Historia LGP w Wiśle : 2010

 Do startu tegorocznej Letniej Grand Prix w Wiśle pozostaje niewiele ponad miesiąc. Proponujemy zatem, żeby przypomnieć sobie poprzednie konkursy tego cyklu rozgrywane na skoczni im. Adama Małysza. Zaczynamy cofając się o 7 lat do chyba najważniejszego dla mnie spotkania ze skokami w obecnym życiu. Rok 2010 przyniósł mi bowiem pierwszą wizytę pod skocznią i podziwianie gwiazd, które dotąd znałem jedynie z telewizji.

Muszę zagłębić się w ten czas nieco sentymentalnie. Do Wisły dotarłem długo przed zawodami, więc miałem okazję podziwiać całe legendarne miasto Orła z Wisły. To był jeszcze czas, gdy tętniło ono obecnością Mistrza na skoczni i przygotowywało do zawodów. Absolutnie nie mówię, że teraz jest inaczej, ale wtedy atmosfera była unikalna. Do Galerii Trofeów Adama Małysza praktycznie nie dało się dopchać. Podobnie wyglądało to ze skocznią w Wiśle-Malince, na których miały się odbyć konkursy. Można ją było jednak jeszcze zwiedzić, bo wydarzenia związane już stricte z LGP zaczęły się w środę, dzień przed kwalifikacjami.

To podpowiedź dla wszystkich podróżujących do Wisły łowców autografów – najprostszy trik, by je zdobyć to sprawdzenie skoczni jeszcze przed oficjalnymi sesjami. Kilkanaście godzin wcześniej na skoczni zazwyczaj meldują się niektóre reprezentacje, by przeprowadzić ostatnie treningi przed startem konkursów. Teraz jest to tym bardziej prawdopodobne ze względu na to, że Wisła otwiera letni kalendarz. W 2010 roku przed przyjazdem tutaj zawodnicy mieli już za sobą zawody w Hinterzarten (indywidualne i drużynowe, wygrane odpowiednio przez Małysza i naszą drużynę) oraz Courchevel i Einsiedeln (dwa zwycięstwa Daiki Ito). Skoczkowie byli już zatem świadomi swojej dyspozycji i odpowiednio wytrenowani, przyjeżdżali w tempie “konkursowym”. Niekoniecznie musieli zatem odbywać kolejny trening na skoczni. Ale i tak się na niego zdecydowali.

Formę na nim potwierdziła nasza reprezentacja, która prezentowała się bardzo dobrze, podobnie jak Norwegowie z Tomem Hilde na czele. Poza nimi obecni byli także Czesi, Słoweńcy oraz Rosjanie. Wszyscy chętnie pozowali do zdjęć czy podpisywali się w zeszytach kibiców. Najbardziej zapadł mi w pamięć gest Kamila Stocha, który oddał w ręce fanki stojącej obok swój plastron i go podpisał. Teraz to pewnie dla wielu niewyobrażalne, ale we dwoje byliśmy praktycznie jedynymi osobami, które czekały na jego autograf. Posiadaczka owego plastronu musi się teraz szeroko uśmiechać na wspomnienie tej historii.

Przechodząc do samych zawodów i ich wyników – dla niektórych mogły być zaskakujące. Bohaterem weekendu na skoczni imienia Adama Małysza wcale nie został jej patron. Wygrał co prawda pierwszy konkurs, ale tuż za nim znalazł się tego wieczoru Kamil Stoch. Na skoczni wielkie święto – w końcu dublet to dla polskich kibiców coś zupełnie nowego. Ale jeszcze większego zdumienia parę tysięcy osób zgromadzonych wokół Malinki miało doświadczyć następnego popołudnia. Wygrał bowiem Kamil Stoch, a Adama Małysza zabrakło na podium. Niektórzy byli tym nieco rozczarowani bo oczekiwali podobnego rozstrzygnięcia jak dzień wcześniej, ale to już chyba zwyczajne, polskie czepianie się szczegółów. To był niezwykły, nadzwyczajny weekend dla polskich skoków.

Jedynym razem kiedy polskiego zawodnika zabrakło na wiślańskim podium w którymkolwiek z konkursów był rok 2011, który omówimy w następnym artykule. Ale rok 2010 był dla mnie chyba największym przeżyciem, pewnie dlatego że byłem tam i mogłem wszystkiego doświadczyć jako kibic. Tak pewnie ma każdy kto na takich zawodach w Wiśle był tylko raz. Na szczęście sukcesów jakie tam osiągamy i osiągnęliśmy starczy dla każdego. 2010 był wyjątkowy, bo ostatni dla Adama Małysza okraszony pięknym zwycięstwem, a kolejnego dnia niemalże symboliczną zmianą warty z Kamilem Stochem. Na naszych oczach po mału powstawała nowa gwiazda. To wielka duma – powiedzieć, że się to widziało.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.