Bałem się, że już nigdy [felieton]

justynakowalczykmartynagalewiczJak się człowiek przyzwyczai do dobrobytu to i ciężko mu nagle zapomnieć o tym, że stać go na więcej. Przez całe lata przyzwyczajała nas do zwycięstw i sterty medali. Dzisiaj u schyłku kariery, po kilku trudnych sezonach, wróciła na szczyt. Justyna „uparta baba” Kowalczyk.

Może na chwilę, może na jeden raz. Jednak wróciła. Po tylu słabszych sezonach Justyna Kowalczyk znowu wygrała zawody Pucharu Świata. Ponad tysiąc dni, które dłużyły się przecież latami, wreszcie minęły. Wreszcie licznik został wyzerowany. Wiem, że wszyscy eksperci, a może nawet i nie-eksperci, podkreślają od wczoraj, iż po prostu wykorzystała absencję czołówki biegów narciarskich. Nie da się tego ukryć, frekwencja na próbie przedolimpijskiej była po prostu niska. Pytanie jednak, czy po tych latach oczekiwania warto zwracać na to uwagę? Zwłaszcza po tym sprincie, gdzie osobiście stawiałem na większe szanse. Kiedy Justyna w piątkowym wyścigu zajęła czwarte miejsce, pomyślałem, że chyba już nigdy… Bałem się po prostu, że za rok skończy karierę, a w zawodach Pucharu Świata na podium już jej nie zobaczymy. Stąd właśnie moja wielka radość po wygranym biegu łączonym. Zupełnie się nie spodziewałem. Absolutnie. Przecież na drugiej części dystansu obowiązywał styl dowolny. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, co dla naszej Mistrzyni to zazwyczaj oznacza. Zazwyczaj tak, ale nie tym razem. Jej przewaga nad rywalkami po zmianie nart, zamiast maleć, to jeszcze wzrosła. Dość powiedzieć, że w Lillehammer w biegu na pięć kilometrów „łyżwą” Kowalczyk zajęła miejsce w szóstej dziesiątce. Przegrała m.in. z Elizabeth Stephen. Tak, z tą Amerykanką, którą tutaj pokonała.

Nie chcę dzisiaj kłócić się, że Justyna Kowalczyk wygrała, bo jest teraz najlepsza na świecie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby była tutaj Bjoergen i reszta, pewnie podium wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie o to w tym wszystkim chodzi. W ostatnich latach nasza dwukrotna mistrzyni olimpijska uczyła nas zupełnie innego podejścia do jej biegania. Wczoraj zdałem sobie sprawę, że nieco już rozumiem. Kowalczyk ma już bliżej niż dalej do końca kariery. Nie możemy wiecznie oczekiwać od niej medali. Po prostu nie wypada. A jeśli już staje na najwyższym miejscu podium, nieważne czy w Pucharze Świata, czy też w zawodach niższej rangi, po prostu się cieszmy. Niech każdy z nas zda sobie sprawę z faktu, że kiedy ona odejdzie, to długo takich wyników oglądać nie będziemy. Każde miejsce w czołówce niech będzie dla nas nagrodą. Zaszczytem, że mogliśmy taką Historię oglądać na własne oczy.

To już jakby zrozumiałem. Nie nauczę się jednak nigdy braku wiary w jej osiągnięcia. Za każdym razem, kiedy słyszę z jej ust cytat w stylu: „Już nigdy nie będę biegała tak szybko”, zaczynam jakby to wszystko zagłuszać. Nie dlatego, że jestem kibicem wymagającym. Bardziej dlatego, że tak wielkiej postaci po prostu życzy się, jak najlepszych wyników na sam koniec. I trudno jest się pogodzić z faktem, że czas i wiek mija nieubłaganie. Tymi wszystkimi sukcesami jakby na stałe wpisała obok siebie pozycję numer jeden. Jubileuszowe 50. zwycięstwo może nie było ostatnie. W każdym razie delektujmy się tym, co jeszcze na pokaże. Niech Justyna biega z przyjemnością, a my wiernie jej dopingujmy. Następna taka pewnie nie za 1000 dni, ale miejmy nadzieję, że i nie za tyle lat.

Mateusz Król
Obserwuj

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.