Cudotwórca – Stefan Horngacher i pomnik, jakim staje się w oczach kibiców

stefan horngacher wieza sedziowska

 Myśląc o historycznym występie Polaków w 65 Turnieju Czterech Skoczni staje mi w myślach taka teza, że wreszcie podkradliśmy trochę profesjonalizmu tym lepszym. W naszych skokach zawsze liczyły się przede wszystkim dwa czynniki : talent i marzenia. Mam wrażenie, że po zatrudnieniu Stefan Horngachera wkraczamy na zupełnie nowy obszar. Tam gdzie polskich skoków jeszcze nie było. Obszar, gdzie pełne świeżości metody treningowe nie są niczym nadzwyczajnym, a wyczynów wpisujących się w księgi rekordowe tej dyscypliny nie brakuje. Nazywamy go potęgą.

 Stefan Horngacher nie jest człowiekiem, którego kojarzą wszyscy fani skoków narciarskich. Nazwisko pewnie skojarzą, ale gdyby mieli coś więcej o nim powiedzieć muszą zajrzeć do przysłowiowego wujka Google. I tam nie ma jednak wiele na jego temat. Większość z największych osiągnięć z drużyną, ledwie dwa zwycięstwa w PŚ. To nie są gloryfikujące go zdobycze, nie nadają się na czołówki gazet, a co dopiero miejsca w pamięci kibiców zarezerwowane dla najlepszych w swoim fachu.

 Austriak swą karierę rozpoczął od… Turnieju Czterech Skoczni. To właśnie tam zadebiutował w Pucharze Świata w 1988 roku. Wtedy i po roku zajmował jednak bardzo odległe pozycje, najpierw poza pierwszą „100”, a następnie w 7 dziesiątce. Pierwsze kroki w kierunku profesjonalizmu stawiał nieco później. Przełomowy okazał się rok 1991, w którym najpierw po raz pierwszy stanął na podium w Ga-Pa, a następnie wygrał w Tauplitz. Na „pudle” znalazł się wtedy jeszcze 3 razy, za każdym razem będąc na 2 miejscu. Główny punkt sezonu stanowiły jednak Mistrzostwa Świata w Val Di Fiemme.

 Znajome? Tak, to w zasadzie pierwszy z paru aspektów po których można w historii Horngachera nawiązać do Polski. Nie zdobył tam jednak tytułu czy medalu. Był to jednak jego najlepszy wynik w historii startów na MŚ na dużej skoczni, wyrównany dwa lata potem – w Lahti. Tam otarł się również o medal na obiekcie normalnym, gdzie triumfował przecież Adam Małysz. Odbił to sobie w konkursie drużynowym, kiedy zdobył jedyny złoty krążek w swojej karierze, po 3 brązowych (rywalizacje drużynowe w Falun, Ramsau i rozgrywanym 4 dni wcześniej konkursie na normalnej skoczni w fińskiej miejscowości). Za swoje najlepsze sezony na pewno uzna te z 1991 i 1999, bo wtedy najwięcej razy znalazł się w najlepszych trójkach zawodów. W tym drugim odniósł drugie i ostatnie, jak się okazało zwycięstwo w karierze zawodnika. Gdzie? W Zakopanem.

 Swój dorobek zawodnika podsumował dobrym występem na Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City. Jednak niedługo potem zakończył karierę. Nie odpoczywał jednak długo od świata skoków i postanowił zająć się trenerką. Wiemy, gdzie go zawiodła jednak z pewnością nie była to łatwa droga. Zaczął od przyglądania się austriackiemu zapleczu, ich metodom i systemowi treningów stosowanemu w tym kraju. Wszystko znał jako zawodnik, lecz musiał się tego nauczyć od nowa. Od zupełnie innej, zdecydowanie różniącej się od tej znanej strony. Przyznano mu stanowisko asystenta szkoleniowca kadry seniorów. Tam przyglądał się wielu talentom, pomagał usprawnić już wtedy świetnie zapowiadający się zespół jaką stanowiła drużyna narodowa Austrii. Prawdziwy smaczek, który pokaże nam skąd Horngacher tak dobrze dogaduje się z naszymi zawodnikami dzisiaj dopiero nadchodzi.

 W 2004 roku objął kadrę B polskich skoczków. Znajdowali się tam wtedy choćby Kamil Stoch czy Piotr Żyła, z którymi zdobył podczas MŚ juniorów w 2005 roku srebrny medal w konkursie drużynowym. Dogadywał się z naszymi zawodnikami doskonale, co oni sami wspominają dzisiaj bardzo dobrze. Całą współpracę z austriackim trenerem jego podopieczni kwitują praktycznie samymi superlatywami. „Chyba że się czegoś czepiał” – wspominał Kamil Stoch w jednym z wywiadów.

 Polski Związek Narciarski nie myślał o nim wtedy jako o pierwszym szkoleniowcu, jednak po daniu mu szansy w tej samej roli co w naszym kraju, zdecydowali się na to Niemcy. Wcześniej jednak trenował młodych skoczków w Hinterzarten i oddał się nieco życiu prywatnemu. Po takiej „odskoczni” inaczej podszedł do sztuki bycia trenerem i dostał być może największą w życiu szansę, którą częściowo wykorzystał. U naszych zachodnich sąsiadów spędził cały czas poprzedzający oddanie mu posady w naszej ojczyźnie. Pomagał osiągnąć jej wysoki poziom, może nie ten który pozwoliłby jej dosięgać najwyższych laurów, ale z pewnością pozwalający z zaciekawieniem i przychylnością patrzeć w przyszłość.

 Tego nie brakuje Horngacherowi również w przypadku objęcia polskiej kadry. Dla mnie bardziej liczy się jednak inne słowo, które moglibyśmy zastosować w kontekście jego pracy : doświadczenie. To u Austriaka odgrywa niebagatelną, a wręcz pierwszoplanową rolę. Zbierał je przez długą karierę zawodniczą, następnie kontynuując podczas wstępowania w progi zawodu trenera i dokształcania się w tym fachu. Nie obejmował od razu pierwszych zespołów w danych krajach, przed Polską trenował tylko jeden. Nawiązywał tym samym spory kontakt z zawodnikami, którzy prędzej czy później przechodzili wyżej po szczeblach kariery i lądowali w zespole, gdzie liczyły się już tylko najlepsze wyniki.

 Różnorodność metod jakie stosuje pochodzi też na pewno z wymieszania, jakiego po obecności w 3 kadrach narodowych z pewnością doświadczył sam Stefan. Podśmiewując się zawsze zazdrościłem wszystkim dominującym w skokach nacjom swojego swoistego „stylu”, w jakim odnosiły swoje sukcesy. I Niemcy i Austria w ostatnich latach kształtowały się na zespoły mocne w aspekcie zespołowym, gdy do tego dodać indywidualności z jakimi spotkał się nasz obecny trener w czasie swojego długiego stażu zawodniczego w karuzeli Pucharu Świata oraz jego własnych wniosków po wszystkim, co zdołał przejść w drodze na szczyt otrzymamy konkretny obraz zespołu, który może dać nową jakość na ten sport. Drużyny przez duże D, która nawet w obliczu problemów rywali, ciężkich sytuacji wewnętrznych czy kontuzji nie będzie szukała wymówek. Ona zrobi wszystko, by walczyć o najważniejsze cele i następnie móc się napawać ich zdobywaniem.

 Turniej Czterech Skoczni to ogromne osiągnięcie. Zwłaszcza gdy osiąga się w czymś, co kibicom zazwyczaj kojarzy się z sukcesem indywidualnym spory zespół drużynowy. Nikt nie chce byśmy się zatrzymali, z drugiej strony nie należy też wprowadzać zbyt dużego optymizmu. Pytanie tylko jak się powstrzymać, mając w perspektywie MŚ w Lahti, wiele pozostających wciąż konkursów PŚ do jego zakończenia i to, że w tym momencie martwić możemy się 6-7 miejscem w zespole, a nie jego pierwszoplanowymi postaciami, do czego przyzwyczailiśmy się prawdopodobnie za bardzo. Otworzyły się przed nami nowe perspektywy, nieznany dla polskiej natury skoków narciarskich rozdział, za którego kontynuację będziemy w stanie wiele poświęcić. Polska potęgą? Horngacher generałem armii na miarę dominacji w świecie tej dyscypliny? Obraz baśni, pięknej historii, która wydaje się zbyt nieprawdopodobna na prawdziwą. Ale czy już nie zdarzyło się coś bajkowego, zbyt pięknego? Przekonamy się, patrząc na kolejne zawody. Patrząc na nie ze spokojem i uśmiechem, dzięki czemuś co tchnął w tę kadrę ten Austriak, który machając na górze chorągiewką prowadzi Polaków ku wizerunkowi najpewniejszego i być może najlepszego w historii zespołu reprezentantów naszej ojczyzny. Ku czemuś ponad szczytem ich obecnej wyobraźni.

Źródła : Wikipedia, Przegląd Sportowy, Onet.pl, własne.

 

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.