Historia jednego skoku: “Ze łzami w oczach”

(Fot. 990px)

(Fot. 990px)

Skok na 145 metrów Adama Małysza i symfonia komentarza sportowego, jaki zapewnił wtedy Włodzimierz Szaranowicz śnią mi się po nocach. To dla mnie najpiękniejszy lot Polskiego Orła w całej jego karierze. Dziś Mistrz obchodzi 40-te urodziny, warto więc przypomnieć sobie tę próbę. W taki sposób rozpocznie się na naszej stronie także cykl “Historii jednego skoku”. Chyba w najpiękniejszy z możliwych.

Sezon 2006/2007 był kolejnym, w którym Adam Małysz potwierdził swoją klasę. Ostatnim, po którym odbierał Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jego początek w wykonaniu Orła z Wisły był solidny – regularnie punktował, często stając na podium, jak w Lillehammer czy Engelbergu. Gdy przyszedł 55.Turniej Czterech Skoczni, w którym Małysz miał przypomnieć sobie wydarzenia sprzed równo 6 lat, dobrze zaprezentował się w Oberstdorfie, gdzie zazwyczaj nie szło mu najlepiej. W pozostałych 3 konkursach nie skakał jednak na tyle dobrze, by powtórzyć jeden ze swoich największych sukcesów. Dobra dyspozycja na Schattenbergschanze była zapowiedzią pierwszego zwycięstwa Polaka w sezonie, które odniósł pod koniec stycznia na tym samym obiekcie, po tym jak przeniesiono na niego konkurs, który pierwotnie miał się odbyć na mamucie im. Heiniego Klopfera. Tam przewaga nad drugim Thomasem Morgensternem wynosiła jednak stosunkowo niewiele – 3,2 punktu. Prawdziwa erupcja formy miała nadejść na Hochfirstschanze w Titisee-Neustadt.

Tak pięknego wieczoru nic nie zapowiadało. Mimo, że forma Adama rosła, a wraz z nią apetyty kibiców to spodziewano się raczej wyrównanej walki z Norwegiem Andersem Jacobsenem, czy będącymi w świetnej formie Austriakami. I w pierwszej serii na początku niespodzianek nie było. Dobra forma Jacobsena, czy Ljoeekelseya, ale też świetne próby Uhrmanna, Innauera czy zwłaszcza prowadzącego tuż przed skokiem Adama Małysza, Koflera. Polski skoczek dość spokojnie podszedł do swojego skoku, który i tak był zdecydowanie najlepszym w I serii. 138,5 metra i 3,6 punktu przewagi, które zapewniało mu nieco pewności przed finałowym rozstrzygnięciem. A to jak się okazało, była dopiero rozgrzewka.

Cofnijmy się na moment do sezonu 2001/2002. Sytuacja zupełnie inna. Kwalifikacje do konkursu w I periodzie Pucharu Świata. Na rozbiegu Sven Hannawald – tworząca się legenda niemieckich skoków. Już po wybiciu się z progu widać, że to będzie pamiętny skok. To znaczy byłby, gdyby to nie były jedynie kwalifikacje. Niestety przez to pozostanie jedynie ciekawostką. Hannawald nawet nie wylądował go telemarkiem, nie musząc przecież ze względu na odległość i swoją pozycję w “generalce”. Odległość robi wrażenie, bo Hannawald zrobi rzecz niepodrabialną przez parę lat. Aż do momentu, gdy Małysz wyszedł na belkę, by wygrać konkurs z 3 lutego 2007 roku.

Jak będzie mówił po konkursie to nie była dla niego normalna sytuacja w tamtym sezonie. Pozostali zawodnicy byli już na dole, podczas gdy zazwyczaj Adam miał jeszcze kogoś za sobą. Teraz został jednak sam na górującej nad Titisee-Neustadt wieży, z której za moment będzie musiał zjechać w dół Hochfirtschanze. Pewnie odpycha się od belki, mknie po rozbiegu i trafia, co najważniejsze trafia na rozbiegu. Odbija się w idealnym momencie, wysoko unosi narty, by nabrać za chwilę idealnego, wysokiego poziomu lotu. Stabilizuje pozycję w powietrzu, stara się uspokoić szalejącą zawsze w czasie jego skoków lewą nartę, pozostałość po jednym z zakopiańskich upadków, która jest jednak wyjątkowo spokojna. Frunie nad zeskokiem, wiedząc że to będzie świetna odległość już długo przed podejściem do lądowania. W pięknym stylu dotykając obiema nartami śniegu, zaznacza telemark, zataczając spore koło dłońmi podczas jego wykonywania. “145 metrów, rekord skoczni wyrównany Svena Hannavalda, pięknie! Proszę Państwa, pięknie!” – zakończył swoją symfonię Włodzimierz Szaranowicz, który równo z Małyszem oddał swój piękny skok. Nie pierwszy raz potwierdził, że jest mistrzem sztuki komentatorskiej, podobnie jak Adam Małysz jest mistrzem sztuki latania na nartach. Dzięki nim zawsze oglądam ten skok ze łzami w oczach.

Nie zawsze co najpiękniejsze, powinno najbardziej błyszczeć w kolekcji, koronie Mistrza. Tak dla mnie jest właśnie ze skokiem w Titisee-Neustadt. To co Adam tam wyczynił to nie tylko piękny skok, ale też zapowiedź i początek jednego z najlepszych okresów w jego karierze, które zaprocentowało 4 złotem Mistrzostw Świata zdobytym na Miyanomori w Sapporo, czy trypletem zwycięstw na Velikance w Planicy, kiedy przypieczętował kolejną Kryształową Kulę. To punkt zwrotny w tamtym sezonie, skok, który według mnie jak żaden inny zmienił tak bardzo jego drogę, prowadząc Małysza po raz kolejny na szczyt.

 

ADAM MAŁYSZ – 145 M – TITISEE-NEUSTADT – 3.02.2007

 

Źródło: fis-ski.com/ inf.własna

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: