Historia PŚ w biegach. Potyczki polsko-norweskie z amerykańskim akcentem w tle

Justyna Kowalczyk Alpe Cermis

Źródło: Youtube/fordernPL

Mimo iż w sezonie 2011/2012 zawodniczki i zawodnicy nie rywalizowali na imprezie pokroju mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich, to jednak sympatycy narciarstwa biegowego nie mogli narzekać na brak emocji w trakcie owej zimy. Spektakularna wygrana Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen podczas Tour de Ski, dominacja Dario Cologni i popisy różowowłosej Amerykanki – to jedne z najważniejszych wydarzeń sezonu, który dziś znalazł się pod naszą lupą.

Justyna Kowalczyk Alpe Cermis
Źródło: Youtube/fordernPL

Tour de Justyna – trzeci odcinek sagi

Brak imprezy rangi mistrzowskiej sprawił, że w sezonie 2011/2012 za nadrzędny cel większość biegaczy i biegaczek narciarskich postawiła sobie zwycięstwo w Tour de Ski oraz zdobycie Kryształowej Kuli. Nieposiadająca w swej bogatej kolekcji trofeów lauru symbolizującego wygranie prestiżowego touru – Marit Bjoergen – głośno zapowiadała, że tym razem jest gotowa na spełnienie swego marzenia i wbiegnięcie na szczyt Alpe Cermis przed rywalkami. Norweżka musiała jednak zdawać sobie sprawę, że o sukces ten będzie niezwykle trudno, bowiem na starcie rywalizacji stanęła także zwyciężczyni dwóch poprzednich edycji zawodów, Justyna Kowalczyk. Zmagania w niemiecko-włoskiej imprezie Polka rozpoczęła najlepiej jak mogła. Trzy starty, trzy zwycięstwa – czego chcieć więcej? W kolejnych biegach pochodząca z Kasiny Wielkiej sportsmenka cały czas plasowała się w ścisłej czołówce. Dość powiedzieć, że w dziewięciu rozegranych na przełomie roku biegach zaliczanych do klasyfikacji touru najwybitniejsza polska biegaczka ani razu nie zeszła z podium. Poza czołową trójkę nie wypadła także Marit Bjoergen, która do ostatniego aktu rywalizacji toczyła z Kowalczyk zażartą walkę o końcową wiktorię. Przed decydującym o zwycięstwie etapem Polka miała nad Norweżką 11,5 sekundy przewagi. Tak niewiele, a tak wiele… Po przebiegnięciu 1,5 kilometra z 9 zaplanowanych panie biegły już razem. Sytuacja utrzymywała się przez około 6 kolejnych kilometrów. W pewnym momencie Bjoergen nie wytrzymała jednak tempa polskiej mistrzyni i wyraźnie zaczęła od niej odstawać. Na mecie różnica między zawodniczkami wyniosła prawie pół minuty. Tym samym 8 stycznia 2012 roku Justyna Kowalczyk sięgnęła po trzecie zwycięstwo z rzędu w Tour de Ski. A przecież nie było to jeszcze jej ostatnie słowo…

Tour de Ski 2011/2012: Alpe Cermis (part 3/4)

Więcej na temat występu Polki w szóstej edycji Tour de Ski można przeczytać TUTAJ.

Puchar dla Marit

Niepowodzenie w Tour de Ski Bjoergen powetowała sobie w biegach pucharowych. Sromotna porażka w zawodach rozgrywanych na przełomie 2011 i 2012 roku sprawiła, że Norweżka z jeszcze większym głodem zwycięstwa rywalizowała w Pucharze Świata – wszak blisko czwartej Kryształowej Kuli z rzędu była jej największa rywalka, która – gdyby tylko osiągnęła ten spektakularny sukces – jeszcze większymi zgłoskami zapisałaby się w historii biegów narciarskich. Żadna biegaczka (ani żaden biegacz) nie zwyciężył w Pucharze Świata cztery razy z rzędu. Za sprawą znakomitej dyspozycji Bjoergen sztuka ta nie udała się także Justynie Kowalczyk. Należy jednak zauważyć, że w sezonie 2011/2012 Polka potrafiła nawiązać równorzędną rywalizację z Norweżką. Pokonała ją nie tylko w Tour de Ski, ale i w obu zawodach mających miejsce w styczniu 2012 roku w estońskiej miejscowości Otepaa czy w pamiętnym biegu rozegranym w Szklarskiej Porębie w przeddzień 29 urodzin Kowalczyk, w którym pochodząca z Kasiny Wielkiej zawodniczka o ponad 36 sekund wyprzedziła czterokrotną mistrzynię świata z Oslo. W efekcie po historycznych zmaganiach na polskiej ziemi podopieczna trenera Aleksandra Wierietielnego objęła prowadzenie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W kolejnych biegach to jednak Bjoergen prezentowała wyższą dyspozycję od Kowalczyk. Ostatecznie w końcowej klasyfikacji o 270 punktów wyprzedziła ona Polkę. Norweżka znalazła się także na czele zestawienia podsumowującego rywalizację w biegach dystansowych. Podrażniona klęską w tourze, skutecznie zatrzymała Polkę w marszu po czwarte z rzędu zwycięstwo z rzędu w Pucharze Świata w biegach narciarskich.

Zgarnął (prawie) wszystko

O ile panie podzieliły się zwycięstwami w poszczególnych zawodach czy imprezach rozgrywanych w ramach rywalizacji w Pucharze Świata, o tyle wśród panów tryumfatorem Tour de Ski oraz klasyfikacji pucharowej została ta sama osoba. Mowa o znakomitym Szwajcarze, Dario Cologni, który – tak jak Justyna Kowalczyk wśród kobiet – był jednym z niewielu skutecznie stawiających czoła norweskiej drużynie. Co ciekawe, w sezonie 2011/2012 jego najgroźniejszym rywalem nie był żaden zawodnik zamieszkujący w kraju fiordów, a Kanadyjczyk, Devon Kershaw. Pochodzący zza oceanu biegacz narciarski szczególnie dobrze spisywał się w drugiej części sezonu. Zresztą nie był on jedynym reprezentantem Kraju Klonowego Liścia, który w trakcie opisywanej zimy liczył się w walce o czołowe pozycje. W 2012 roku na pucharowym podium znalazło się bowiem także miejsce dla jego rodaków – Alexa Harveya i Lena Vaaljasa. Niezaprzeczalnie najlepszym zawodnikiem sezonu 2011/2012 był jednak wspomniany Szwajcar. 17 miejsc na podium zawodów zaliczanych do klasyfikacji Pucharu Świata, drugie pozycja w cyklu Ruka Triple oraz zwycięstwa w Tour de Ski i Finale Pucharu Świata w Falun… Dzięki tym dokonaniom Helwet zgromadził na swoim koncie 2216 punktów. Drugi w klasyfikacji ogólnej Kershaw miał ich „zaledwie” 1466. Podium uzupełnił natomiast Petter Northug z Norwegii (1199 „oczek”). Cologna najlepszy był także w klasyfikacji dystansowej. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie małej Kryształowej Kuli za rywalizację sprinterską. W niej najlepszy był Szwed, Teodor Peterson.

W Ameryce potrafią biegać… i to w sprinterskim wręcz tempie!

Nie o urodzonym w 1988 roku zawodniku rzecz jednak teraz będzie, a o pewnej starszej od niego o sześć lat biegaczce z Salt Lake City, której symbolami rozpoznawczymi stały się różowe włosy oraz nieschodzący z promieniejącej radością twarzy uśmiech. Kikkan Randall, bo o niej mowa, przygodę z Pucharem Świata rozpoczęła już w sezonie 2000/2001. Pierwsze lata rywalizacji ze światową czołówką nie były dla niej łatwe. Amerykance ciężko było przebić się do szerokiej czołówki. Kiedy jednak udała jej się ta sztuka, udowodniła, że ma wszelkie „papiery”, by pozostać w niej na dłużej. Po raz pierwszy w czołowej trójce zameldowała się w sezonie 2006/2007, kiedy to sprincie rozgrywanym „łyżwą” w Rybińsku (21 stycznia 2007 roku) uplasowała się na trzeciej pozycji, ulegając jedynie Ariannie Folis i Claudii Kunzel-Nystad. W kolejnym sezonie w zawodach rozegranych w tej samej miejscowości (16 grudnia 2007 roku) nie miała już sobie równych. Wciąż były to jednak „pojedyncze wyskoki” (choć okraszone medalem mistrzostw świata z 2009 roku). Stabilizacja formy nastąpiła w sezonie 2010/2011. Wówczas to Randall zajęła trzecie miejsce w klasyfikacji sprinterskiej. Należy bowiem jasno zaznaczyć, iż urodzona w stanie Utah biegaczka specjalizowała się właśnie w sprintach, w których osiągała swoje największe (choć nie jedyne) sukcesy. W Pucharze Świata 2011/2012 pięciokrotnie stawała na podium zawodów sprinterskich zaliczanych do klasyfikacji pucharowej. Równa dyspozycja prezentowana w całym sezonie pozwoliła jej zdobyć premierową (lecz nie ostatnią!) w karierze małą Kryształową Kulę. Tym samym została ona pierwszą Amerykanką, która dokonała tej sztuki. – Trochę mi zajęło, aby się przebić. Ale teraz, gdy wszyscy widzą, że można wygrać Puchar Świata, zdobywać medale mistrzostw świata, być w pierwszej dziesiątce na igrzyskach olimpijskich, stawać na podium w sprintach drużynowych (…), wiedzą, że jeśli ciężko pracują, to sukcesy tego kalibru są całkowicie możliwe – opowiadała po zakończeniu owego sezonu Randall. Swoją ciężką pracą oraz pozytywnym nastawieniem do życia i rywalizacji biegaczka zza oceanu zaskarbiła sobie sympatię wielu kibiców. Jej postawa i sukcesy na trasach przyczyniły się także do wzrostu zainteresowania narciarstwem biegowym w Stanach Zjednoczonych. Do dziś, o czym dobitnie przekonaliśmy się ostatniej zimy, Amerykanki są nacją liczącą się w stawce. A i zwycięstwo Kikkan w sezonie 2011/2012 nie był jej ostatnim słowem. Ale to już jest przecież historia na następny felieton…

Źródło: informacja własna/fis-ski.com/youtube.com/fasterskier.com