Historia PŚ w biegach. Świetny sezon Łuszczka. TAKIE biegi nie zdarzają się zbyt często…

fot. Jorma Puusa/Lehtikuva; Hans T. Dahlskogt/TT

fot. Jorma Puusa/Lehtikuva; Hans T. Dahlskogt/TT

Po szóstej odsłonie zmagań pucharowych, w której rywalizowali zarówno panowie, jak i panie, nadszedł czas na siódmy sezon Pucharu Świata w biegach narciarskich. Tym razem o Kryształową Kulę ponownie walczyli wyłącznie mężczyźni. A że walczyli pięknie, to – nie przedłużając – przejdźmy do sedna…

Rywalizacja w siódmej edycji Pucharu Świata w biegach narciarskich zainaugurowana została 15 grudnia 1979 roku w szwajcarskim Davos. W biegu na 15 kilometrów równych nie miał sobie legendarny fiński zawodnik – Juha Mieto – który po sezonie, w którym ani razu nie stanął na pucharowym podium, potwierdził, że wciąż liczy się w walce o najważniejsze cele. Tuż za nim uplasował się jego kolega z reprezentacji, Harri Kirvesniemi. Podium uzupełnił natomiast Norweg, Tore Gullen. Wizytę w najwyżej położonym mieście w Europie zakończył start sztafetowy, w którym ponownie prym wiedli zawodnicy Suomi. Za nimi uplasowali się biegacze ze Szwecji oraz Norwegii. Tym samym pierwszy raz w sezonie 1979/1980 na jednym podium stanęli Juha Mieto oraz Thomas Wassberg. O tym, że była to tylko „przystawka” przed „głównym daniem” uczty szwedzko-fińskiej, środowisko narciarskie przekonało się nieco ponad dwa miesiące później…

Zanim jednak przyszedł czas na kulminacyjny punkt sezonu, zawodnicy walczyli o punkty Pucharu Świata w kolejnych europejskich miastach. We włoskim Kastelruth ręce w geście tryumfu wznieść mógł ten, który w dwóch poprzednich latach rywalizację o Kryształową Kulę kończył na drugim miejscu. Lars Erik Eriksen – bo o nim mowa – w zawodach odbywających się na Półwyspie Apenińskim okazał się lepszy od innych biegaczy z „kraju fiordów”, a mianowicie Ove Aunlego i Jana Lindvalla. Wysoką formę Norwegowie potwierdzili również w Reit im Winkl, gdzie zwyciężyli oni nie tylko w sztafecie. Do zespołowej wiktorii dołożyli oni kolejne indywidualne zwycięstwo – tym razem jednak „sprawcą całego zamieszania” był wspomniany już Aunli.

Ostatnim „przystankiem” przed odlotem do Stanów Zjednoczonych na odbywające się tam igrzyska olimpijskie było austriackie Ramsau am Dachstein. Podobnie jak w Davos, tak i tu w biegu rozegranym na dystansie 15 kilometrów na pierwszej pozycji uplasował się prawie dwumetrowy fiński zawodnik, Juha Mieto. Za jego plecami rywalizację ukończył Józef Łuszczek. Trzecia lokata przypadła wówczas w udziale Thomasowi Wassbergowi. Wielu uważało, że w Lake Placid to właśnie ta trójka podzieli pomiędzy siebie większość medali olimpijskich w męskich konkurencjach biegowych. Z punktu widzenia polskich kibiców „zawiódł” ten, na którego leczono najbardziej…

Niewiele brakowało, a XIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie zostałyby zbojkotowane. Powód? Zimna wojna. – Przylecieliśmy do Lake Placid, a pan minister Renke powiedział nam, żeby się jeszcze zbytnio nie rozpakowywać, bo być może w ogóle na tych igrzyskach nie wystartujemy. Wtedy Rosjanie uderzyli na Afganistan. Dopiero dwa czy trzy dni przed startem dowiedzieliśmy się, że jednak biegniemy. Wcześniej trwały rozmowy, ZSRR i inne kraje socjalistyczne żądały potwierdzenia od Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego, że ci wystartują na igrzyskach w Moskwie, że nie będzie bojkotu. Bojkot w końcu był, ale wcześniej padły odpowiednie zapewnienia, że go nie będzie, i w Lake Placid wystartowaliśmy – wspominał trener Józefa Łuszczka, Edward Budny.

Niestety, po raz kolejny dała o sobie znać słynna „klątwa chorążego”. Pełniący tę zaszczytną funkcję mistrz świata z Lahti w Lake Placid nie zdołał ani razu „wdrapać się” na podium. Nie można jednak twierdzić, iż urodzony w Zębie zawodnik spisał się poniżej oczekiwań. W inaugurującym igrzyska biegu na dystansie 30 kilometrów zajął on bardzo dobrą – piątą – pozycję. Do podium stracił on wówczas niespełna minutę. Trzy dni później Łuszczek stanął przed kolejną medalową szansą, jednak i tu zabrakło odrobiny szczęścia (a dokładniej – nieco ponad 30 sekund), by znaleźć się w najlepszej trójce. Polak musiał zadowolić się szóstą lokatą. Ostatnią próbą walki o wymarzony krążek amerykańskich igrzysk olimpijskich był udział w biegu na dystansie 50 kilometrów. Rezultat uzyskany w „królewskiej konkurencji” był jednak najgorszym wynikiem utytułowanego polskiego zawodnika na imprezie czterolecia. W starcie tym uplasował się on bowiem „dopiero” na siedemnastym miejscu. Mimo braku medalu występy Łuszczka należy jednak oceniać pozytywnie. Dość powiedzieć, że do tej pory żaden polski biegacz narciarski nie powtórzył osiągnięć zawodnika z Zębu, który sezon 1979/1980 ostatecznie zakończył na – bardzo dobrej – szóstej pozycji. Oczywiście, olimpijski laur stanowiłby swoiste potwierdzenie przynależności Józefa Łuszczka do grupy najlepszych biegaczy sezonu; niemniej jednak brak owego medalu nie powinien być przyczynkiem do tego, by Polaka nie zaliczać do ówczesnej światowej czołówki. Trzeba jednak pogodzić się z faktem, że pierwszoplanowymi postaciami w Lake Placid byli inni panowie…

I nie chodzi tu wcale o reprezentantów Związku Radzieckiego, którzy do złota wywalczonego w sztafecie „dorzucili” cztery indywidualne krążki. Do historii światowego narciarstwa biegowego przeszła bowiem rywalizacja Thomasa Wassberga ze Szwecji z Finem, Juhą Mieto, za której najważniejszy moment uważa się bieg na 15 kilometrów, który miał miejsce 17 lutego 1980 roku podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lake Placid. Jako pierwszy z „dwójki wspaniałych” na trasie pojawił się Mieto. Startujący z numerem pięćdziesiątym czwartym uzyskał rezultat 41:57,64, co było świetnym wynikiem. Ale – jak pisze Daniel Ludwiński w swej książce traktującej o historii biegów narciarskich – „złoto nie było jeszcze pewne, gdyż na trasie nadal znajdował się Wassberg. Szwed miał dwa atuty, których brakowało Mieto. Pierwszym był fakt, że otrzymał późniejszy numer startowy, dzięki czemu znał sytuację i wiedział, że naprawdę musi dać z siebie wszystko, aby uzyskać wynik lepszy od Fina. Drugim atutem był… Ove Aunli. Norweg szybko się zorientował, że Szwed jest w znakomitej formie, ma świetnie posmarowane narty i odrabia do niego dystans. W tym momencie postawił wszystko na jedną kartę w nadziei, że ta ryzykowna taktyka przyniesie oczekiwany sukces. Aunli po prostu zwolnił i… świadomie dał się dogonić Wassbergowi. Współpraca Szweda i Norwega układała się znakomicie i dopiero na finałowym odcinku Wassberg, świadom tego, że walczy o złoto, przyspieszył, zdołał się oderwać od Aunlego i sam pokonał ostatnie metry. Wysoki Szwed, ubrany w niebieski kombinezon z żółtymi rękawami, dynamicznie zbliżał się do linii mety. Już w tym momencie wiadomo było, że będzie miał bardzo zbliżony wynik do liderującego cały czas Mieto. W momencie przecięcia przez Wassberga linii mety zegar zatrzymał się na wyniku 41:57,63. Był to czas lepszy od wyniku Fina o 0,01 sekundy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby w jakiejkolwiek konkurencji biegowej dwaj narciarze zostali rozdzieleni tak niewielką różnicą czasową” (PEŁNE WYNIKI TEGO LEGENDARNEGO BIEGU DOSTĘPNE SĄ TUTAJ). Z porażką tą niezwykle trudno było pogodzić się zawodnikowi z Kurikki. Po wspomnianym biegu przez długi czas siedział on na śniegu i wodził wokoło zagubionym wzrokiem. Mimo, iż osiągał liczne sukcesy w zawodach pucharowych, nigdy nie wywalczył on olimpijskiego złota w konkurencji indywidualnej. I cóż z tego, że sezon 1979/1980 padł jego łupem, jeśli było to tylko „marne pocieszenie” po przegranych igrzyskach?

Jak Józef Łuszczek wspomina utytułowanego fińskiego biegacza? – Juha był drwalem, łapę miał taką, że czasem jak klepnął po plecach, to można się było przewrócić. Czasem narciarze się siłowali na rękę, ale z Mieto wolałem nie, bo jeszcze by mi rękę złamał. Ale Juha sympatyczny był bardzo. Żal było go na igrzyskach w Lake Placid, gdy przegrał złoto o 0,01 sekundy, płakał wtedy jak dziecko. Te zasady były niesprawiedliwe. Mieto miał pecha, nigdy nie został mistrzem indywidualnie – wspominał najlepszy polski biegacz narciarski.

Piąte podium w końcowej klasyfikacji Pucharu Świata okazało się być ostatnim w karierze Mieto. Rywalizował one jeszcze w kolejnych sezonach, jednak bez większych sukcesów. Mimo iż w sezonie 1979/1980 wygrał on walkę o Kryształową Kulę z Thomasem Wassbergiem, to jednak w historii narciarstwa biegowego zapisał się jako „ten drugi”, który PRZEGRAŁ złoto igrzysk olimpijskich o 0,01 sekundy.

Źródła: informacja własna; Wikipedia; D. Ludwiński, Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich, Wydawnictwo SQN, Kraków 2014.

%d bloggers like this: