątego – 29, dziesiątego – 26, jedenastego – 24, dwunastego – 22, trzynastego – 20, czternastego – 18, piętnastego – 16, zaś każdego kolejnego aż do trzydziestego o jeden punkt mniej od poprzedniego. To właśnie owa zmiana sposobu przyznawania punktów tak istotnie wpłynęła na wyniki klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegach narciarskich, w której ponownie równych nie mieli sobie Norweg oraz Rosjanka…

Rosyjsko-norweski tryumf

O ile szczęśliwym tryumfatorem z Norwegii po raz drugi z rzędu został – pochodzący z Elverum – Bjørn Dæhlie, o tyle wśród pań zwycięstwa sprzed roku nie udało się powtórzyć Jelenie Wialbe, która – pomimo trzech pucharowych wygranych odniesionych zimą z przełomu lat 1992/1993 – ostatecznie musiała zadowolić się drugą lokatą na koniec sezonu. Tą, która pokrzyżowała jej szyki w misternym planie, jakim było wywalczenie trzeciej Kryształowej Kuli z rzędu (czym powtórzyłaby wyczyn słynnej Finki, Marjo Matikainen), była Lubow Jegorowa. Urodzona w Siewiersku biegaczka nie miała sobie równych w czterech pucharowych startach, stając na podium opisywanej zimy łącznie w dziesięciu indywidualnych biegach. Dzięki jej znakomitej postawie pierwszą – i jak dotąd jedyną – zawodniczką, która wyrównała osiągnięcie fińskiej parlamentarzystki (po zakończeniu kariery sportowej Marjo Matikainen związała swoje życie z polityką), została… Justyna Kowalczyk. Jegorowa drugą w klasyfikacji generalnej Wialbe pokonała o 50 punktów. Trzecia – Stefania Belmondo – straciła zaś do niej 164 „oczka”. Wśród panów na najniższym stopniu podium stanął pomysłodawca cyklu Tour de Ski, Vegard Ulvang. 73 punkty więcej od niego wywalczył Władimir Smirnow z Kazachstanu. Ten z kolei musiał uznać wyższość wspomnianego już Dæhliego, który zgromadził na swoim koncie o 47 „oczek” więcej od urodzonego w Szczuczinsku zawodnika. Co ciekawe, w latach 90. Smirnow był jednym z najbardziej lubianych biegaczy w środowisku narciarskim. Mimo nieustannej walki na trasach z reprezentantami Norwegii, prywatnie miał wielu przyjaciół pochodzących z „kraju Wikingów”.

Męska wyprawa

Jak już wspomniano, nie jest tajemnicą, że Władimir Smirnow posiadał wielu przyjaciół zamieszkujących poza granicami Kazachstanu. On sam zresztą, mimo iż od sezonu 1991/1992 reprezentował kazachskie barwy (wcześniej był zawodnikiem ZSRR), od 1991 roku mieszkał w szwedzkiej miejscowości Sundsvall. Ze względu na pewien epizod – o którym za chwilę – biegacz ten zaskarbił sobie sympatię wielu Skandynawów. Można pokusić się o stwierdzenie, że był on „obywatelem świata”, którego ceniono i dopingowano w wielu rejonach kuli ziemskiej. – Jestem Kazachem, choć moja kultura, język, są rdzennie rosyjskie. Przez trzynaście lat startowałem w barwach Związku Radzieckiego, w Albertville byłem reprezentantem Wspólnoty Niepodległych Państw, teraz bronię barw Kazachstanu, ale mieszkam na stałe w Szwecji, w Sundsvall, nad Zatoką Botnicką. Jestem obywatelem świata, lecz Kazachstan i Rosja mają w moim sercu swoje miejsce – przyznał swego czasu Smirnow w jednym z wywiadów. Jedną z największych pasji Kazacha były podróże. Przed rozpoczęciem sezonu 1992/1993 wraz z Vegardem Ulvangiem udał się on na daleką Syberię. Z kolei po zakończeniu opisywanego cyklu pucharowego panowie postanowili odbyć wyprawę w głąb Mongolii. Kolejne kilometry – jak na biegaczy narciarskich przystało – pokonywali oni oczywiście na nartach. W pewnym momencie opuścił ich jednak przewodnik i nasi bohaterowie byli zdani wyłącznie na siebie. Pech chciał, że początkowo zbłądzili z drogi. Ostatecznie jednak ją odnaleźli i cała historia zakończyła się pomyślnie, choć zatrzymanie przez policję oraz utratę paszportów zawodnicy z pewnością wspominają do dzisiaj. Dlaczego jednak Smirnow stał się jednym z ulubieńców skandynawskich kibiców? Otóż, podczas pamiętnego biegu pościgowego rozgrywanego na mistrzostwach świata Falun w roku 1993, który liczył 25 kilometrów, „Żelazny Kazach” – bo tak o nim mówiono – przekroczył linię mety niemalże w tym samym momencie co Bjørn Dæhlie. Ostatecznie jednak okazało się, że lepszy o ułamek sekundy czas uzyskał Norweg, choć początkowo komputer wskazywał na zwycięstwo Smirnowa. Porażka ta była niezwykle przykra dla Kazacha, jednakże jednocześnie zaskarbiła mu ona wielu nowych kibiców z Półwyspu Skandynawskiego.

Fantastyczny włoski duet

Jeżeli o czempionacie w Falun mowa, to nie sposób nie wspomnieć choć w kilku słowach o znakomitych biegaczkach z Włoch, które na szwedzkiej ziemi dokonały niemal niemożliwego. Borykająca się z problemami bólu kręgosłupa – Stefania Belmondo – najpierw została historyczną tryumfatorką debiutującej na mistrzostwach świata konkurencji, jaką był bieg pościgowy, następnie – wraz z koleżankami z kadry – wywalczyła srebrny medal w biegu sztafetowym, ustępując w nim jedynie rosyjskiej ekipie, by – na koniec mistrzostw – stoczyć „siostrzany” bój w biegu podsumowującym kobiece zmagania na najważniejszej imprezie sezonu. W biegu na dystansie 30 kilometrów, który rozgrywano techniką dowolną, Belmondo w pewnym momencie dogoniła startującą 30 sekund przed nią Manuelę Di Centę. Nie w głowie było jej jednak wyprzedzanie starszej rodaczki. Wręcz przeciwnie, panie postawiły na współpracę, dzięki której na kolejnych punktach pomiaru czasu notowały coraz to lepsze od innych zawodniczek rezultaty. Na końcowym odcinku trasy Di Centa postanowiła wyprzedzić Belmondo (która wcześniej ją dogoniła, a startowała 30 sekund za nią) tak, aby zwiększyć swe szanse na zdobycie medalu. Decyzja ta okazała się być słuszną, bowiem jej skutkiem było wywalczenie dwóch czołowych lokat przez reprezentantki Włoch. Złoto przypadło w udziale Belmondo, ze srebra cieszyła się z kolei Di Centa. Polacy również mieli powody do radości po wspomnianym biegu.

Szczęśliwa siódemka

Tą, która wywołała największy uśmiech na twarzy kibiców z kraju nad Wisłą, była Bernadeta Bocek. Urodzona w Istebnej zawodniczka rozpoczęła szwedzkie mistrzostwa od trzydziestej pierwszej lokaty, wywalczonej w biegu rozgrywanym techniką klasyczną na dystansie 15 kilometrów. Następnie dwukrotnie – w biegach: na 5 kilometrów oraz pościgowym (liczącym 15 kilometrów) – uplasowała się ona na dwudziestej trzeciej pozycji. W biegu sztafetowym, w którym oprócz Bocek pobiegły również: Małgorzata Ruchała, Dorota Kwaśny i Halina Nowak, 22-letnia wówczas zawodniczka nie zachwyciła. Ostatnią szansą na udowodnienie nie tylko sobie, ale i całemu środowisku narciarskiemu, że polskie biegi rozwijają się, że drzemie w nich duży potencjał, że rezultaty uzyskiwane w dwóch poprzednich sezonach były jedynie preludium do „czegoś większego”, był opisywany tu już bieg, w którym tak znakomicie zaprezentowały się sportsmenki z Półwyspu Apenińskiego. – Narty na ten bieg w Falun zostały przygotowane przez mojego męża, Andrzeja Piotrowskiego, byliśmy tam wtedy razem, jeszcze w narzeczeństwie. Jechały naprawdę rewelacyjnie. Ja sama zawsze byłam na 30 kilometrów dobrze przygotowana, to były takie moje koronne biegi. W Polsce zwykle ten dystans wygrywałam, zwłaszcza jeśli chodzi o styl łyżwowy, i na świecie też najczęściej mieściłam się dosyć wysoko – przyznała – cytowana przez Daniela Ludwińskiego – Bernadeta Bocek. W Falun do zwycięstwa niestety zabrakło, ale siódme miejsce na świecie, bo takie przypadło w udziale zawodniczce z Istebnej, było znakomitym osiągnięciem (wówczas najlepszym w historii wywalczonym przez jakąkolwiek biegaczkę narciarską z Polski na imprezie międzynarodowej rangi mistrzowskiej), które w 2009 roku – podczas mistrzostw świata w Libercu – poprawiła dopiero Justyna Kowalczyk…

Źródła: informacja własna; D. Ludwiński, Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014; fis-ski.com; Wikipedia

%d bloggers like this: