Gotowi na wszystko. Już jutro w Sölden rusza alpejski Puchar Świata 2020/2021

fot. Rosmarie Knutti / rk-photography.ch

fot. Rosmarie Knutti / rk-photography.ch

Alpejski Puchar Świata 2020/2021 już za pasem. Rywalizację najlepszych alpejczyków świata będziemy mogli śledzić ponownie od 17 października. Ten sezon z pewnością będzie wyjątkowy pod wieloma względami, wszak żyjemy w ciekawych czasach i nie da się tego nie zauważyć również przyglądając się narciarstwu alpejskiemu. 

Poprzedni sezon 2019/2020 pokazał, że w sporcie nie ma nic pewnego. Wielu przed sezonem nastawiało się na to, że kolejną Kryształową Kulę zdobędzie Mikaela Shiffrin, a może nawet trzy lub cztery, a plany pokrzyżować mogłaby jej jedynie poważna kontuzja. Z kolei zwycięstwo w Pucharze Świata mężczyzn mieli rozstrzygnąć między sobą Henrik Kristoffersen i Alexis Pinturault, od lat w czołówce lecz w cieniu wielkiego Marcela Hirschera, który w końcu sam usunął się w cień zostawiając pole do popisu swoim wieloletnim rywalom. Życie potrafi jednak zaskoczyć o czym przekonaliśmy się aż za dobrze. Śmierć ojca Mikaeli Shiffrin spowodowała, że Amerykanka wróciła do kraju przeżywać żałobę z najbliższymi, a gdy powróciła do Europy, aby dokończyć walkę o zwycięstwo w Pucharze Świata pozostałe zawody zostały odwołane. Kristoffersen i Pinturault jeździli tak, jakby nie do końca byli zdecydowani na to, aby sięgnąć po dużą Kryształową Kulę, co ostatecznie wykorzystał Aleksander Aamodt Kilde.




 

Narciarstwu alpejskiemu nie brakowało dotąd problemów, chociażby z globalnym ociepleniem, ogromem kontuzji wśród zawodników czy przyciągnięciem nowych fanów i zapewnieniem większej atrakcyjności zawodów. Nieszczęścia lubią chodzić parami, a czasem także w większych grupkach. Do serii nieszczęść przypałętał się również koronawirus, główny bohater nieodbytej końcówki sezonu 2019/2020, który najprawdopodobniej będzie występował w jednej z głównych ról przez cały sezon 2020/2021, ale kto za to wszystko zapłaci? Częściowo organizatorów zawodów Pucharu Świata wesprze FIS, który ma pokryć 20% kosztów nagród dla zawodników, w maksymalnej kwocie 4,4 milionó franków szwajcarskich. Puchar Świata 2020/2021 to zupełnie nowa rzeczywistość, z obowiązkowymi testami na koronawirusa przed każdą serią zawodów w danej miejscowości, ograniczonymi kontaktami, brakiem wydarzeń towarzyszących, a w wielu przypadkach także brakiem kibiców. Problem dotyczy oczywiście w nie mniejszym stopniu samych sportowców, którzy muszą mieć się na baczności jeszcze bardziej niż wcześniej. W przypadku zakażenia będą musieli liczyć się z wykluczeniem z udziału w zawodach na jakiś czas, a zatem także z utratą szansy na punkty.

W sezonie 2019/2020 z pewnością najbardziej odczuwalnym brakiem była nieobecność alpejskich gwiazd, które świeciły jasno przez wiele lat nie na niebie, a pod nim, na narciarskich stokach. Zapewne część kibiców przyzwyczaiła sie już do tego, że w alpejskim Pucharze Świata nie zobaczymy Marcela Hirschera, Lindsey Vonn, Aksela Lunda Svindala czy Fridy Hansdotter. Kolejne wybitne osobistości pożegnały się z wyczynowym narciarstwem w minionych miesiącach i choć nie byli to zawodnicy aż tak utytułowani jak Hirscher, Vonn czy Svindal to trudno byłoby nie zauważyć ich odejścia. Na liście znalazły się m.in. Anna Veith, Viktoria Rebensburg, Tina Weirather, a wśród mężczyzn Andre Myhrer, Manuel Osborne-Paradis czy Peter Fill. Brakować może nam nie tylko zawodników, ale również kibiców, choć jak na razie tylko nieliczni organizatorzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu zawodów bez udziału publiczności. Fanów nie będzie na pewno w Sölden, a podobną decyzję podjęto także w Kitzbühel. Pogarszająca się jesienią w Europie sytuacja związana z rozprzestrzenianiem się wirusa Sars-Cov-2 może jednak przynieść kolejne złe wieści w tym temacie.



Kolejnym nieobecnym w najbliższych miesiącach będzie kombinacja alpejska, dyscyplina, której jeszcze nie tak dawno planowano się pozbyć całkowicie a następnie zmieniono zdanie i postanowiono kombinację zachować. Gwoździem do trumny tej konkurencji może być jednak koronawirus. Władze FIS postanowiły, że w tym sezonie konkurencje szybkościowe i techniczne będą od siebie całkowicie oddzielone, oberwało przede wszystkim kombinacji, która zniknęła z kalendarza całkowicie. Jeszcze w maju planowano troje zawodów tego rodzaju dla kobiet oraz tę samą liczbę rywalizacji w kombinacji alpejskiej dla mężczyzn. Aktualnie w kalendarzu FIS na sezon 2020/2021 ostała się (jeszcze) jedynie kombinacja na mistrzostwach świata w Cortinie d’Ampezzo oraz w zawodach niższej rangi. Odbędzie się także mniej niż planowano zawodów w slalomie równoległym: jedna taka rywalizacja indywidualnie w Lech/Zürs oraz zawody drużynowe na koniec sezonu w Lenzerheide.

Kolejna edycja Pucharu Świata rozpocznie się oczywiście w Sölden, w tym roku wyjątkowo wcześnie, bo nie w ostatni weekend października jaa bywało to w poprzednich latach, a już 17 października. Wystartują wtedy panie w slalomie gigancie. Dzień później z bramki startowej wyruszą na trasę panowie, o ile pogoda nie spłata figla, co już kilka razy się zdarzało. Na ten sezon przewidzianych jest dla mężczyzn 9 zjazdów, 7 supergigantów, 10 slalomów gigantów, 11 slalomów oraz jeden slalom równoległy i jeden slalom równoległy drużynowy. Panie powinny móc wystartować w 8 zjazdach, 7 supergigantach, 9 slalomach gigantach i 9 slalomach, a także w jednym slalomie równoległym indywidualnym i jednym drużynowym. Od razu rzuca się w oczy dysproporcja pomiędzy liczbą zawodów w konkurencjach technicznych i konkurencjach szybkościowych. U panów stosunek ten wynosi 22:16, a u pań przedstawia się to nieco lepiej stosunkiem 19:15 (biorąc pod uwagę tylko zawody indywidualne). Nie jest to oczywiście żadna nowość, bo podobnie miała się sprawa we wcześniejszych latach i nie wygląda na to, aby miało to ulec poprawie. Tym bardziej należą się wielkie brawa specjalistom konkurencji szybkościowych, którzy z powodzeniem rywalizują o wysokie miejsca w klasyfikacji generalnej, jak choćby Aleksander Aamodt Kilde, który zazwyczaj lepiej radzi sobie w zjeździe i supergigancie. Należy jednak przyznać, że sporo punktów zdobył także w slalomie gigancie, w którym wykonał spory postęp.

Kalendarz PŚ 2020/2021 w narciarstwie alpejskim kobiet

Kalendarz PŚ 2020/2021 w narciarstwie alpejskim mężczyzn

Tym razem wyjątkowo nie będę bawił się w osobiste przewidywania bohaterów nowego sezonu. Głównymi faworytami będą oczywiście Ci sami zawodnicy, którzy walczyli o najwyższe laury w sezonie poprzednim i nie jest to żadne wielkie odkrycie. Do głosu będą próbowali także dość młodzi zawodnicy, którzy z roku na rok notują coraz większy postęp, być może część z nich zaskoczy nas czymś specjalnym. Jak pokazał poprzedni sezon, w przypadku braku takiego dominatora jakim był Marcel Hirscher, spore znaczenie może mieć wszechstronność i punktowanie w większej liczbie konkurencji niż tylko dwie. Najlepsza zawodniczka poprzedniego sezonu, czyli Federica Brignone, zajęła miejsca w czołowej trójce aż czterech konkurencji. Jedynie w slalomie powodziło jej się nieco gorzej (zajęła 36. miejsce). Najlepszy wśród mężczyzn – Aleksander Aamodt Kilde – nie miał aż tak imponującego dorobku, ale również ma się czym pochwalić. Drugie miejsce w kombinacji, trzecie w zjeździe, czwarte w supergigancie, ósme w slalomie gigancie i trzynaste w slalomie równoległym – to przepis Norwega na ostateczny sukces, jaki udało mu się odnieść w sezonie 2019/2020.




 

Jak wyglądać będzie najlepszy przepis na sukces w sezonie 2020/2021? O tym powinniśmy przekonać się już za nieco ponad 5 miesięcy. Obyśmy tym razem mogli oglądać zawodników celebrujących zdobycie kryształowych kul podczas marcowych finałów w Lenzerheide, a nie tak jak poprzednio, jedynie w domowym zaciszu po odebraniu przesyłki pocztowej z trofeum. Musimy być jednak gotowi na wszystko.

Źródło: własne

%d bloggers like this: