Historia PŚ w biegach. Niesamowity wyczyn norweskiej legendy

Fot. Bild

Fot. Bild

Sezon 1997/1998 dostarczył sympatykom narciarstwa biegowego wielu niezapomnianych emocji. W jego trakcie miał miejsce szereg niezwykle ciekawych wydarzeń. Kto zatem po kilku miesiącach zmagań mógł wznieść ręce w geście tryumfu, a kto musiał przełknąć gorycz porażki? Przekonajmy się!

Rosyjsko-norweski tryumf

Inauguracja dwudziestej piątej odsłony zmagań pucharowych mężczyzn oraz dziewiętnastego cyklu rywalizacji pań miała miejsce 22 listopada 1997 roku w norweskiej miejscowości Beitostølen. Tryumfatorami premierowych zawodów zostali Norweg, Bjørn Dæhlie, oraz Rosjanka, Łarisa Łazutina. Wyższość reprezentanta gospodarzy w biegu rozegranym techniką klasyczną na dystansie 10 kilometrów uznać musieli między innymi Władimir Smirnow z Kazachstanu oraz inny „Wiking”, Erling Jevne, którzy zajęli odpowiednio drugą i trzecią lokatę. Wśród pań natomiast na odcinku o połowę krótszym miejsce w pierwszej trójce znalazło się także dla Bente Martinsen z Norwegii oraz Kateriny Neumannovej z Czech. Tryumf w Beitostølen był dziewiątym pucharowym zwycięstwem Łazutiny, która w trakcie sezonu 1997/1998 jeszcze trzykrotnie indywidualnie stawała na najwyższym stopniu podium, nie wliczając w to dwóch indywidualnych tytułów mistrzyni olimpijskiej, jakie Rosjanka wywalczyła podczas igrzysk w Nagano. Równa i wysoka dyspozycja prezentowana przez zawodniczkę urodzoną w Kondopodze pozwoliła jej na zdobycie drugiej już Kryształowej Kuli. Wcześniej Łazutina sztuki tej dokonała w sezonie 1989/1990, reprezentując wówczas jeszcze Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. W trakcie zimy z przełomu lat 1997/1998 Rosjanka o sto czterdzieści osiem punktów wyprzedziła wspomnianą już Martinsen; dwieście dwadzieścia siedem „oczek” mniej zgromadziła z kolei Stefania Belmondo z Włoch. Jedyną Polką, która w opisywanym sezonie wywalczyła pucharowe punkty, była Małgorzata Ruchała. Na swoim koncie uzbierała ich w sumie dziewięć. Jeśli chodzi o polskich biegaczy narciarskich, to – tak jak w przypadku pań – zaledwie jeden nasz reprezentant (a mianowicie Janusz Krężelok) zdołał wywalczyć punkty do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W sezonie 1997/1998 Polak zgromadził dwa oczka. O siedemset osiemdziesiąt osiem więcej wywalczył ich tryumfator klasyfikacji generalnej, Thomas Alsgaard z Norwegii. Podium klasyfikacyjne uzupełnili Bjørn Dæhlie i Władimir Smirnow.

Pożegnanie Żelaznego Kazacha

Dla reprezentującego kazachskie barwy Smirnowa trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegach narciarskich było pięknym zwieńczeniem bogatej kariery zawodniczej, w trakcie której urodzony w Szczuczinsku sportowiec OŚMIOKROTNIE plasował się w najlepszej trójce cyklu rywalizacji o Kryształową Kulę.  Na swoim koncie zgromadził także JEDENAŚCIE medali mistrzostw świata oraz SIEDEM krążków wywalczonych na igrzyskach olimpijskich. Ostatnie – trzydzieste pierwsze – pucharowe zwycięstwo odniósł on 8 marca 1998 roku (dzień po swoich trzydziestych czwartych urodzinach) w fińskim Lahti. Jakiś czas później ogłosił, iż przechodzi na sportową emeryturę. Co prawda, w kolejnym sezonie wystartował jeszcze w kilku mniej prestiżowych biegach, jednak do rywalizacji o Kryształową Kulę już nie przystąpił. Do dziś uznawany jest za jednego z najwybitniejszych biegaczy narciarskich w historii.

Tak przechodzi się do historii

Bardziej okazałym dorobkiem niż kazachski mistrz może pochwalić się między innymi drugi zawodnik sezonu 1997/1998, Bjørn Dæhlie. Nie o sukcesy Norwega w rywalizacji pucharowej (mówiąc kolokwialnie) „rzecz się jednak teraz rozchodzi”, a o jego dokonania na igrzyskach olimpijskich. Przyjeżdżając w lutym 1998 roku na najważniejszą imprezę czterolecia, której gospodarzem było wówczas japońskie Nagano, Dæhlie miał na swoim koncie osiem medali olimpijskich (pięć złotych i trzy srebrne). W Japonii Norweg wywalczył cztery kolejne krążki. 12 lutego 1998 roku sięgnął po swoje pierwsze złoto w „Kraju Kwitnącej Wiśni”. Liczący 10 kilometrów bieg na stałe przeszedł do historii dyscypliny. Tryumfujący w nim Dæhlie pokazał, że jest nie tylko znakomitym zawodnikiem, ale i wielkim człowiekiem. Po przebiegnięciu linii mety cierpliwie (ponad dwadzieścia minut!) czekał on na – najwolniejszego w stawce – Philipa Boita z Kenii, który na igrzyskach pojawił się z powodu swego rodzaju „zachcianki” firmy Nike, która to postanowiła sprawdzić, jak na trasach narciarskich spisywać się będą – mający znakomitą kondycję i wytrzymałość – afrykańscy lekkoatleci. Ostatecznie w Nagano pojawił się jedynie Philip Boit, którego pierwsze „spotkanie” ze śniegiem miało miejsce zaledwie dwa lata wcześniej. – Słyszałem głos komentatora, który mówił, że Philip dobiega już do stadionu. Bardzo zaimponowało mi to, że w tak trudnych warunkach chciał dokończyć bieg. Postanowiłem poczekać na tego dzielnego zawodnika przy linii końcowej – przyznał norweski czempion. Kenijczyk nie ukrywał zaś ogromnej radości z faktu spotkania swego idola. – Trener opowiadał mi o Dæhliem. Widziałem go wcześniej w telewizji i nie mogłem uwierzyć, że taka wielka gwiazda czekała na mnie na mecie – wspominał Boit. Do wspaniałego występu w opisywanych zawodach Dæhlie dołożył srebro w biegu pościgowym, a także dwa złota – jedno wywalczone w sztafecie, drugie zaś – na zakończenie przygody z igrzyskami – zdobyte w biegu maratońskim na dystansie 50 kilometrów. W ten oto sposób Bjørn Dæhlie został pierwszym w historii zimowych igrzysk olimpijskich zawodnikiem, który ośmiokrotnie został mistrzem olimpijskim. Jego wyczyn do dziś nie został pobity.

Biegaczka wszech czasów bez… indywidualnego złota olimpijskiego

Tak jak Bjørn Dæhlie uznawany jest za najlepszego biegacza narciarskiego w historii, tak przez lata za najlepszą biegaczkę uważano Jelenę Wialbe, której CV jest niezwykle bogate w liczne sukcesy – odniesione zarówno w Pucharze Świata, jak i w zawodach rangi mistrzowskiej. Pięć Kryształowych Kul, czternaście złotych medali mistrzostw świata, trzy złote medale igrzysk olimpijskich – to tylko niektóre osiągnięcia wybitnej Rosjanki. W nader okazałym „skarbcu” utytułowanej zawodniczki brakuje jednak pewnego niezwykle cennego „klejnotu”, a mianowicie indywidualnego złota olimpijskiego. Eskapada do Nagano miała przynieść dwudziestodziewięcioletniej sportsmence upragniony cel. Co prawda w Japonii Wialbe wywalczyła złoto, złoto olimpijskie numer trzy… jednakże był to trzeci olimpijski tytuł zdobyty wraz z koleżankami z reprezentacji. Ostatnią szansą na spełnienie marzenia wybitnej zawodniczki był bieg rozegrany 22 lutego 1998 roku na dystansie 30 kilometrów, który urodzona w Magadanie sportsmenka ukończyła na piątym miejscu, tracąc do tryumfatorki… prawie trzy minuty. Tym samym występem tym zakończyła ona swą jakże bogatą karierę zawodniczą… karierę, której do ukoronowania zabrakło „zaledwie” jednego indywidualnego tytułu mistrzyni olimpijskiej. Tak niewiele, a tak wiele…

Źródła: informacja własna; fis-ski.com; sport.tvp.pl

%d bloggers like this: